SLAID – Bez kompromisów

Jeszcze małe pozdrowienia z roku 2016, bo wtedy na świecie pojawiła się niepozorna, wydana na razie w wirtualu płyta grupy Slaid. A w zasadzie projektu jednoosobowego, wykreowanego przez znanego chociażby z działalności w Atrocious Filth Rafała Litwina, ale w przyszłości, kto wie, może będzie to normalny zespół… Szkoda byłoby zmarnować taki potencjał, który odkrywam z każdym, kolejnym przesłuchaniem płyty „Sands”, o której kilka słów znajdziecie pomiędzy rozmową ze sprawcą całego zamieszania. Zapraszam…

Przyznam, że postanowiłem bazować tylko na muzyce i nie wgłębiałem się w historię Slaid, zatem, może kilka słów skąd przychodzisz i jaki jest kontekst Twojego projektu?











Slaid to projekt czysto studyjny, materializujący moje chwile spędzone z instrumentami. Projekt, który wzbogacają  goście, których zapraszam lub sami sięs wpraszają (śmiech). Wspólnie oddajemy się ogromnej przyjemności jaką niewątpliwie jest praca w studiu, niezmącona wielkością budżetu czy kaprysami realizatorów. Właściwie słowo „projekt” nie pasuje, gdyż z założenia jest to coś co ma przynieść określony skutek. Slaid to od początku podróż w nieznane, bez planu, niesiona tylko miłością do muzyki.

Zapytam wprost: skąd się wziąłeś wędrowcze? Jakie są Twoje korzenie i doświadczenia, które doprowadziły Cię do Slaid?











Bardzo dobre pytanie. W sumie, gram odkąd pamiętam. Moim pierwszym instrumentem była perkusja i z nią spędziłem połowę życia. Pierwszym poważnym zespołem był Loud For Love, który ciągnął się przez około 8 lat. W tym składzie nagraliśmy dwie pełnowymiarowe albumy. Pierwszy w olsztyńskim SELANI drugi w Studio X . Koniec zespołu w 2004 roku wymusił zmiany koncepcji i powrót do bardziej bliskich memu sercu dźwięków. Wraz z basistą LFL Marcinem Bijakiem zapoczątkowaliśmy serię muzycznych sesji, na których pojawiało się wielu olsztyńskich muzyków. Nienaciskani z żadnej strony, czy to wydawniczo czy koncertowo, mogliśmy poświęcić się wielogodzinnym improwizacjom. To trwa do dziś, choć formy mocno ewoluowały. W międzyczasie wiązałem współpracę z Atrocious Filth nagrywając minialbum „MOANS”.

Bez kompromisów

Bez kompromisów

Czyli inspiracje bardzo różne, jednak najbardziej ciekawi mnie ta idea wolności – czym jest dla Ciebie wolność w muzyce?











Brak przymusu tworzenia pod dyktando oczekiwań, rynku itd…  Na co dzień prowadzę firmę, mam rodzinę i bardzo sobie cenię czas, który poświęcam muzyce. Wykorzystuję go jak najlepiej potrafię w zgodzie z tym co akurat muzycznie we mnie siedzi. Taką wolność również mają muzycy współpracujący ze mną. To oni decydują jak będą wyglądały ich partie czy tematy, o których chcą zaśpiewać.

Taka swoboda i charakter projektu zakładają jednak, że nie ma mowy o koncertach i tzw. „normalnej” formie zespołowej. Nie tęsknisz za tym? W przypadku Slaid, oczywiście…











Od formy zespołowej odszedłem celowo. Chciałem zrobić coś zupełnie przeciwnego. To na razie w koncepcji studyjnej bardzo się sprawdza, jednak wiem doskonale jak na sile zyskuje granie na żywo i bardzo za tym tęsknię. Pracuję nad tym i myślę, że ma to szanse powodzenia. Dowodem na to był koncert zagrany rok temu, gdzie towarzyszyli mi zaproszeni muzycy z Atrocious Filth oraz Bartek Kużniak. Nie jest to łatwe przedsięwzięcie z uwagi na odległości jakie dzielą muzyków, ale zdecydowanie jest to do zrobienia.

