SPHERE – Mocny koncertowo materiał, który będziesz mógł nucić przy goleniu…

Warszawski Spere to żadni debiutanci ani tym bardziej dyletanci. Od ponad dekady ciągle szlifują formułę death metalowego rzemiosła i trzeba im to przyznać robią to z zaangażowaniem i uporem, z który należy się szacunek. Jeśli do cech wspomnianych wyżej dołożymy z płyty na płytę coraz lepszą muzykę to nie pozostanie nam nic innego jak tylko śledzić dokonania tego zespołu, ale jeśli jeszcze ich nie znamy, czym prędzej nadrobić zaległości. Proces poznawania Sphere rozpocząć można bez obaw od najnowszej płyty czyli „Mindless Mass”, która jest dowodem na to, że można grać death metal i ciągle się rozwijać. O tym wydawnictwie, o planach, scenie i paru innych rzeczach rozmawiałem z bębniarzem grupy – ThOrn’em…

Cześć ThOrn! Sphere żyje w podziemiu już od około 13 lat. Bawisz się czasem w podstępne myśli typu rachunek zysków i strat z tego zespołowego żywota?

Th0rn: Cześć! No faktycznie parę lat już minęło. Szczerze, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale jeśli miałbym cokolwiek podsumowywać na plus to z pewnością Metalmania 2007, koncerty u boku Cannibal Corpse, Vital Remains czy Cryptopsy/Disgorge. Na minus, jak tak głębiej pomyślę, to chyba strata około dwóch lat pomiędzy pierwszą płytą a drugą. Za dużo się wtedy przepychaliśmy i ociągali, zamiast wziąć się za robotę i napierdalać.

Skoro jesteśmy przy wspominkach – jak dziś patrzysz na pomysł wydania debiutu w Empire Records jako dodatek do gasnącego już wtedy magazynu Thrash’emsph (1) All? Pamiętam, że jeszcze parę lat wstecz wzbudzało to cholerne kontrowersje. Z perspektywy czasu powtórzyłbyś tę współpracę czy nie?

A ja przewrotnie powiem, że to była nasza najlepsza decyzja. Nakład gazety o ile pamiętam, był około 5000szt. Zatem która kapela amatorska może pochwalić się takim wynikiem i dystrybucją w takiej ilości i to do tego już przy debiucie? Wiecznym malkontentom i marudom mówię za każdym razem: nara!

Wiesz, krytykanctwo nie brało się z niczego. Przecież większość płyt jakie ukazały się z Thrash’em All zwyczajnie nie nadawało się do słuchania. A takie wyjątki jak Pyorrhoea, Trauma, Hate czy Sphere nie mogły zmienić opinii o ogólnym poziomie wydawnictw z Empire Records. Można powiedzieć, że Wasza współpraca biznesowa przy drugiej płycie również mogła budzić kontrowersje… „Homo Hereticus” ukazał się sygnowany logo Masterful Records, „labelu”, który pojawił się równie szybko co zniknął a kojarzony był chyba tylko głównie z nazwy tożsamej z pewnym forum zrzeszającym specyficzną grupę ludzi… Czy nie było trochę tak, że konszachty z raczkującą wytwórnią, która za chwilę padła, podcięły Wam trochę skrzydła?

To nie tak. Pieżu postanowił ruszyć ze swoim małym labelem i miał jakieś tam plany dotyczące przyszłości. Niestety, życie zweryfikowało mu te plany i chyba mu to upadło. Krótko mówiąc, powołany został do życia mały label na potrzeby wydania „Homo Hereticus”. Lepiej to wyglądało niż selfrelease, więc postanowiliśmy, że tak to się odbędzie. Potem chyba jeszcze Andrzej wydał jakiś materiał Kaos’a, ale chyba na tym to się zakończyło.

Od wydania wspomnianego już „Homo Hereticus” minęły trzy lata. W tym czasie doszło do rewolucji jeśli chodzi o skład komandy, z którą jak mniemam chcesz zdobywać death metalowy świat. Co było powodem tego, że z ekipy, która nagrywała „Homo Hereticus” dziś zostałeś tylko Ty?

