SPOWIEDNICY HERETYKA – rozmowa z Krzysztofem Azarewiczem i Piotrem Weltrowskim

 „Spowiedź Heretyka” Adama Nergala Darskiego wzbudziła mnóstwo kontrowersji jeszcze przed premierą, ale także teraz głosy na jej temat nie cichną. Szczególnie ze względu na niekończącą się sądową batalię w sprawie o obrazę uczuć religijnych. Książka ukazała się w połowie października i króluje na listach bestsellerów. Aby dowiedzieć się więcej o jej genezie i sekretach powstawania, zaprosiłem do rozmowy dwie kluczowe osoby: Krzysztofa Azarewicza i Piotra Weltrowskiego, bez których „Spowiedź Heretyka” nie powstałaby w tak intrygującej, wciągającej i pogłębionej formie.

 

Kiedy po raz pierwszy przecięły się Wasze drogi z Nergalem, jak staliście się kumplami, przyjaciółmi, współpracownikami?

Krzysztof Azarewicz: Adama poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych. O ile pamięć mnie nie myli historia naszego spotkania została opisana w Konkwistadorach diabła, czyli w biografii Behemotha. Zajmowałem się dystrybucją kaset z muzyką, a Adam był jednym z moich stałych nabywców. Spotkaliśmy się również kilkukrotnie na lokalnych koncertach. Połączyła nas pasja do muzyki. Odwiedzaliśmy się i dzieliliśmy nowościami z muzycznego świata. Z biegiem czasu znajomość poczęła się pogłębiać – rozmawialiśmy nie tylko o sztuce, ale ogólnie o życiu. To długa przyjaźń – trwa ponad dwadzieścia lat.

Krzysztof Azarewicz

Krzysztof Azarewicz

Piotr Weltrowski: Ja poznałem Adama w bardzo podobnych okolicznościach, tylko nieco później, bo gdzieś w połowie lat 90. Na dworcu w Gdyni był sklep muzyczny,  którego właściciel łaskawie przyjmował w komis demówki. Zanosiłem tam swoje taśmy, podobnie czynił Nergal. Pewnego dnia się tam po prostu spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać o muzyce. Pamiętam, że rozmowa zeszła na temat Fields of the Nephilim. Miałem je na CD. Skończyło się tak, że po kilku dniach wiozłem je Nergalowi,  a jak się później okazało, także Krzyśkowi, bo obaj chcieli je przegrać (śmiech). Dalej potoczyło się to także dość podobnie, jak w przypadku Krzyśka, z którym poznałem się dosłownie kilka tygodni później, właśnie za sprawą Nergala.

Kto zainicjował pomysł książki, od kiedy pomysł chodził Wam po głowie?

Krzysztof: Oryginalny pomysł nie pochodzi od żadnego z nas. Pierwszą rozmowę na ten temat książki przeprowadziłem z Adamem wiosną 2011 roku, kiedy odwiedzał mnie w Londynie. Wspomniał o wydawnictwie, które zaproponowało mu wydanie wywiadu-rzeki. Już wtedy Adam wstępnie wyraził zainteresowanie współpracą ze mną nad tym projektem. W tym samym czasie rozmawiał z Piotrem, z którym spotkałem się w lecie zeszłego roku, by omówić szczegóły projektu i kontraktu (śmiech).

Piotr: No tak, Adam grał na początku na dwa fronty (śmiech). Dostał kilka propozycji od wydawnictw i zaczął rozmawiać na ten temat równocześnie ze mną i z Krzyśkiem. W pewnym momencie zaproponował współpracę nam obu. Przez kilka miesięcy w trójkę omawialiśmy ten temat przy różnych okazjach. Pomysł dojrzewał, aż w końcu zaczął się krystalizować w takiej formie, w jakiej teraz zmaterializował się i wylądował na sklepowych półkach.

Czy były pytania, na które Nergal nie chciał odpowiadać lub sprawy, o które nie mieliście odwagi pytać, a były dla Was frapujące?

