SOUNDS LIKE THE END OF THE WORLD – Pozwolić aby emocje wyszły na wierzch

Sounds Like The End Of The World pochodzą z Trójmiasta (tutaj powinny Wam się zaświecić oczy…) i na przekór nazwie brzmią raczej tak, jakby świat się przebudzał. Choć grają post-rocka, trudno zaliczyć ich do grona chłopaczków w za dużych swetrach, ze smutkiem wpatrzonych w porozkładane pod nogami efekty. Zarówno studyjnie, jak i na koncertach kipią energią oraz – o czym przekonacie się czytając poniższą rozmowę z gitarzystą SLTEOTW, Michałem Baszuro – po prostu chcą grać i dobrze się przy tym bawić.   

Na początek pytanie nieco rozgrzewkowe – tytuł Waszego nowego albumu zdaje się sugerować, że każdy z ośmiu utworów zawartych na „Stories” opowiada odrębną historię. Mimo to, słuchając całości, nie sposób nie odnieść wrażenia, że poszczególne kompozycje spina swego rodzaju klamra. Czy „Stories” należy zatem traktować jako luźny zbiór piosenek, czy raczej każdy utwór jest elementem większej układanki?

Jak zwykle odpowiem dość wymijająco, bo w zasadzie od początku nie lubimy określać naszej muzyki. To daje słuchaczowi pełnię interpretacji i nic mu nie narzucamy. Jak napiszę, że owszem, „Stories” to spójna opowieść, to ludzie będą ją tam widzieli. Jeśli powiem, że numery są totalnie nie powiązane – będzieband odwrotnie. Niech każdy sam to zinterpretuje po swojemu. Od siebie mogę napisać tyle, że cały album powstał praktycznie w tydzień, więc na pewno jest w jakiś sposób spójny i konsekwentny.

Sam fakt, że tworzycie muzykę instrumentalną, pozostawia wolną rękę w interpretacji poszczególnych utworów. Czy jest to poniekąd Waszym celem? Rozumiem, że nie chcecie nic nikomu narzucać?

Dokładnie tak. Sam zawsze lubiłem posłuchać muzyki i odczuć ją po swojemu. To, że ktoś w danym numerze słyszy tragedię i smutek, nie oznacza, że ja nie mogę usłyszeć radości. W muzyce instrumentalnej nie ma granic interpretacji, dlatego też poniekąd taki gatunek wybraliśmy.

Jednakże za pomocą tytułów staracie się dać słuchaczom pewien kierunkowskaz.

Słuszna uwaga. Z tytułami było tak, że jak przyszedł czas na ułożenie numerów na płytę według jakiejś kolejności i nadanie im tytułów, usiedliśmy i zrobiliśmy to wspólnie. Według naszych emocji i naszego pomysłu. To na pewno sprawiło, że nie ma tak zwanego miszmaszu, a jest spójna całość.

Nie brakuje Wam czasem wokalisty w szeregach? Brak partii wokalnych to dla Was raczej ograniczenie, czy wręcz przeciwnie – jest gwarantem jeszcze szerszej formuły?

Z wokalistą byłoby tak, że zbierałby wszystkie laury, a my byśmy w tym czasie pakowali sprzęt do busa (śmiech). Tak zupełnie serio to czujemy, że to właśnie wokalista byłby dla nas ograniczeniem. Nie dość, że barwa głosu i sposób śpiewania już w dużej mierze ograniczają kompozycje, które muszą być odpowiednio pod ten wokal aranżowane, to jeszcze śpiewa się przecież o konkretnych rzeczach. To również ograniczenie interpretacji muzyki. Rozważaliśmy, że możemy kiedyś wykorzystać partie wokalne w postaci wokalizy czy screamów dla urozmaicenia naszego materiału, ale tradycyjny wokalista na 100% się w naszym składzie nigdy nie znajdzie.

Mimo to dość charakterystyczna dla Waszej twórczości jest swego rodzaju piosenkowość. Musisz przyznać, że istotne jest dla Was, żeby Wasze utwory miały pewien „przebojowy” potencjał.

