SOUNDQ – wierzchołek góry lodowej

Coś za dużo ostatnio hałasu na naszej stronie, czas zatem na oddech i relaks a wiadomo, że najlepiej relaksujemy się przy muzyce łatwej i przyjemnej. Co nie znaczy – chcę to mocno podkreślić – banalnej. SoundQ mają wszelkie atuty, dzięki którym muzyka z debiutanckiej płyty „Barbarians” może się podobać, z małym wyjątkiem, o którym będzie mowa w wywiadzie. Kuba Kubica opowiada o swoich fascynacjach, zastanawia się nad sklasyfikowaniem muzyki zespołu i odpiera niewybredne ataki pod adresem jedynej na płycie ballady…

W Polsce skończył się wreszcie okres, kiedy obciachem było granie muzyki rozrywkowej. W waszym przypadku miłość do ambitnych dźwięków idzie w parze z tanecznym plusem. Jaki jest przepis na taka muzykę?

Mówienie o „przepisie na muzykę” trochę źle się kojarzy. Nie tworzymy na bazie żadnego przepisu – po prostu fascynację niczym nieskrępowanych wycieczek charakterystycznych dla wielu nurtów muzyki elektronicznej zakotwiczamy niejako piosenkową formą. Nasze utwory w początkowych fazach są bardzo dzikim, niezaoranym polem – potem zaczynam do nich śpiewać i zaczyna się rozmyślanie nad tym jakby tą przestrzeń zagospodarować na użytek piosenki. Cieszę się, że to już nie obciach (śmiech…).

Zawsze jest jakiś początek – zatem jakie płyty/artyści znajdują się na waszej top – liście jeśli chodzi o muzyczne korzenie?

Zdecydowanie Depeche Mode. To jest zespół, który całkowicie zamieszał mi w głowie, kiedy byłem licealistą. Potem Massive Attack, Faithless…

Depeche Mode… Ok. Zatem który okres jest w/g Ciebie najlepszy – do „Black Celebration” czyli czasy industrialne czy później?? Jak oceniasz najnowsze dzieło „Delta Machine”? Która płyta rozczarowuje z Twojego punktu widzenia?

Ja swoją przygodę z DM zacząłem od „Violator”, więc jest to dla mnie płyta – matka, ale wszystkie od „Black Celebration” po „Ultra” uważam za fantastyczne. Każdą na swój sposób. Oczywiście nie mógłbym nie wyróżnić „Songs of Faith and Devotion”, która podoba mi się od A do Z. Na pewno nie bez znaczenia dla DM było odejście Alana Wildera – „Ultra” uciągnęła jeszcze jakoś ekipa z Bomb the Base, ale na „Exciter” wszystko się zupełnie rozjechało. Ogromnym zaskoczeniem była więc dla mnie świetna „Playing the Angel”, niestety, kolejnych dwóch nie da się za bardzo słuchać. Ok – „Delta” ma kilka dobrych momentów, ale repertuarowo to wszystko jest dużo słabsze niż PtA. Na szczęście, ten spadek formy zrekompensowała mi genialna, druga solówka Gahana „Hourglass”. Czekam na trzecią.

 wierzchołek góry lodowej

wierzchołek góry lodowej

W muzie SQ rolę dominującą odgrywają instrumenty klawiszowe. Jak jest z doborem takiego sprzętu? Gitary – wiadomo, bębny też, ale jeśli chodzi o parapety zawsze wydawało mi się to dużą trudnością. Mieliście problemy ze sprzętem – jak to wygląda w przypadku waszego zespołu?

U nas trzonem jest Virus Indigo – to na prawdę niesamowity syntezator i mimo, że mam go już od 10 lat, ciągle udaje mi się z niego wycisnąć coś co mnie zaskakuje. Poza tym sampluję wszystko co wpadnie mi w ręce i używam paru software’owych zabawek.

Jak wygląda tworzenie muzyki SQ – od czego się zaczyna: beat, melodia, czy jeszcze coś innego? Macie jakąś swoją typową ścieżkę produkcyjną?

Różnie… najczęściej wszystko zaczyna się od beatu, chociaż czasem pierwsza jest harmonia albo wręcz pojedyncze brzmienie i jego progresja. Właściwie nigdy nie zdarzyło mi się zaczynać od melodii wokalnej – one zawsze pojawiają się już w kontekście. Podobnie sprawa ma się z tekstem. Zdarza się natomiast, że melodia, która powstała w jakimś otoczeniu tak bardzo rośnie w siłę, że zmusza mnie do całkowitej zmiany muzyki. Sporo naszych utworów miało po 3 całkowicie zamknięte i gotowe wersje – zdecydowanie się na tą właściwą potrafi być SQkoszmarem.

Uważasz, że udało się stworzyć płytę będącą zamkniętą całością? Uważacie, że za jej sprawą zapoczątkowaliście jakąś nową jakość w krajowej muzyce?

Nie wiem, czy zapoczątkowaliśmy jakąś jakość – zasadniczo staram się unikać takich stwierdzeń. Mam nadzieję, że jak największa ilość ludzi sięgnie po płytę i wyrobi sobie na ten temat własne zdanie. Natomiast co do spójności „Barbarians” to owszem – uważam, że udało nam się stworzyć zamkniętą całość i osobiście bardo jestem z tego zadowolony. Niektórzy zarzucają nam zbyt duży rozrzut stylistyczny, ale jeśli traktujemy płytę jak swego rodzaju podróż, to ja osobiście cenię sobie zmienność krajobrazu – na takich płytach się wychowałem i do dziś takie mnie najbardziej fascynują.