Krzysztof: Nie. Spotkałem się z opiniami, że po wywiadzie prowadzonym przez przyjaciół nie można spodziewać się nic innego poza wzajemnym poklepywaniem się po plecach. Adam nie krył, że wybrał nas ze względu na zaufanie, jakim nas darzy. Czuł się przy nas bardzo swobodnie i łatwo otwierał. Niejednokrotnie dochodziło do wzruszeń i bardzo szczerych wyzwań, na które nie zdobyłby się przy obcych ludziach. A zatem coś, co krytycy, którzy nie czytali książki uznali za jej słabą stronę, ja osobiście uznaję za atut.

Piotr: Trzeba też jasno powiedzieć, że w zasadzie jedynym warunkiem, jaki  postawiliśmy Adamowi przed wejściem w temat i rozpoczęciem prac, była nasza swoboda w przepytywaniu go. Ustaliliśmy wspólnie tylko jedną granicę – nie chcieliśmy, aby treść książki uderzała w osoby trzecie, nie interesowało nas po prostu obrabianie dupy komukolwiek. Jeżeli chodzi o resztę, to nie było tematów tabu. Poza tym nie zawsze rozmawialiśmy jako przyjaciele, często przyjmowaliśmy różne maski, celowo prowokowaliśmy Adama, aby zmusić go do dobitnego wyrażenia swojego zdania. Kilka razy doszło nawet do małych sprzeczek (śmiech).

Czy jest materiał, który pierwotnie miał znaleźć się w książce, ale zrezygnowaliście z niego?

Krzysztof: Tak. Jest tego sporo. W pierwszej fazie projektu staraliśmy się po prostu zebrać jak największą ilość materiału.

Piotr: Już nie przesadzajmy, że aż tak dużo tego (śmiech). Trochę rzeczy faktycznie zostało, ale myślę, że zdecydowaną większość wykorzystaliśmy. Zawsze jednak możemy wydać sequel…

Szata graficzna „Spowiedzi heretyka” to dzieło sztuki. W jakim stopniu mieliście wpływ na oprawę, dobór grafik i zdjęć?

Krzysztof: Podobnie, jak przy pracy nad innymi elementami tu również wśród całej trójki panowała świetna chemia. Adam po prostu zasypywał nas materiałem fotograficznym, a potem rozmawialiśmy nad dopasowaniem zdjęć do poszczególnych rozdziałów książki. Niejednokrotnie sam przypominałem sobie o zdjęciach, które Nergal niegdyś mi pokazywał i sugerowałem, że jeśli uda mu się je odnaleźć, to świetnie będą pasowały jako ilustracje do właśnie przeprowadzonej rozmowy. To kolejny atut bliskiej znajomości – przypominaliśmy sobie rzeczy, o których w ciągu tych wszystkich lat Adam zapomniał. Nad całością oprawy czuwał Maciej Szymanowicz – ostateczny wygląd książki zawdzięczamy w dużej mierze jego wyobraźni. Muszę powiedzieć, że pracowało się z nim wręcz doskonale.

Piotr: Ner to perfekcjonista, często wysyłał nam po kilkadziesiąt zdjęć z jednej sesji, różniły się od siebie tylko detalami, a my siedzieliśmy, myśleliśmy, analizowaliśmy… a na koniec i tak wybieraliśmy te, które najbardziej podobały nam się „na pierwszy rzut oka”. Krzysiek wspomniał o Maćku Szymanowiczu – trzeba mu oddać co królewskie, to jednak głównie on i Adam są odpowiedzialni za stronę wizualną, tak, jak my z Krzyśkiem za rozmowy z Nergalem i spisanie w ludzki sposób wszystkich tych, czasem przecież chaotycznych i nieskładnych dialogów.

Heretyk i spowiednicy

Heretyk i spowiednicy

Pracując nad książką razem obmyślaliście wszystkie pytania czy podzieliliście się zagadnieniami?