Tak się poukładało. Niestety, niektórzy mieli absorbującą pracę, innym trochę przestało się chcieć grać. Ja zawsze podchodziłem do Sphere bardziej na zasadzie zobowiązania, stylu życia itd. Dlatego też nie było mowy o zawieszaniu nazwy na kołku i tak w 2012 stanąłem przed pytaniem co dalej. Na szczęście, chwila zwątpienia trwała krótko i po chyba dwóch miesiącach z nowym składem wróciłem do prób i promowania „Homo Hereticus” na koncertach. W tej chwili po paru roszadach skład wykrystalizował się na tyle, że mamy dość jasną sytuację i wygląda następująco: Diego-gitara, Xan-gitara, Dawid-wokal, Beton-bas, Th0rn-perkusja.

Nowi ludzie, swoista, świeża krew zmienili muzyczne oblicze Sphere. W moim odczuciu „Mindless Mass” to death metal bardzo dojrzały, ale też death metal, w którym jest miejsce na powietrze, przestrzeń i pomysły, które mam wrażenie w „starym” Sphere by nie przeszły. Zadziałał efekt synergii na polu współpracy ludzi, którzy czują głód tworzenia?

To raczej naturalny progres i kontynuacja tego co było na „Hereticusie”. Może bardziej rozbudowana i urozmaicona niż to było wcześniej. Myślę, że dużo powietrza i energii dodały zmyślne smaczki w gitarach co z pewnością ułatwia ogarnięcie tego wszystkiego i zwyczajnie lepiej się tego słucha. Naszym celem było zrobić materiał, który będzie mocny koncertowo, będzie zostawał w głowie a przy okazji będziesz mógł go ponucić przy goleniu (śmiech).

Dużo wnoszącym elementem „Mindless Mass” są wolniejsze, ciężkie momenty, który nadają tej płycie chwilami trochę jakby orientalno-black metalowy charakter a właściwie to stanowią doskonałe tło i przestrzeń dla materiału kipiącego death metalową brutalnością. Rozwinięcie formuły było naturalną częścią rozwoju zreformowanego Sphere czy efektem ciężko wypracowanej wspólnej wizji?

Chyba nie patrzyliśmy pod tym kątem. Sukcesywnie robiliśmy nowe numery, chłopaki robili riffy, ja przygotowywałem pod to szkic bębnów a potem rozwijałem do końca. W zasadzie końcowe aranże powstawały już w studio. Robiąc materiał nie graliśmy go na próbach, dopiero po nagraniach, w sali prób pierwszy raz odegraliśmy numery, które miesiąc czy dwa wcześniej nagraliśmy. Tak więc bardziej bym tutaj stawiał na jasno sprecyzowaną wizję, w którą stronę mamy iść. Wszyscy po kolei wiedzieliśmy co mamy robić.

Mocny koncertowo materiał, który będziesz mógł nucić przy goleniu…”

Mocny koncertowo materiał, który będziesz mógł nucić przy goleniu…

Od pierwszych odsłuchów „Mindless Mass” moją uwagę zwróciło bardzo esencjonalne brzmienie. Kto i gdzie kręcił gałkami? Nie wiem czy się ze mną zgodzisz, ale jest to chyba najbardziej żywo i naturalnie brzmiący materiał Sphere…

No tak, jest mięso i tu się zgodzę. Płytę nagrywaliśmy pod okiem Heinricha z Vesanii w Sound Division Studio oraz pewną część w jego Heinrich Studio. Rozumieliśmy się jeśli chodzi o brzmienie, zatem udało się wyciągnąć z tego diabła tyle, na ile tylko pozwalały nam możliwości. Jestem przekonany, że brzmi to klarownie, ale nie traci pazura i ciężaru, który powinien mieć każdy materiał metalowy.

Tytułowe „Bezmyślne Masy” to? Czytając teksty odnoszę wrażenie, że przesłanie jest przedstawione nieco szerzej niż zwykłe plucie na krzyż…

O chłopie. Temat rzeka (śmiech). A tak naprawdę to tutaj proponuję wgłębić się w teksty i książeczkę. Teksty mają podwójne dno, każdy zrozumie je inaczej, ale oczywiście masz rację, staraliśmy się szerzej wyjść poza ramy.

Dużo się dziś mówi o kondycji tej czy innej sceny. Death metal ciągle ma się dobrze, ale da się zauważyć, że dziś bardziej nośne stało się granie z okolic black metalu niż tradycyjny death metal. Uważasz, że ta scena dziś ma ciągle słuchaczom wiele do zaoferowania?

