SPACESLUG – Nikt nie siedzi z kilofem i nie wali w kamień na siłę

Spaceslug pod koniec lutego zaatakował swoją drugą długogrającą płytą „Time Travel Dilemma”. O procesie jej powstawania, współpracy z Sungrazer, oraz celach na przyszłość, rozmawiałem z gitarzystą i wokalistą kapeli – Bartoszem Janikiem.

Zacznę trochę nietypowo, ale pierwsze co rzuca się w oczy to oprawa „Time Travel Dilemma” i „Lemanis”; to są wasze pomysły czy dajecie wolną rękę zaprzyjaźnionym grafikom?

Tak, są to nasze pomysły. Generalnie staraliśmy się stworzyć własne uniwersum i historię w nim zawartą. Taki koncept był od samego początku. Przy pierwszej okładce było ciężej bo zaczynaliśmy z niczym, drugą wymyślałem w głównej mierze ja. Wiedziałem dokąd ma to zmierzać i dlaczego. Oczywiście, kunszt grafików nadał temu cały koloryt.

Widać, że Maciek Kamuda podjął trop Łukasza Puzdrowskiego. Przygotowałeś dla niego jakieś szkice czy tylko przedstawiłeś mu pomysł i ideę?

Dokładnie. Maciej jest świetnym artystą. Szczególnie w momencie kiedy rozumie muzykę i do tego mu się ona podoba.BJ Chciałem zachować charakter pierwszej okładki i pchnąć historię dalszym torem. Niestety, jestem miernym rysownikiem, więc wszystko odbywało się na zasadzie mojej wizji i jego świetnych umiejętności przenoszenia ich na papier. Z tego miejsca polecam każdemu Maćka za to właśnie, że potrafi niemal jeden do jednego przenieść wizję na obraz. Jest też cierpliwy, a to ważne przy współpracy z muzykami.

A czy mógłbyś wskazać (o ile takie były) różnice w komponowaniu i realizacji Waszego drugiego krążka? Jak wyglądał ten proces przy „Lemanis” a jak na „Time Travel Dilemma”?

Różnic nie było praktycznie w ogóle. Mamy prosty system pracy w sali prób. „Time Travel Dilemma” różni się od „Lemanis” na pewno pod tym względem, że się rozegraliśmy jako kapela i lepiej poznaliśmy jako muzycy. To w sumie naturalny progres przy ciężkiej pracy w sali. Przy „TTD” nie baliśmy się też eksperymentować z brzmieniem, formą i treścią. Nie to, że przy „Lemanisie” był strach, ale tam wyglądało to na zasadzie przecierania szlaków i odkrywania kim jesteśmy jako zespół. Jaki jest nasz styl i co możemy z siebie wydobyć. „TTD” powstawało praktycznie zaraz po „Lemanis”.

Właśnie – czas! Osobiście jestem zaskoczony, że w przeciągu zaledwie 12 miesięcy ukazała się Wasza druga płyta, tempo macie zabójcze! Miałeś już gotowe riffy na „TTD”, odrzuty z sesji „Lemanis” czy wszystko powstawało podczas wspólnego jammowania?

Generalnie nie mieliśmy odrzutów. U nas to wygląda tak, że albo coś siedzi albo nie siedzi. Staramy się nie używać półśrodków. Czasami numer wymaga odpoczynku, czasami poświęcenia większej ilości czasu na szlif, ale generalnie od pierwszego dźwięku wiemy czy idzie czy nie idzie. Nikt też nie siedzi z kilofem i nie wali w kamień na siłę. W większości materiał powstawał tak, że przynosiłem riff, lub dwa i do niego doklejaliśmy już na próbie kolejne pomysły. One wychodziły albo od Janka, albo od Kamila, albo od ilości piwa. Czasami riff wyszedł np. od Janka i koło szło w tę podobną stronę. Każdy wnosi coś od siebie do tej muzyki. Muzyka w moim przypadku powstaje w prosty sposób. Ustalam sobie w głowie roboczy tytuł, treść lub część historii, np. do kontekstu poprzedniego napisanego utworu i do tego staram się wymyślać riffy. Potem klocki układają się same. Jest mi łatwiej najpierw określić historię i pejzaż, a dopiero potem siadać z tym pomysłem do gitary.