Wiesz co, powiem szczerze, że to wyszło zupełnie naturalnie i nie dlatego, że obmyśliliśmy sobie, że będziemy robić „piosenkowe” numery, tylko tak naprawdę z dwóch powodów. Po pierwsze, każdy z nas ma korzenie rockowe, więc naturalnie dążymy w graniu do jakiejś melodyjności lub jej namiastki. Druga sprawa – nikt z nas nie lubi „męczyć buły”. Bardzo często skracamy poszczególne elementy kompozycji bo czujemy, że już poszło o dwa takty za długo. Lubimy jak w utworze coś się ciągle dzieje – dlatego nie mamy rozciągniętych numerów. Jak zestawisz jedno z drugim to rzeczywiście można odnieść wrażenie, że  staramy się nadać naszemu graniu „przebojowego” charakteru.

Otóż to, w Waszej twórczości naprawdę dużo się dzieje. Biorąc pod uwagę, że dość intensywnie koncertujecie, a także to, jak żywiołowo gracie na scenie, posądzić Was można o jakieś muzyczne ADHD…

Rzeczywiście, słyszymy to dość często. Koncerty to po prostu bardzo ważna, o ile nie najważniejsza dla nas sprawa. Dzisiaj płytę możne nagrać ktoś, kto nie ma pojęcia jak grać na instrumencie. W studiu można wszystko. Scena natomiast weryfikuje zespół, bo tam nie ma ściemy; tam pokazuje się ludziom prawdę i to kim się jest. Jesteśmy dość żywiołowi, bo na scenie mamy możliwość się otworzyć i pozwolić, żeby wszystkie emocje wyszły na wierzch.

Pozwolić aby emocje wyszły na wierzch

Pozwolić aby emocje wyszły na wierzch

A teraz proszę mi wytłumaczyć – co takiego jest w nadmorskim powietrzu, że to właśnie w tym rejonie Polski powstaje tyle istotnych – mnie tylko dla rockowej, ale w ogóle dla krajowej alternatywy – zespołów?

Ha, ha, miło to słyszeć! Sam się nad tym wielokrotnie zastanawiałem, jak to jest, że nasza scena jest taka urozmaicona, mocna pod wieloma względami oraz często ma przełożenie na cały kraj. Odpowiedź, która najbardziej chyba mnie przekonuje padła w dokumencie Jana Paszkiewicza na temat tak zwanej Trójmiejskiej Sceny Alternatywnej. Otóż padło tam stwierdzenie, że z jednej strony mamy tutaj morze, a z drugiej lasy, a pośród tego wszystkiego jest Trójmiasto i po prostu klimat tego miejsca, połączonego tak silnie z naturą, napędza w jakiś sposób ducha kreatywności. Jest w tym bardzo dużo prawdy.

Czy któryś z muzyków lub zespołów zaliczanych do tego grona jest dla Ciebie szczególnie inspirujący, czujesz się może z kimś bardziej tożsamy? Jak w ogóle oceniłbyś rolę i wpływ Trójmiasta na całokształt polskiej alternatywy?

Przyznam szczerze, że nie inspiruję się konkretnymi wykonawcami/zespołami, a bardziej klimatem, który pomiędzy nimi jest. Trójmiasto trzyma się razem, pomaga sobie. Nie czuć tutaj oddechu konkurencji i raczej nikt nie traktuje siebie jak oponenta. Wystarczy pójść na jakiekolwiek wydarzenie kulturalne, aby poczuć tę pozytywną chemię, która wisi w powietrzu pomiędzy trójmiejskimi artystami. To jest niesamowicie inspirujące. Natomiast co do oceniania takich wpływów… Nie czuję się kompetentny. Myślę, że starzy wyjadacze tacy jak Tymon Tymański, Jędrzej Kodymowski, Jarek Janiszewski, Olaf Deriglasoff i wielu innych mieli ogromny wpływ na polską scenę alternatywną, co można od czasu do czasu usłyszeć w różnego rodzaju dokumentach i reportażach. Dzisiaj też trójmiejska scena jest mocna. Mamy Behemotha, Blindead, Ampacity, State Urge, Dick4Dick i wiele, wiele innych. Mamy mnóstwo ambitnych INSTRUMENTALNYCH projektów (co mnie szczególnie cieszy), jak Spoiwo, Signal From Europa czy Lonker See. Nie wiem czy dziś wpływają one na całokształt polskiej alternatywy, ale na pewno dają o sobie znać i stają się ważne nie tylko dla Polski, ale i zagranicą.