Krzysztof: Piotr wyszedł z koncepcją podzielenia całości na bloki tematyczne. Z racji, iż dzieli nas odległość niemal kilku tysięcy kilometrów, tak większość rozmów przeprowadzaliśmy indywidualnie. Nergal z kolei gra olbrzymią ilość koncertów i cały czas podróżuje, więc „chwytaliśmy” go przy każdej nadarzającej się okazji. Każdy z nas sprawował pieczę nad tym zagadnieniem, w którym czuł się mocniejszy. Następnie wymienialiśmy się spisanymi fragmentami i recenzowaliśmy je. Omawialiśmy braki i ewentualnie decydowaliśmy się dopytywać bohatera książki o interesujące nas niuanse.

Piotr: Już w trakcie prac nad książką Krzysiek wpadł na kilka dni do Polski, wtedy też odbyły się jedyne wspólne rozmowy. Traf chciał, że akurat padło na najbardziej chyba obszerny rozdział dotyczący choroby Adama. O ile każdy z innych rozdziałów był wynikiem kilku bądź też kilkunastu rozmów, tak ten jest w zasadzie zapisem jednego wspólnego dnia, który spędziliśmy najpierw u  Adama w domu, a później w jednej z gdańskich restauracji. Rozmowa po prostu popłynęła sama… Podział tematów, o którym wspomniał Krzysiek, był oczywiście dość umowny, bo rozmowy żyły swoim życiem i ostatecznie często zachodziły tematycznie na siebie. Myślę, że to dobre, że nie trzymaliśmy się sztywno żadnych planów, dzięki temu całość prezentuje się jako żywa, naturalna rozmowa, a nie odpytywanie celebryty z kartki…

Książka wywołuje skrajne opinie. Od satanistycznej propagandy wymierzonej w Kościół i Polskę, po próbę wybielenie wizerunku Nergala, żerowanie na dramacie choroby oraz romansie z Dodą. Czy „Spowiedź heretyka” to zamierzona prowokacja, która ma za zadanie wywołać dyskusję publiczną na istotne tematy?

Krzysztof: Każda wypowiedź jest kontrowersyjna. Każde zdanie dany krąg może odebrać jako prowokację. Nie unikniemy tego. Na tym chyba polega społeczna dynamika. Przelana na papier myśl powinna skłaniać do namysłu i wyciągania konstruktywnych wniosków.

Piotr: Z drugiej strony, jeżeli prowokacją nazwiemy próbę zmuszenia czytelnika do samodzielnego myślenia, zastanawiania się nad rzeczami, które wydawać mogę się oczywiste, a oczywistymi nie są, to tak, chcieliśmy prowokacji. I to nie takiej ukierunkowanej tylko w jednym kierunku. Co innego będzie przecież prowokacyjne dla standardowego metalowca, a co innego dla kogoś, kto z taką muzyką nie ma wiele wspólnego, a Nergala zna głównie z telewizji. Jeżeli ta książka miała pokazać, jakim jest Nergal, to siłą rzeczy musiała nieść treści prowokacyjne i dla jednej i dla drugiej grupy  czytelników, bo taki właśnie jest Nergal. Prowokacja to jego żywioł.

Czy reakcje, z którymi spotyka się książka są dla Was zaskakujące?

Krzysztof: Spodziewaliśmy się i nadal spodziewamy dosłownie wszystkiego (śmiech).

Piotr: Poza Hiszpańską Inkwizycją, rzecz jasna (śmiech).

Krzysztof, od 1999 roku, czyli płyty „Satanica” jesteś autorem wielu tekstów Behemotha. Czujesz się w związku z tym częścią zespołu czy raczej zleceniobiorcą?

Piotr Weltrowski

Piotr Weltrowski

Krzysztof: Teksty na płycie „Satanica” zostały napisane znacznie wcześniej. Adam znał je i pewnego razu zapytał, czy nie miałbym nic naprzeciw aby znalazły się na płycie Behemotha. Od kolejnej płyty trwa między nami nieprzerwana konwersacja, której bieg wyznacza życie. Rozmawiamy i dzielimy się obserwacjami oraz refleksjami. Na podstawie tych dyskusji rodzą się koncepcje, które następnie transformujemy w płyty. To nie tak, że Adam mówi „napisz coś o tym i o tym.” Zazwyczaj nadajemy na bardzo podobnych falach, więc procesowi towarzyszy niezwykła ilość „zbiegów okoliczności”. Na przykład Adam poszukuje inspiracji w Micińskim, a ja – nieświadomy tego – sugeruję byśmy wykorzystali jego wiersz „Lucifer”. Nie biorę zleceń (śmiech). Nie mogę czuć się także częścią zespołu muzycznego – nie mam dużego wpływu na komponowanie i nie wyglądam tak strasznie, jak ta czwórka rodem z Apokalipsy (śmiech). Z drugiej strony mam duży wpływ na merytoryczną oprawę okładek itp. Hmm… to dość skomplikowany związek (śmiech).