Powiem Ci tak. Z ekstremy jeśli już słucham, to w zasadzie tylko death metalu, czasami gdzieś spontanicznie włączę sobie Emperor czy Slayera. Cała moja uwaga skupiona jest na death i na moim zespole, ale coś w tym jest i łatwo to zaobserwować na koncertach gdzie, niestety, ilość ludzi nie powala. A wręcz wygląda to z roku na rok bardziej mizernie. Mam nadzieję, że to się odwróci i death metal powróci do łask. Bo co nam z nagrywania tych płyt czy koncertów jak nie będzie odbiorców…

A tak zupełnie osobiście. Za co kochasz death metal bo domyślam się, że zespołowy wózek, który pieniędzy nie przynosi pcha się z miłości a nie przymusu…

Ekspresja, adrenalina, blasty to jest to co lubię najbardziej… a tak na poważnie to oczywiście koks, dziwki i lasery no bo cóż innego (śmiech).

W ostatnich miesiącach ukazało się kilka płyt zespołów ważnych dla gatunku. Nowe materiały wydały Nile, Krisiun i Hate Eternal. Jak oceniasz te płyty? Nie sądzisz, że gatunkowe tuzy coraz bardziej zagłębiają się w odtwórczy marazm?

Coś w tym jest, choć na podstawie przykładów, które podajesz ciężko mi podsumować. Osobiście nowego Nile’a nie słyszałem jeszcze a ludzie wypowiadają się o nim pozytywnie. Ostatni Hate EternSphere okłądkaal po tym co słyszę w necie będzie mocny, chociaż ten zespół zawsze grał tak samo, więc ciężko tu mówić o jakimś maraźmie, oni po prostu od pierwszej płyty łoili okrutnie (śmiech). Co do marazmu w płytach zespołów, które grają do tej pory i mają w swoim dorobku zajebiste płyty, mam wrażenie, że od paru lat naprawdę fajnej płyty nie nagrał Deicide. Deeds of Flesh też jakoś takie płyty bez wyrazu wydaje. I jak mam być szczery, ostatnie dokonania Slayera też mnie nie przekonują chociaż uwielbiam ten zespół live!

Powoli zbliżamy się do szczytu koncertowego sezonu. W tym roku zapowiada się, że jesień będzie wyjątkowo bogata w wydarzenia. Szlifujecie formę przed jesiennym atakiem na deski polskich scen?

W zasadzie promujemy płytę już od marca, więc jesteśmy w ciągu koncertowym. Generalnie zaczynamy zaraz od 18 września i koncertujemy co tydzień lub dwa aż do początku grudnia. Formę można będzie ocenić w różnych stronach Polski, więc zapraszamy. Będą nowe płyty, nowe koszulki i różne inne fajne rzeczy.

Zostańmy jeszcze chwilę w temacie koncertów. Czasy mamy dziś takie, że dużą liczbę głów pod sceną dają duże nazwy, ale z drugiej strony dostępność sprzętu jest dziś tak duża, że nawet klub w małym miasteczku może zapewnić warunki do koncertu na wysokim poziomie. Czy Twoim zdaniem jest dziś dobra atmosfera do tego by jeździć i grać sztuki? Wolisz zagrać jako support przed Nile czy może jednak bardziej kręci Cię gig w małym klubie w Olsztynie, gdzie pod sceną dzieją się rzeczy straszne i szalone?

W obu przypadkach, czy gramy przed Cannibal Corpse czy z undergroundową kapelką w małej miejscowości, Sphere napierdala tak samo. Nie odpuszczamy dlatego, że gramy mniejszy koncert. Nieważne, czy to koncert na 500 osób czy dla 20. Odpuszczanie byłoby brakiem szacunku dla osób, które płacą za bilet aby Cię zobaczyć. Odpowiadając na Twoje pytanie: uwielbiam grać i takie koncerty i takie. Granie przed dużym bandem gwarantuje Ci, że będziesz miał pełno ludzi pod barierkami. Z drugiej strony grając w mniejszej miejscowości, gdzie nagle przyjdzie Ci 60 czy 80 osób i jest szaleństwo powoduje tym większe zadowolenie z naszej strony bo wiemy, że wtedy warto grać i starać się dla takich ludzi. Bez nich nas nie ma, proste.

Na zakończenie nie chcę Cię pytać o plany i cele bo jak wiadomo, najczęściej ich realizację weryfikuje życie, ale chciałbym dowiedzieć się co musiało by się stać byś mógł powiedzieć, że „Mindless Mass” to płyta, która odniosła sukces? Dzięki za poświęcony czas!

Trasa w Polsce i może coś w UE, minimum 80 osób na koncertach, wyprzedany merch i banany na twarzach po koncercie. Wtedy będę mógł oznajmić, że jest 100% sukces! Dzięki!

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu