SLEAFORD MODS – Ciężki kawałek chleba

Jestem ciekaw, jakie zdziwienie może wywołać u ludzi nowa płyta Sleaford Mods. Mówię oczywiście o tych niezaznajomionych z zespołem. Fani brytyjskiego duetu na pytanie o gatunek uprawiany przez zespół znowu odpowiedzą “nie wiadomo”. Sam Nihil przyklasnąłby takiej postawie. A Jason – wokalista Sleaford Mods – przyklaskuje tym, którzy mają własne zdanie. O umiejętności właściwego odkrywania muzyki i innych rzeczach rozmawialiśmy przez piętnaście minut. Stanowczo za krótko, warto dodać.

Jaka jest twoja ulubiona sentencja powtarzana w wywiadach przez muzyków?

Cholera, zabiłeś mi ćwieka… Sam nie wiem, ale gdy czytam, jak jakiś twórca rozpływa się nad tym, że nagrał ze wszech miar wybitny krążek, to wzbudza to u mnie pewną nutkę zażenowania.

Więc, jak rozumiem, nie będziesz próbował utwierdzać mnie w tym, że Sleaford Mods wydało genialny album?

Nie, w żadnym wypadku. Rozumiem ekscytację wywołaną premierą płyty wśród artystów. To sytuacja pokrewna narodzinom dziecka: totalny rozpierdol, wielka niewiadoma i tona szczęścia. Mimo tego, staram się panować nad emocjami, nie mam trzech lat.

Pierwsze pytanie miało poprowadzić mnie do jego kontynuacji w drugim, ale nie wyszło. Zapytałem cię o te sentencje, ponieważ muzycy często podkreślają, jak ważna jest dla nich przynależność gatunkowa. Wy zaś unosicie się między kilkoma różnymi stylistykami.

Tak, jest to pewien atut, lecz gdy same piosenki nie są dobre, nikt nie zwróci uwagi na stylistyczny galimatias. Ze wszystkich sił staramy się o wysokiej klasy kompozycje. Wszystko obok nich jest spychane na drugi plan.SM

Nie ukrywajmy, gracie muzykę, której za grosz nie da się upchnąć do konkretnej gatunkowej szufladki. Nie uważasz, że może to stanowić pewną wadę dla słuchaczy zaczynających przygodę ze Sleaford Mods?

Czy ja wiem? Ponoć to stylistyczne niezdecydowanie przyciąga ludzi do naszej twórczości. Wszystko zależy od gustu. Osobiście nie przepadam za melomanami, którzy obawiają się nieoczywistych dźwięków. Klapki na oczach to niekoniecznie dobra rzecz przy chłonięciu tego, co nowe.

A już chciałem cię pytać, co powiesz o takich delikwentach zamkniętych w szufladkach.

Wiesz, nie jestem też nie wiadomo kim, by osądzać ludzi za ich muzyczne preferencje. Niech każdy robi to, za czym przepada, ale poszukiwania powinny być zakrojone na szeroką skalę. Pomyśl, że idziesz do restauracji celem spróbowania jakiejś wymyślnej potrawy, a bierzesz to, co zawsze. Głupota.

Mimo tego, nie uważam, by aż nadto otwarta głowa zawsze skutkowała dobrymi decyzjami. Z oczywistych przyczyn pozwolę sobie podać muzyczny przykład: kapela ma w składzie ludzi zafascynowanych różnymi rodzajami muzyki. Kiedy wchodzą do studia każdy dodaje cegiełkę, a kompozycje aż ociekają od pomysłów. W tym rzecz, że może ich być czasami za dużo…

Trafiłeś w sedno. Bardzo łatwo zagubić się tym wszystkim domorosłym muzykantom, którzy z pełnym przekonaniem prą przed siebie, miksując wszystkie stylistyki świata. Co więcej, uważam takie działanie za próbę zatuszowania swojej słabości. Coś na zasadzie: “Dobra, zapełnijmy album gównianymi rzeczami, ale skomplikowanymi, może nikt nie będzie krytykował”.

Nie mieliście w Sleaford Mods problemów z powściągnięciem zbyt wielu pomysłów?

Owszem, mieliśmy. Gdy następuje taki etap, dokładnie analizujemy kompozycje i wykorzeniamy z nich wszelkie mankamenty. Nie da się tego zrobić od razu. Pojedyncze pomysły mogą brzmieć bardzo dobrze, ale dopiero po zestawieniu ich na tle całego utworu uwypuklają się wszelkie wady lub zalety. Musimy być ze sobą szczerzy. Wszystkiego na raz do muzyki nie wrzucimy. Trzeba znaleźć balans.

Czy nastał moment, w którym nauczyliście się to kontrolować i unikać wielu obróbek na etapie tworzenia pełnych kompozycji?

Nastał, ale po pewnym czasie. Jesteśmy twórcami z pewnym doświadczeniem, długo ze sobą współpracujemy i wiemy, co jest dla nas dobre, a co nie. Z każdym kolejnym rokiem przychodzi nam to coraz łatwiej.

English Tapas

SLEAFORD MODS – English Tapas (Rough Trade)   Jaka jest przyszłość zespołów, które nie przynależą do żadnej sceny? Ani nie można posądzić ich o powinowactwo z innymi kapelami, ani konkretnie sklasyfikować. Z jednej strony stanowi to pewien plus: niezależność, konsekwentne kreowanie własnej muzycznej tożsamości… Ale nie wszystko złoto, co się świeci. Przecież takie bezpardonowe wymykanie się konwenansom może poskutkować średnim przyrostem nowych słuchaczy, a co za tym idzie – popularnością muzyki odstającą od oczekiwań jej twórców. Ludzie są w końcu przyzwyczajeni do formacji, które szybko można wepchnąć do konkretnej, stylistycznej szufladki. Pamiętacie, jak bardzo Faith No More oberwało się za “Angel Dust”, które przy trzy lata starszym “The Real Thing” jawiło się jako dziwadło? U Sleaford Mods wygląda to nieco inaczej; oni już od początku swojej działalności z uśmiechem na twarzy częstowali fanatyków szufladkowania środkowym palcem. Tej muzyki zwyczajnie nie da się zmieścić w ramach konkretnego, stylistycznego schematu. Niektórzy zapędzili się z próbami klasyfikacji dokonań Anglików tak daleko, że nadawali jej cechy post-punka. Na nowym albumie Sleaford Mods post-punka ani punka tradycyjnego nie ma. Są za to same hity. A to one stanowią najjaśniejszy punkt twórczości angielskiego duetu. Przeboje, które zwinnie uciekają od wszelkich uporządkowanych struktur, ale jednoczą fanów dobrej muzyki swoim wysokim poziomem. A na wyżynach dobrego smaku Sleaford Mods gości wyjątkowo często. Trudno się temu dziwić, skoro przed słuchaczami panowie stawiają takie hity, jak napędzane radosnym rytmem “Just Like We Do” czy częściowo nawiązujące do złotych lat ery electro “Snout”. Wcześniej wspomniałem, że przyrównanie Sleaford Mods do przedstawicieli punk rocka jest stanowczą przesadą, ale gdy przyjrzeć się warstwie lirycznej tych piosenek, ciężko nie stwierdzić, że jest pewna słuszność w tym stwierdzeniu. Czym są bowiem ugrzecznione teksty wymoczkowatych punków z ładnie ułożonymi irokezami przy buntowniczych hasłach rzucanych przez Sleaford Mods? Co najwyżej pustą deklaracją częściowej niezależności od rodziców…

Brytyjczycy są pionierami pewnych gatunków muzycznych (zwłaszcza tych cięższych), ale ostatnimi czasy zbierają bęcki nawet od tych, którzy czerpią z ich spuścizny, a nie kreują własną. Zgadzasz się z tym? Masz jakieś przypuszczenia, co tego powodem?

Zgadzam się z tobą, naturalnie. Duży wpływ na to może mieć stale kwitnąca moda na pop w Anglii. I to nie ten szlachetny, tylko radiową papkę spreparowaną dla niedzielnych słuchaczy. W naszym kraju nieludzkie ilości kasy pakuje się w talent-shows, programy muzyczne i tego typu ciekawostki. Ale dlaczego? W ten sposób nie wypromuje się prawdziwych artystów. Uczestnicy tych wszystkich szopek twierdzą, że bycie muzykiem faktycznie polega na błyśnięciu w ekranie telewizora i wygraniu lukratywnego kontraktu po przekupieniu sędziów. Nie ma tak kolorowo, moi mili. Zdobywanie rozgłosu to ciężki kawałek chleba poparty zmęczeniem, zrezygnowaniem i wieloma wyrzeczeniami. Na pewno nie brzdąkaniem akordów przed kamerą. Takie podejście cechuje co najwyżej celebrytów.

Jest trochę dobrych muzyków-celebrytów, bez przesady. Chociażby Kate Bush – zostając na brytyjskim podwórku.

Aleś dał porównanie. Gdzie Kate, a gdzie smutne dziewczęta w porozciąganych swetrach? Poza tym, ona także zapracowała sobie na swój status ciężką pracą.

Niektórzy klasyfikują was jako zespół post-punkowy, co oczywiście jest sporą przesadą, ale daje pretekst, by zapytać, jakie jest twoje zdanie na temat całej tej punkowej ideologii. Kim są punki dzisiaj: rebeliantami i buntownikami, czy wymoczkowatymi chłopaczkami z tunelami w uszach?

Dzisiaj nie ma żadnych punkowców, co najwyżej jakieś dzieciaki z fikuśnymi irokezami na głowach. Bawi mnie, gdy jeden z drugim przemierzają ulice z naszywką “Punk’s not dead”, ale właśnie przez takich, jak oni jednak jest “dead” (śmiech).

Co mogło na to wpłynąć?

Zmiany, które zatrzęsły Wielką Brytanią lata temu. Teraz nie jesteśmy już państwem z tak wieloma problemami, młodzi Brytyjczycy nie mają powodów do buntu, a w dobie powszechnego ugrzeczniania cięższych odmian muzyki łatwo też o nudnych punków.

A może swoje zrobił też silny rozwój pop-punka w Wielkiej Brytanii?

Wątpię. To tylko naiwny pop opatrzony etykietą z napisem “punk”, by niezdecydowani buntownicy w wieku nastoletnim mogli bez wyrzutów posłuchać słodkiego zawodzenia. Dziwnym trzeba być, by wszystkie kapele typu Blink 182 wkładać do jednego wora z Sex Pistols albo innymi legendami.SM1

A jakie są twoje ulubione punkowe kapele?

Oj, zbyt wiele ich, bym zaczął wymieniać. Akurat tutaj, w Anglii, mamy dobrego punka pod dostatkiem. Zaraz chyba posłucham sobie Butthole Surfers (śmiech).

Kiedy słucham nowej płyty Sleaford Mods utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma chyba sceny muzycznej, do której można by was wpakować. Nie jest to krzywdzące (śmiech)?

Ani trochę (śmiech). Faktycznie, ciężko nas usadzić na konkretnej scenie, ale nie przeszkadza nam to. Robimy swoje i dajemy radę, więc nie zamierzam lamentować z powodu naszej odmienności.

Dwa dni temu (rozmawialiśmy 24.03 – przyp.red) miał miejsce zamach stolicy Anglii, Londynie. Nie jesteś zestresowany cokolwiek gorącą sytuacją w Europie?

Jestem, ale nie daję jej nad sobą zapanować. Obecne wydarzenia to skutek wieloletniego chaosu i wojen na różnym tle, o których się nie mówi. Niestety, w końcu tzw. żyłka musiała pęknąć i pękła. Ludzie umierają na ulicach, wszyscy obawiają się o swój los.

Jesteś zwolennikiem popularnej teorii o tym, że to nielegalni imigranci są przyczynkiem tych nieprzyjemnych sytuacji?

Absolutnie nie.

Na sam koniec chciałbym dowiedzieć się, jaka jest twoja ulubiona brytyjska przystawka (tytuł nowego krążka Sleaford Mods, “English Tapas”, można dosłownie przetłumaczyć w ten sposób – przyp.red.)?

Sam nie wiem (śmiech). Nie mam bladego pojęcia. Ale spokojnie, przy następnej okazji wzbogacę cię o tę wiedzę.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: Roger Sargent