SOFY MAJOR – sytuacja symboliczna

Wyznaję ostatnio zasadę, że jeśli już psuję sobie słuch konkretnym hałasem, musi być przegięty na maksa. Dlatego dzisiaj przedstawiam rozmowę z dowodzącym zespołem Sofy Major, wrzeszczącym basistą Mathieu, który nie dość, że hałasuje na scenach przeróżnych, ma jeszcze czas na prowadzenie wytwórni płytowej. Jednym słowem – francuski przedstawiciel współczesnego, post – noise’owego renesansu. „Idolize” to najnowsze dziecko tegoż trio, łączące w sobie masywność hardcore’a z brzmieniowym dobrem lat 90 – tych, uosabianym przez „At Action Park” Shellac. Nowa płyta powstawała w samym oku huraganu Sandy i jak widać, nawet klęski żywiołowe muzykantów nie powstrzymały, za co należy im się szacunek. Po szczegóły odsyłam do wywiadu…

Po raz kolejny spotykamy się z zespołem, który naszym kraju jest mało znany, warto zatem przedstawić Sofy Major polskim frikom…

Mathieu: Sofy Major to power trio z Francji. Obok mnie (bas i wokal), jest Sebastien – gitarzysta i mój imiennik Mathieu, który gra na bębnach… i śpiewa. Istniejemy już sześć lat, w tym składzie działamy od 2009 roku. Pochodzimy z miasta, o którym pewnie nikt nie słyszał – Clermont-Ferrand. To postindustrialna dziura, w której fajnie się żyje, jak jesteś narkomanem,SM alkoholikiem, albo zajmujesz się muzyką i masz skłonności samobójcze. Dobre miejsce… Nie ma już z nami kolesia, który założył Sofy Major – wybrał karierę dostawcy pizzy (śmiech….). Myślę, że nadal tak zarabia na życie. Jest taka plotka, że nasza nazwa pochodzi od dziwki, którą regularnie odwiedzał. Nasz zespół w zasadzie powstał z powodu nudy. Dobrych parę lat temu nie było żadnej alternatywy, żeby zabić nudę – pozostało jedynie założenie grupy grającej muzykę z pograniczna hardcore’a i metalu. Wszystko robiliśmy sami – organizowaliśmy salę prób, koncerty, promocję, zakładanie klubów, po prostu tworzenie sztuki i całego otoczenia. Przez te lata w zespole dużo się działo, było sporo koncertów – nie ukrywam, że w pewnym momencie stało się to dla nas dość ciężkie, bo jak wiadomo, wszyscy Francuzi to dość leniwa nacja, mieszkająca w tym pierdzidołku… Dlatego wielu ludzi, którzy coś tam robili, zrezygnowało. Takie wymiękanie to norma. A my nadal gramy sobie ciężką muzykę i lubimy obalać browary z fajnymi ludźmi…

Od razu przejdziemy do najważniejszego punktu programu, czyli nowej płyty- intrygujące jest to, że brzmi ona, jakby nagrana została gdzieś w połowie lat 90 – tych. Idealny, noise rockowy produkt. Skąd ten pomysł – czy było to zaplanowane od początku działanie?

Sofy Live4Brzmienie było zawsze jednym z istotniejszych elementów podczas tworzenia muzyki. W zasadzie brzmienie określa zespół… Wiesz, kiedy kilka lat temu zdecydowaliśmy się nagrać nasz debiutancki album „Permission to Engage”, po prostu szukaliśmy jakiegoś dobrego producenta. W pewnym momencie powiedziałem sobie – hej, czemu nie znaleźć jakiegoś gościa, sprawdzając nazwiska na odwrocie okładek płyt, które uwielbiamy i nie zaprosić do współpracy!? Właśnie dlatego pojawił się w historii Sofy Major Andrew Schneider, który wyprodukował prawdopodobnie najlepszy w historii Unsane album „Visqueen” (2007), nagrywał też Keelhaul, Made Out Of Babies itp. Po prostu zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że chcemy z nim pracować, on odpowiedział „yeah, zróbmy to!”. No i został producentem naszej pierwszej płyty i splita z bracholami z Membranes. Prawdziwie niesamowity szit. Na „Idolize” poszliśmy o krok dalej – Andrew odpowiadał nie tylko za miks, ale też za nagrywki wszystkich instrumentów. Co mi się najbardziej podobało? Np. kiedyś powiedział: „Chcę nagrywać w najprostszy sposób – mikrofon przystawiony do wzmacniacza, podłączony do magnetofonu, pieprzyć całą resztę. Nie lubię bajerów, przesadnie skompresowanych nagrań, lubię głośną wojnę!”. To było dokładnie to, na czym nam zależało – coś organicznego i odważnego. Zdajemy sobie sprawę z tego, że to pewien trend – wszyscy chcą mieć głośne i brudne nagrania, ale to często także staje się pewnym, gównianym trendem, który za parę lat minie. Wolę usłyszeć albumy Melvins, gdzie wszystko brzmi tak samo jak na scenie, jest szaleństwo. Wolę płyty dark hardcore’owych zespołów w stylu Converge. Dlatego zdecydowaliśmy się polecieć do Stanów i nagrać album na Brooklynie właśnie z Andrew. I tu stała się straszna rzecz – było to w czasie, kiedy szalał huragan Sandy – studio, w którym robiliśmy płytę zostało zniszczone w 100%. Dupa wyszła z naszych planów, byliśmy załamani. I wtedy okazało się, że jednak jest więź między muzykami. Mnóstwo ludzi nam pomogło. Dave Curran z Unsane pożyczył nam sprzęt swojego drugiego zespołu – Pigs, Andrew znalazł inne studio i w końcu płyta powstała. Trudno nie uznać tego za symboliczną sytuację…

Możesz w jakiś sposób porównać poprzedni krążek z nowymi nagraniami – co je twoim zdaniem najbardziej różni?

„Permission To Engage” jest w moim odczuciu monolitem. Myślę, że przez to najlepiej słuchać jej z jednym posiedzeniem, od początku do końca. Z kolei „Idolize” jest, jak już wspomniałem, bardziej organiczny, żywy, punkowy wręcz. Myślę, że chcieliśmy wrócić od korzeni, do naszego dojrzewania, archetypu, by dać słuchaczom coś prawdziwego, szorstkiego. Na nowej płycie jest prawdopodobnie dużo więcej odniesień do lat 90 – tych, które ciągle mają na mnie wpływ. W sumie, nasz poprzedni album to Beavis a nowy – Butthead, musza być traktowane jako całość, żeby miały sens. Kolejnym elementem różnicującym były warunki, w jakich pracowaliśmy. W przypadku „Permission…” było jednak bardziej komfortowo niż podczas nagrań „Idolize”, które, jak mówiłem, skomplikował huragan. Może dlatego nowa płyta jest ostrzejsza, bardziej agresywna, krytyczna i niszcząca mózgi. Inna różnica jest taka, że na „Idolize” nauczyłem się wreszcie śpiewać; wiesz, kiedy przez 5 – 6 lat ciągle się warczy i wyje, warto sięgnąć po nowe środki i poznać inne swoje możliwości. Na nowej płycie spróbowałem upośledzonych zawodzeń w stylu Henry’ego Rollinsa i otworzyłem tym samym kilka dodatkowych furtek dla Sofy Major.

 sytuacja symboliczna

sytuacja symboliczna

Solar Flare, wasza wytwórnia, specjalizuje się w takich maniackich nagraniach i zespołach. Wiem, że to Twoje dziecko, opowiedz zatem jak doszło do tej formy działalności okołomuzycznej?

To prawda, mogę powiedzieć, że Solar Flare Records to ja… Wyjaśnijmy zatem wszystko jak należy. W ubiegłym roku, kiedy promowaliśmy nasze wspólne wydawnictwo z Membrane, dostałem informacje od Dave’a Andrew, że Pigs ma gotowy materiał na płytę, wszystko przygotowane do wydania! Powiedziałem im – hej, jeśli chcecie jakiejś pomocy przy wydaniu płyty, dajcie znać, mogę pomóc. Przyznam się, że mówiąc to, nie słyszałem masteru płyty, więc była to propozycja wielce odważna i ryzykowana w dzisiejszym świecie. Szczególnie, że usłyszałem od nich „tak, zróbmy to!”. Tak, dzisiaj mogę powiedzieć, że byłem szczęściarzem, bo Pigs i płyta „You Ruin Everything” to prawdopodobnie najlepszy album 2012 roku. Dostaliśmy same kopiące w dupę recenzje, a ja byłem szczęśliwy, że ludzie dokopują się do takich nagrań. Wszystko odbywało się tak samo, jak i w przypadku Sofy Major – ciężka harówa, promowanie muzyki, wysyłanie ton cd’s dosłownie wszędzie, robienie wszystkiego we własnym zakresie, to jest coś co z powodzeniem można nazwać współczesnym DIY. Wszystkiego uczyłem się na przykładzie mojego zespołu i potem pracowałem w ten sposób z innymi wykonawcami. Sprawa podstawowa jest taka – pracuję z zespołami i pomagam wydać im płyty w momencie, kiedy je naprawdę lubię i szanuję ich muzykę. Tu muszę przytoczyć takie nazwy jak American Heritage czy Watertank. Staram się być z nimi w kontakcie, dowiadywać się, czy chcą wydać jakiś materiał. Oczywiście, Sofy Major to część tego biznesu. Myślę, że jest sporo wytwórni, które w podobny sposób działały i zaczynały, że wspomnę tylko (chociaż to oczywiście inna skala…) o Alternative Tentacles i Dead Kennedys, Amphetamine Reptile i Halo of Flies, Neurot i Neurosis. Naczelną ideą działalności Solar Flare jest promowanie wszystkiego, czego gdzieś indziej nie da się znaleźć. Jestem mocno zaskoczony, bo podobnych labeli nie ma w Europie zbyt dużo. Są albo w 100% metalowe stajnie, albo hardcore’owe. Nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt nie stara się stworzyć czegoś alternatywnego, przecież w latach 90 – tych było pełno takich ciekawych, bezkompromisowych wytwórni i to wszystko jakoś wyhamowało z nastaniem nowego milenium. Dziwne…

Wspominasz często o scenie hardcore, zarówno na poziomie muzycznym, jak i biznesowym – w sumie z niej się wywodzicie, podobną estymą darzysz lubiane i przeze mnie lata 90 – te. Są jacyś nowi i klasyczni wykonawcy, o których możesz nam powiedzieć/polecić?

Akurat aktualnie jakoś niczego nie odkryłem… To zabawne, bo ta taki temat ostatnio dyskutowałem z przyjacielem w barze. Gość gra w różnych zespołach, mocno siedzi w klimatach w stylu Dag Nasty, jest zwolennikiem punk rocka. I właśnie podczas tej rozmowy padło stwierdzenie, że dzisiaj nie ma niczego, co mogłoby zaintrygować, nie ma zespołów robiących coś autentycznie oryginalnego. W 2013 roku możesz co najwyżej grać brutalnego, dark hardcore’a albo hipsterski black metal, wtedy wszyscy będą piać z zachwytu. Dla mnie to nie jest nic oryginalnego. Słucham jazzu, starych rzeczy typu Ornette Coleman, Charles Mingus itp. Czarnych kolesi, którzy w heroinowym rollercoasterze pisali znakomitą, ponadczasową muzykę. Co ciekawe, odkrywam też zespoły, które działały, kiedy byłem młody, ale wtedy do nich nie dotarłem, np. Kepone, Cherubs, SWANS, rzeczy z Sub Popu. Lubię też Terra Tenebrosa, czy działania Black Sun… aha, przypomniałem sobie jeszcze o Pulling Teeth i płycie „Funerary”. No i nowości, chociażby w stylu Pigs czy Black Face.Sofy Live2

Dużo gadamy o muzyce, podziałach, ale prawda jest też taka, że dzisiaj cała scena, metalowa, hc itp. totalnie się wymieszały. Dużo jest w tym dążenia do tworzenia rzeczy mających jednak jakąś wartość komercyjną. Czy jest coś takiego jak dążenie do popularności, czy Sofy Major z założenia chce pozostać anonimowy?

W zasadzie należałoby zadać pytanie – co to znaczy być popularnym a co to bycie w undergroundzie? Pewne jest jedno – nigdy nie zapłacę za to, żeby być suportem jakiegoś dużego zespołu. Wiem, że wiele zespołów płaci, by jeździć w trasy jako suporty, ale my tak nie działamy. To funkcjonuje bardziej na scenie NYHC czy w metalu. Jesteśmy aktywnym, czynnym zespołem, koncertujemy i wydajemy płyty. Oczywiście, byłbym kłamcą twierdząc, że nie chcę by mój zespół był rozpoznawalny, czy, że mam gdzieś, ile osób przyjdzie na koncert. Inaczej musiałbym grać w bandzie black metalowym (śmiech…). Zawsze jest miło, kiedy tłum wariuje, reagując na twoją muzykę. Ale prawda jest taka, że musimy ciężko pracować, by coś osiągnąć i dostrzegać efekty tych działań. Najważniejsze, to nie czekać na nie wiadomo jakie szczęście, czy przypadek, bo to loteria. Wiadomo, że większości zespołów aktualnie działających nie uda się nigdy podpisać dealu z wytwórniami typu Season of Mist czy Relapse, nigdy nie będą miały kasy z grania i nie wyżyją z tego. Granie w niszowym zespole zazwyczaj oznacza wydawanie pieniędzy, inwestowanie, czyli dużo pracy za darmo, a to oznacza także, że nie będziesz normalnym „rodzinnym” gościem. Wiemy, gdzie chcemy iść z Sofy Major i robimy wszystko, żeby tak się stało. Pewnego dnia uda się wykonać kolejny krok w karierze, w taki czy inny sposób – najważniejsze, by robić swoje w najlepszy, możliwy sposób.

Kto zaprojektował okładkę płyty – wygląda całkiem nieźle, że tak to ujmę – transowo…

Ten projekt przygotował Gerald G., mój dobry i bardzo utalentowany przyjaciel. Zrobił ją na spółę z Nicolasem Deschampsem. Gerald to grafik, a Nicolas jest ilustratorem. Gerald ma całkiem sporo zleceń, ale zawsze jak jestem w jego pracowni, rzuca robotę i gadamy o muzyce, w szczególności tej z lat 90 – tych, o zespołach, które miał okazję zobaczyć. Pierwszy raz zresztą pracowałem dwa razy pod rząd z tym samym gościem, zazwyczaj każde dzieło dla zespołu robiła inna osoba. Najważniejsze by dawać wolną rękę twórcy okładki, bez sugestii, dzięki temu jest fajny element zaskoczenia. My robimy muzykę a grafik – okładkę…Sofy Live3

Dobra, nie męczę więcej, z racji wysokich temperatur, zdradź czym się raczysz – kola czy coś mocniejszego?

Nie jestem fanem napojów wyskokowych, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych członków zespołu. Wódka zazwyczaj powoduje, że na drugi dzień jestem niemal ślepy od niemożliwego kaca. Dlatego zdecydowanie Coca-Cola, choć, jeśli mam być szczery, na upał najlepsze jest piwo. Ja je lubię, ono lubi mnie (śmiech…). Mamy taki lokalny trunek o nazwie Ricard – powinieneś spróbować – idealny, kiedy siedzisz na tarasie w 35 – stopniowym upale. Dzięki za poświęcony czas, niech żyje Violence Online!

Rozmawiał Arek Lerch

Foto: Archiwum zespołu/Jack’o Ripper, Scott Kinkade, Hazam Modoff