Krzysztof, mieszkasz w Wielkiej Brytanii od 14 lat. Czy w związku z tym masz poczucie, że gdyby Nergal był Anglikiem i tam tworzył, nie byłoby mowy o skandalach, procesach i kontrowersjach dotyczących Behemoth?

Krzysztof: Nie byłby wówczas tym, kim jest obecnie. Nergal wielokrotnie o tym wspomina zarówno w wywiadach, jak i „Spowiedzi heretyka”. Nie mamy wpływu na to, gdzie i kiedy się urodziliśmy. Musimy zaakceptować nasze korzenie, to, skąd przybyliśmy. Tu nie ma co gdybać. Gdyby pójść sugerowanym tropem, Nergal nigdy nie napisałby takich utworów, jak „Chwała mordercom Wojciecha”, czy „Lasy Pomorza”. Nie zaśpiewałby również „Lucifera” Micińskiego. Nie byłoby Behemotha. W szerszym kontekście, wielu zachodnich artystów przyjmuje znacznie skrajniejsze postawy aniżeli te, które zarzuca się Adamowi. Żyją i mają się dobrze. Nie ciąga się ich po sądach za wyrażenie swoich opinii jeśli nie krzywdzą bezpośrednio żywych istot. Nie wierzę, iż powodem, dla którego tak się dzieje jest zachodnia laicyzacja, czy moralno-religijna znieczulica. Przewrotnie powiem, iż szczytem laicyzacji jest wiara w książkę (koniec końców materialny przedmiot), którą obdarza się takim kultem, że traktuje się jak relikwię. Widzę to jako projekcję problemów psychicznych: wypielenie piękna religijnego z serc i przewartościowanie go w tak materialistyczną formę, że w końcu już nikt nie pamięta o pierwotności doświadczenia religijnego. Dochodzi do tego, że Bogu, w którego wierzymy wciskamy nowe treści w jego usta. Tworzymy go na własne podobieństwo. Historia Kościoła stanowi tego doskonały przykład.

Piotr: A tak poza tym, że się wtrącę bezczelnie, to Nergal absolutnie nie pasuje na Anglika. To przecież czystej krwi Amerykanin (śmiech).

Piotr, przez chwilę grałeś z Nergalem w Wolverine. Zostawiliście po sobie jedynie trzy numery. Jakie wspomnienia masz z tamtego okresu?

Piotr: Oj, zostawiliśmy po sobie znacznie więcej numerów, mieliśmy materiał na całą płytę, ale tylko trzy zostały ostatecznie nagrane w studiu. To był piękny czas… Niemniej jednak, chyba zbyt wcześnie zaczęliśmy grać taką muzykę. Dopiero kilka lat później przyszła moda na takie retro granie, no ale wtedy już Wolverine nie było… Zespół umarł śmiercią naturalną, bo każdy z naszej czwórki miał jakieś zawodowe lub prywatne historie, które utrudniały skupianie się na tym akurat projekcie. Co się jednak nabawiliśmy grając te numery, to nasze (śmiech).

Nergal jest ciągany po sądach, ma na pieńku z paparazzi, środowiska konserwatywne mają go za wroga publicznego. Nie obawiacie się, że wkrótce Wy także będziecie pod ostrzałem?

Krzysztof: Pod ostrzałem aparatów fotograficznych? Nie sądzę: Nergal jest przystojniejszy (śmiech).

Piotr: No właśnie, my jesteśmy za brzydcy na celebrytów (śmiech).

Rozmawiał Adam Drzewucki