Skoro tak, to podrążmy dalej – jak można waszą muzykę umiejscowić, bo z jednej strony wpadacie do dość pojemną działeczkę z napisem „indie”, z drugiej można przyjąć, że to pop music a nawet nowoczesny new romantic. Jak sami się klasyfikujecie?

Myślę, że electro – pop to taka kategoria, którą śmiało możemy się „przykryć”. Owszem, na „Barbarians” zdarzają się wycieczki w stronę indie czy new romantic, ale nie powiedziałbym o nas, że reprezentujemy któryś z tych gatunków.

Jak wygląda zatem publiczność SQ? Jest coś takiego jak fan waszego zespołu, czy gracie dla każdego? Jak kształtuje się koncertowe życie SQ?

Wiesz co… my tak na prawdę dopiero zaczynamy pracować na swoją markę. W Krakowie nasza publiczność wygląda kolorowo i bardzo różnorodnie, ale wyjście z matecznika dopiero przed nami. Na jesień zamierzamy przywieźć naszą muzykę do różnych, innych miejsc w Polsce i skonfrontować ją ze słuchaczami, dla których nasza nazwa nie brzmi ani trochę znajomo.

Nie boicie się takiej konfrontacji, szczególnie w kraju, gdzie nadal obowiązuje tzw. „kod scenowy” i bycie poza jakąkolwiek sceną jest nadal ryzykowne?

Nie boimy się.SQ

Ok, to przejdźmy do tematów, które mogą być kontrowersyjne. Po pierwsze dlaczego na płycie nie ma więcej tak znakomicie brzmiących bębnów jak w „Lizard Skin”? Druga sprawa to song „Pod Dachami Hayle”. Com o nim napisał, tom napisał… Może zatem jakaś apologia z Waszej strony??

Odpowiadając na pierwsze pytanie: żeby wywołać w słuchaczu uczucie palącego niedosytu. Co się zaś tyczy skrytykowanej przez Ciebie „Ponad Dachami Hayle” to cóż… liczyliśmy się z tym, że będą osoby, którym taki zwrot akcji się nie spodoba. Chciałem zakończyć album kołysanką – początkowo nagrałem wersję angielską piosenki (być może za jakiś czas udostępnimy ją gdzieś w sieci…), ale jakoś tak od dłuższego czasu rozmawialiśmy między sobą, że fajnie byłoby się sprawdzić w języku ojczystym, więc niedługo potem powstała też wersja polska. Skoro już powstała i w dodatku, w naszym odczuciu, zabrzmiała bardzo dobrze, postanowiliśmy ją zostawić jako swego rodzaju komunikat „jesteśmy z Polski” na wypadek gdyby udało ją się wydać gdzieś za granicą. Naszego szwedzkiego kolegę (producenta płyty Dana Bergstrand’a – przyp. red.) bolały trochę uszy, ale zniósł to jak mężczyzna. Ostatecznie piosenka ta stała się kością niezgody między różnymi osobami, które dzielą się ze mną swoimi opiniami o „Barbarians” – jedni ją uwielbiają inni pukają się wymownie w czoło… Ja osobiście liczyłem, że po prostu dobrze będzie się przy niej zasypiać.

No tak… Ale czy np. gdzieś tam w duszy po cichutku liczyliście, że uda się ten kawałek wypromować na mały przeboik? Takie myśli też mną targały…

Nie, nie – na „Hayle” nie patrzyliśmy w ogóle w tych kategoriach. Gdybyśmy faktycznie w ten sposób chcieli podejść do tematu to nagralibyśmy polską wersję „Cargo Planes” albo „The Ritual”. „Hayle” to kołysanka/ballada o mało radiowych parametrach. Poza tym nigdzie jej nie promowaliśmy – z małymi przeboikami na ogół jednak się to robi (śmiech…).

Myślisz, że jest szansa dla SQ na karierę poza granicami Polski? Pytanie o tyle sensowne, że gdzieś tam muzyka, jaką gracie jest całkiem modna.

Ciągle mam nadzieję, że szansa jest. Dzień, w którym ją stracę będzie marnym dniem dla SoundQ (śmiech…).

Jest płyta, są chęci, co zatem wydarzy się dalej – jakie macie plany, możliwości i nadzieje? Czego spodziewać się należy z waszej strony w najbliższych czasach?

Jak już wcześniej wspomniałem, w tym momencie priorytetem jest dla nas granie koncertów. Cały czas jesteśmy na etapie dogrywania różnych kwestii, ale myślę, że już niedługo ogłosimy jakieś daty i wyruszymy w jesienną mini-traskę. Nagranie, produkcja i wydanie „Barbarians” zajęło nam na prawdę sporo czasu, więc mamy już w zanadrzu parę nowych kompozycji. Być może w przyszłym roku wydamy je w formie ep-ki… Na pewno zależeć nam będzie na tym, żeby iść za ciosem i pokazać, że „Barbarians” to wierzchołek góry lodowej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu