SPIRIT – szukamy złotego środka

Uważny czytelni (są tacy?) zauważyli zapewne, że niejaką estymą darzyłem zespół Vagitarians. Band nie istniał zbyt długo, popisał się świetną płytą Wood (2012) i zakończył żywot. Okazało się, że nie udało się utrzymać porozumienia, cześć załogi wolała mocniejsze, dźwiękowe używki i w efekcie powstał nowy, głodny wrażeń projekt Spirit. Na wskroś metalowy, ale ogniskujący w sobie chyba wszystkie, co bardziej pokręcone odłamy najcięższej ze sztuk. Debiutancka płyta, choć nie jest to muzyka dla wszystkich, stawia na pierwszym miejscu całkiem przystępne riffy, ujęte jednak w klamrę pogiętych aż do przesady aranżacji, które ujawniają doskonałą technikę muzykantów i zdecydowanie zboczone poglądy na podejście do komplikowania sobie życia. Być może na wybuch przyjdzie nam poczekać do drugiej płyty, ale i tak dzisiaj możemy obcować z muzyką najwyższych lotów, gdzie jak w zwierciadle przegląda się całe dobro współczesnej, co ambitniejszej ekstremy. Zapraszamy na podróż przez spirytystyczny świat, gdzie pomocą służy gitarzysta Piotr Rutkowski…

Trudno zatem się dziwić, że rozpoczynamy od momentu, kiedy na zasłużony bądź nie, na spoczynek odszedł wspomniany wyżej zespół. „Vagitarians padło, bo koncepcja się wypaliła. Koncepcją było granie stoner/sludge/doom, jednak ja z Grabarzem zacząłem od tego jakoś nieświadomie odchodzić i komponować pseudo-spiritowe utwory – komentuje Piotr Rutkowski początki nowego zespołu – do tego jeszcze koncepcji na działanie i organizację tego bandu było multum, więc wszystko kończyłoSpirit2 się przerzucaniem pomysłami, a nie działaniu. Jakoś psychicznie mnie przerosła opcja postawienia tego bandu do pionu i zreorganizowania, więc stwierdziliśmy niemalże zgodnie, że Vaginy muszą zakończyć działalność”.

Dla każdego, kto polubił psycho – sludge’ową manierę Vagitarians, zderzenie z nowym zespołem może wywołać szok. Prężne, precyzyjne riffy, szalona praca sekcji rytmicznej, zagęszczenie dzikich partii, blastów i połamane struktury, czy miarowe, mielące po linii Mastodon pochody, nie są w pierwszym momencie najłatwiejsze do ogarnięcia. Na pewno udało się jedno – zespół łatwo zauważyć, nawet w tak kolorowym, krajowym tłumie metalowych wszarzy. Piotr: „Od początku chcieliśmy się wyróżnić przez otoczkę, grafiki, maski, teledysk itp. Koniec końców stwierdziliśmy, że najlepiej jest jak jesteśmy sobą na scenie, więc zrezygnowaliśmy z masek, zostawiając jednak furtkę na różne eksperymenty w ramach merchu czy wizualizacji. Zespołów faktycznie jest milion, ale nie oszukujmy się, 90% od razu jest do odstrzału ze względu na wysoki procent szeroko pojętej amatorszczyzny, który prezentują. Na zespół musisz mieć pomysł w każdej postaci. My mamy dość konkretny plan działania, koncertów i muzyki, którą chcemy grać i ta świadomość zwraca na nas uwagę ludzi”. Elementem, który wyróżnia „Desolation”, jest niewątpliwie fenomenalna technika muzyków, czego zresztą nie wypiera się sam zainteresowany – „W kontekście krajowym wołają na nas polska Gojira, to duży komplement, zwłaszcza, że dopiero wydaliśmy pierwszą płytę. Ja z drugiej strony się cieszę, że docenia się moje lata pracy włożone w granie na gitarze, trudno o to było w Vagitarians. Globalnie zaś, na oryginalność i wyróżnianie się z tłumu trzeba zapracować. Nikt od razu nie był jedyny w swoim rodzaju; my jeszcze mamy czas na znalezienie totalnie własnych środków wyrazu… aczkolwiek nie jest tego czasu zbyt dużo.”

 Spirit Okładka

Tak, czasu mało, ale na „Desolation” i tak jest całkiem sporo „własnych środków”. Chronologicznie, na pobudzenie dostajemy dwa strzały w ryj, które mają nie pozostawić wątpliwości, że to już nie sludge, ale rasowy, techniczny metal. Celowo używam tego słowa bez żadnych dodatków, bo zespół czerpie garściami z dorobku wszystkich odłamów ekstremalnego napierania. W „Blank” mamy już całą masę łamańców, które w numerze tytułowym układają się w math metalowe pochody, których nie powstydziliby się co bardziej pokręceni pupilkowie Relapse. Im bardziej w las, tym robi się ciekawiej. „Lost” to nieco klimatyczny oddech po linii wczesnego Deftones. Potem wkraczamy w świat Roba Flynn’a, bo „Deepest End” czy „Ground” spokojnie mieszczą się w okolicach machinehead’owego groove. Miejscami sposób prowadzenia riffów, ich ekspozycji może kojarzyć się z manierą ugniatania wioseł przez Kellihera i Hindsa (Mastodon), szczególnie w wolniejszych, bardziej zapętlonych fragmentach płyty.  To oczywiście tylko ogólne wrażenie, bo wgryzając się w aranże, natkniemy się na całą masę kombinacji, zmian temp, blastów i zaskakujących łamańców, bardzo różnego pochodzenia. Zespół żegna się utrzymanym w nieco podniosłym stylu „Wilderness”, gdzie natkniemy się na nieco tool’owy klimat, zalany odrobinę thrash’owym betonem. Tradycyjnie, maksymalnie rozbudowany. Słowem – wszystko się zgadza i choć może ktoś zarzucić im korzystanie z pewnych, gotowych rozwiązań, i tak trzeba przyznać, że pojawiła się nowa, znacząca siłą na krajowej, metalowej scenie.

To tylko subiektywna ocena niżej podpisanego, dodajmy zatem parę słów od reprezentującego zespół gitarzysty, bo tu padają kolejne nazwy – kierunkowskazy – „Robiąc materiał na „Desolation”, inspirowaliśmy się , co nie trudno usłyszeć, głównie Gojirą i Strapping Young Lad, bo od dawna w nas takie klimaty siedziały. Co nie zmienia faktu, że jesteśmy osłuchani z zupełnie inną muzą, którą też chcieliśmy wszczepić do Spirit. Innymi słowy, rzucę sloganem: nie ograniczamy się licząc, że słuchacz też się nie ogranicza.”

Strach pomyśleć, że to dopiero początek, choć zespół dość świadomie podchodzi do swojej roboty. Piotr: „Głowię się nad znalezieniem złotego środka, aby grać przystępne kawałki, które jednocześnie wymagają ode mnie zaangażowania jako instrumentalisty”. Determinację Spirit podkreśla fakt, że debiutancki materiał wydali własnym sumptem, z zaskakującą, jak na dzisiejsze czasy dbałością o graficzny kontekst, co przekłada się na całkiem sensowne zainteresowanie propozycją zespołu. „Płyta sprzedaje się regularnie i systematycznie, co mnie wręcz dziwi, bo jestem przyzwyczajony do sprzedawania pierwszych stu egzemplarzy przez przynajmniej rok – komentuje zadowolony Piotrtymczasem tutaj w ciągu trzech miesięcy pękła stówa, co odnajduje jako prywatny powód do dumy. Nie wiem, czy to dużo, czy mało; w dzisiejszych czasach, pewnie mało, ale nie interesuje mnie to aktualnie za bardzo, bo i tak odzew na ten band jest dużo lepszy od każdego zespołu, w którym miałem przyjemność grać wcześniej.”Spirit

Największymi atutami zespołu są technika i wyobraźnia, co pozwala osiągnąć poziom startowy, niedostępny wielu, młodym wykonawcom. Z drugiej strony, grupa bawi się jeszcze całym szeregiem zapożyczeń, wprawdzie bardzo smakowitych, choć jednak trochę oczywistych w kontekście technicznego metalu, jakim parają się spirytyści. Nie zmienia to faktu, że pozycję wyjściową mają bardzo dobrą, są otwarci i chętni do szukania tego złotego środka, który… być może nadejdzie już na drugiej płycie, choć będzie to jedynie doszlifowanie i tak błyszczącego kamyka. Na pożegnanie jeszcze kilka słów od Piotrka: „Jedyne co nam pozostaje to grać bardzo dużo koncertów i w ten sposób zdobywać fanów, przy jednoczesnym dbaniu o wysoki poziom wydawnictw, szybkość kontaktu z nami i ciągły rozwój, zarówno muzyczny jak i – że tak powiem – medialny...”

Komentował i rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Oskar Szramka