Wspominałeś, że nie wykluczasz, iż na kolejnych albumach usłyszymy gości. Warto jednak zaznaczyć, że już przy okazji „Stories” udało Wam się zaprosić do współpracy Jana Gałacha. Jak do tego doszło? Skąd w ogóle pojawił się pomysł, by brzmienie zespołu wzbogacić akurat o skrzypce?

Z Jankiem Gałachem to wyszło na zupełnym spontanie. Jak byliśmy zamknięci na salce i komponowaliśmy płytę, to okazało się, że nasz basista wcześniej grał przez wiele lat na skrzypcach, o czym nie mieliśmy pojęcia. Padł luźny pomysł wykorzystania ich w nowym materiale i tak właśnie powstał koncept numeru skrzypcowego. Potem jednak wpadliśmy na pomysł, że skoro mamy już zarys takiego utworu, to czemu by nie zaprosić Janka (prywatnie przyjaźnimy się bardzo) do zaimprowizowania go z nami. Czuliśmy, że może z tego wyjść coś ciekawego, bo to jednak skrzypek światowo wybitny i tak się chyba właśnie stało. My w każdym razie jesteśmy niesamowicie zadowoleni. Wszyscy zgadzamy się, że uchwyciliśmy w tym numerze coś bardzo pozytywnego. Słychać tam nas i słychać tam Janka. Bardzo się cieszymy, że do tego doszło. Co do przyszłości i zapraszania innych gości – zobaczymy. Nie lubimy planować takich rzeczy, bo one są najfajniejsze, bandkiedy właśnie przychodzą naturalnie i spontanicznie, a nie na siłę.

Dosyć ciekawe wydają się też Wasze ostatnie koncerty u boku Obscure Sphinx. Jak doszło do Waszej wspólnej trasy? Zdaje się, że przy okazji też całkiem nieźle się zakumulowaliście.

Z Obscure’ami mijaliśmy się już niejednokrotnie przy różnych okazjach np. na trasie po Bałkanach czy na Dunk! Festivalu. Znamy się gdzieś tam też z różnych prywatnych sytuacji. Natomiast do trasy doszło jakoś tak po prostu… Wpadłem na pomysł, czy nie byłoby fajnie zagrać z kimś, kto ma jednak (przynajmniej częściowo) inną grupę docelową, a OS się na ten pomysł zgodzili. Cieszymy się, że mogliśmy razem zagrać, bo mamy do tego zespołu i do ludzi w nim grających ogromny szacunek. Lubimy się też, a trasy z reguły rzeczywiście zbliżają ludzi do siebie. Takie przynajmniej mamy wrażenie…

Jak to jest w ogóle z tym rokenrolem? W sieci widziałem zarówno filmiki, którymi chcieliście przedstawić monotonię i zmęczenie koncertami, jak i takie, na których wyraźnie świetnie się bawiliście. Gdzie leży prawda?

Jak zawsze po środku. Trasa jest zawsze fajna. Uwielbiamy jeździć i grać. Po to właśnie gramy. Jednak wiadomo, że jak się ciśnie 8 godzin busem, żeby dojechać na miejsc,e to jest i czas na lekka nudę. Wtedy czytamy albo oglądamy filmy (pewien filmik na Facebooku sugeruje, że równie chętnie chłopaki śpią – przyp.red.).

Na koniec pytanie nieco odbiegające od tematu – wysokie tłuszcze czy wysokie węgle?

Zdecydowanie to pierwsze! (śmiech).

Rozmawiał Michał Fryga

Zdjęcia: Aleksandra Radzicka-Baszuro