Czuć, że podchodzicie do muzyki bardzo kompleksowo, wszystko trzyma się kupy i jest mocno przemyślane. Nie mieliście obaw, że to może być jednak pułapka, w sensie nie dawania sobie miejsca na zaskoczenie?

Ale to zaskoczenie zawsze może się pojawić. Mamy nieograniczone możliwości grania muzyki. Nie narzucaliśmy sobie żadnych ram ani barier. Szufladki dzisiaj są, były i będą i tego nie da się ominąć, natomiast muzyka to muzyka. W tym przypadku nigdy nie wiesz gdzie Ślimak znajdzie się tak na prawdę na kolejnej płycie. I to jest w tym wszystkim najfajniejsze. Historia może rozwinąć się w dowolny sposób. Ciągle też odkrywamy i eksperymentujemy z samym komponowaniem i pomysłami. Muzykę piszemy dla siebie i przede wszystkim nas musi ona kręcić, więc nie boimy się nowych pomysłów. Stoner/Doom to szuflada, ale nie znaczy, że nie da się w niej zaskoczyć i zrobić czegoś innego. Trzeba tylko pamiętać, że Sleep i Electric Wizard to nie są jedyne zespoły na tym świecie jeżeli chodzi o inspiracje.

O widzisz! Trochę wyprzedziłeś moje pytanie, które miałem przygotowane na koniec rozmowy. Jakie są Wasze inspiracje, prócz tych oczywistych jak wspomniane Electric Wizard czy Sleep? Czego słuchacie na co dzień?

Za chłopaków się nie będę wypowiadał ze szczegółami, ale są fanami lat 90., mają o 180 stopni inne gusta niż ja. Ja osobiście uwielbiam Yob nad życie, Neurosis, Pink Floyd, Mastodon, Hendrixa, Black Sabbath, dużo akustycznych rzeczy (szczególnie twory panów z Neurosis + Shawn James And The Shapeshifters, folk), Outlaw Country w stylu Hanka III i Davida A. Coe. Ostatnio męczę Alice In Chains oraz odkrywam rzeczy, które omijałem przez własną ignorancję latami. Dużo też post-rockowych i post-metalowych rzeczy słychać z moich głośników. Faza na rzeczy typu Sleep i Electric Wizard przeszła mi w momencie kiedy zobaczyłem, jak łatwo można się zapętlić w pisaniu muzy. W tym złym sensie oczywiście. A no i uwielbiam muzykę z gier i filmów – szczególnie tych o tematyce azjatycko-feudalnej.

Nikt nie siedzi z kilofem i nie wali w kamień na siłę

Nikt nie siedzi z kilofem i nie wali w kamień na siłę

Możesz mi powiedzieć jak doszło do waszej współpracy Sanderem Hangmansem z Sungrazer?

Generalnie jesteśmy fanami tej kapeli. Kamil i Janek mieli przyjemność i zaszczyt grać z nimi na wspólnym wyjeździe kilka lat temu z Palm Desert. Uwielbiamy wszelkiej maści „featy”. Na „Lemanisie” była gościnna solówka Jaja z Palm Desert, więc i tu postanowiliśmy kogoś zaprosić. Padł pomysł, że Sander dopasował by się idealnie pod klimat i muzykę. Porozmawiałem z nim o pomyśle, zaprezentowałem mu jeszcze nie zmiksowany materiał – powstała od razu chemia pomiędzy nim a muzyką i pomysł zażarł jak diabli. Do tego wszystkiego jest to strasznie równy koleś i jestem dumny, że stał się częścią tej płyty, współpracowało się z nim jakby był pełnoprawnym członkiem kapeli. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że się udało, bo Sungrazer to jedna z najlepszych kapel ostatnich lat w tym klimacie. Więc jesteśmy na prawdę wdzięczni Sanderowi za chęć i włożony wysiłek, był to dla nas zaszczyt. Lepszego featuringu na tej płycie nie mogliśmy sobie wyobrazić.

Wspomniałeś o Palm Desert. Czy Janek i Kamil mają w planach kontynuować dalsze granie pod tym szyldem?

Oczywiście, że tak. To jest ich dziecko i miłość. Z resztą inaczej być nie może. Ten skład gra kawał dobrej muzy i robi świetną robotę koncertową. Zresztą, działają już razem osiem lat. Czasami mam wrażenie, że Palm Desert mają nieograniczony zapas mocy na pisanie muzy, co jest bardzo inspirujące i szacun im za to!

A jak radzicie sobie z całym marketingiem związanym z waszą działalnością? Trzeba przyznać, że machina działa prężnie. Winyle, koszulki, pięknie wydane CD…

To trochę nakręca się samo. Machina ma proste tryby – nagrywasz dobrą płytę i jeżeli trafi do ludzi to profit jest naturalną koleją rzeczy. Ludzie to już potem sami sobie podają dalej. Oczywiście na początku trzeba się pokazać tu i tam, bo jak muzykę wydasz na podwórku, to nikt tego nie usłyszy. Ale w pewnym momencie rzeczy dzieją się same, jeżeli oczywiście muza się broni. Nie ma tutaj złotego środka. Nie obmyślaliśmy specjalnie marketingu. Najważniejsze dla nas było nie powielanie podstawowych błędów jakie robią kapele na starcie i tyle. Wszystko oczywiście było z początku robione własnym sumptem. Teraz mamy trochę łatwiej i możemy pozwolić sobie na więcej.

Widać muzyka broni się znakomicie, macie przecież zaplanowany koncert w którym będziecie supportować legendę – Johna Garcię. Macie tremę przed spotkaniem ojca – założyciela stonerowego grania?

O to trzeba by tutaj zapytać Kamila i Janka, ze względu na to, że oni są mega fanami Kyuss. Ja przyznam, że nie aż tak bardzo, bo stoner zaczynałem z innych rejonów. Oczywiście, elektryzuje mnie sam fakt grania przed taką legendą, bo nie dzieje się to codziennie, ale trzeba do tego podejść z kubłem zimnej wody i zagrać tak jak należy – czyli dać z siebie 101% i nie myśleć kategoriami „a bo gramy przed kimś to trzeba(…)” etc. bo to może szybko zgubić. Jest to bardzo, bardzo przyjemne wyróżnienie, a możliwość poznania kogoś takiego to zaszczyt. Myślę też, że dużo będzie można się dowiedzieć o muzie z samej rozmowy z Johnem i faktu obcowania z kimś takim.band

Ten koncert odbędzie się we Wrocławiu w Klubie Carpe Diem już 20 marca. Jak wyglądają wasze plany na najbliższe miesiące? Planujecie jakąś większą objazdówkę po Polsce (a może i zagranica prócz koncertu w Berlinie 18.03)?

Mamy zaplanowane koncerty w tym momencie głównie za granicą. Koncert z Johnem Garcią to jedyny koncert w PL na ten moment zabookowany. A tak to w pierwsza połowa roku to głównie Niemcy, Holandia, Dania i może coś u kolegów zza wschodniej granicy w Ukrainie.

Chciałem Cię jeszcze zapytać o wasze cele i marzenia związane z graniem?

Znów nie mogę się wypowiadać tutaj za kolegów z zespołu. Ja ogólnie jestem dość dużym marzycielem i pewnie kiedyś mnie to zgubi. Mój cel to ćwiczyć charakter poprzez granie muzyki, bo tego brakuje większości nam wszystkim – pokory i szacunku do pewnych wartości. Co do samej kapeli, to moim marzeniem jest by doszła do takiego poziomu i momentu, że kiedyś stanie się dla kogoś inspiracją. Mi wraz ze Spaceslugiem/dzięki Spaceslugowi kilka takich prawdziwych – kiedyś pomyśleć nieosiągalnych marzeń spełniło – więc udowodniłem sobie, że niemożliwe nie istnieje. Trzeba tylko na to poświęcić całego siebie i dać z siebie wszystko. Jakkolwiek błaho i naiwnie to brzmi.

Czyli możemy liczyć na spełnienie marzeń fanów i kolejną płytę już pod koniec lutego 2018 roku?

Nie będę składał obietnic, ale bardzo lubimy Led Zeppelin… If you know what I mean (śmiech).

Uważaj! Bo oni istnieli tylko 10 lat!

Ale jakie to było 10 lat!

Rozmawiał Tom Wolf

Zdjęcia: Marcin Pawłowski