cover

SLAID – Sands Nigdy nie byłem zwolennikiem jednoosobowych projektów. Przynajmniej kiedyś. Wydawało mi się, że zwarty, dobrze rozumiejący się kolektyw może więcej zdziałać niż pojedyncza osoba. Z czasem podejście się zmieniło, dlatego dzisiaj bez kręcenia nosem zagłębiłem się w opowieść przygotowaną przez Rafała. Zagłębiłem się i bardzo polecam taką wycieczkę, bo Slaid potrafi przygnieść do ziemi swoim niesamowitym klimatem, zawieszonym gdzieś pomiędzy transowym, lekko trip-hopowym zapętleniem a eksperymentalnym industrialem. Najmniej tutaj niepotrzebnego hałasu, jeszcze mniej gitar, za to dużo poszukiwania ciekawych brzmień, zabawy aranżacjami i interesujących, nie zawsze oczywistych połączeń. Jaka jest ta płyta? Niepokojąca, niemal gotycka w tych bardziej mrocznych fragmentach („Nonhuman”) i bardzo klimatyczna, szczególnie, kiedy ociera się o rejony, które w swoich początkach penetrował Tricky („Human Race”). Kiedy trzeba, Salid potrafi być całkiem agresywny; w takim „Przebudzeniu”, mantrujący głos ubrany zostaje w szatki, mocno kojarzące się z Prodigy a kompletny odjazd funduje nam w „Come Back Down”, będącym – przynajmniej w części – odpowiedzią na to co ostatnio robi Moby. W części, bo końcówka to raczej szumy i ambienty; duży szacunek za niebanalny dobór brzmień i sampli. To one decydują o tym, w jaką stronę opowieść się kleci. Jeśli rozkładać muzykę Slaid na czynniki pierwsze, uzbierałoby się całkiem niezły bank odjechanych pomysłów. I tu miłe zaskoczenie, bo wszystko zostało tak zmiksowane i skonstruowane, że dopiero świadome zwrócenie uwagi na warstwę aranżacyjną odsłania całe dobro tej płyty, która głównie kusi obłędnym transem, rytualnym podrygiwaniem, wciąga w swoje odmęty i gwarantuje dobry, hipnotyczny odjazd bez wspomagaczy. A to duża sztuka… Zawsze lubiłem wariacje osnute wokół mocnego trip-hopu i „Sands” dostarcza właśnie takiej rozrywki: taneczne resory niosą mnóstwo dobrej, momentami tajemniczej muzyki, trafi się niemal postpunkowy, fajnie szyty bas („With the Flow”), mnóstwo dobrych rytmów i ciekawych zwrotów akcji. Slaid nie zapomina o modnych dronach, których też jest tutaj sporo, choć stanowią raczej wykończenie kompozycji niż muzykę samą w sobie (może poza „Horizon”…). Czy mamy zatem do czynienia z jakimś objawieniem? Raczej nie, bo składniki znane i poukładane logicznie, bez próby szokowania, jest jednak „Sands” na tyle świeżym kawałkiem muzyki, że grzechem byłoby przejść obojętnie. Ciekawa płyta, niebanalny zaczyn pod zespół, który, mam taką nadzieję, prędzej czy później się z tego wykluje… 

Sam projekt Slaid jest dla mnie dość zaskakujący bo łączy kilka bardzo odrębnych światów. Silne electro w stylu Prodigy miesza się blazą trip-hopu a wszystko ujęte jest w klamry takiego hmmm, gotyckiego transu. Coś pominąłem?











Starałem się łączyć z pozoru nie pasujące do siebie muzyczne światy. Pomogli mi w tym goście. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym w jaką stronę idziemy z materiałem. Efekt końcowy jest jaki jest. Nie mnie to oceniać…

To taka muzyka w pewnym sensie medytacyjna… Ufałeś intuicji? Trzecie oko czy raczej matematyka i układanie aranżacji?











Zdecydowanie tak. Zawsze to intuicja gra pierwsze skrzypce, chociaż matematyki nie da się pominąć.

 „Sands” jest bardzo szczerą płytą. Właściwie wylałem w niej wszystko co miałem w głowie w tamtym czasie. Bez kompromisów.









 I to wydaje mi się ma spory wpływ na odbiór.

Wspomniałeś wcześniej, że raczej nie planujesz wydania płytowego – czy to jakieś celowe działanie? Wydaje mi się, że ta muzyka jest na tyle dobra, że byłoby szkoda, gdyby miała pozostać jedynie w czeluściach Internetu albo w bebechach komputera…











Dziękuję. Jestem raczej sceptyczny jeśli chodzi o wydanie klasycznego CD. Ten nośnik stracił na aktualności z kilku powodów. Dziś większość ludzi korzysta z odtwarzaczy sieciowych, ipodów itd. Według mnie, irracjonalne jest konwertowanie materiału i tym samym zubożanie go do standardu 44.1/16 gdzie cyfrowo materiał jest dostępny w 88.2/24 i to zupełnie za darmo. Rozumiem jednak ludzi (sam do nich należę…) , którzy potrzebują fizycznego nośnika. Dlatego zrobię wszystko by ten materiał dostępny był na czarnej płycie.s

No to trafiłeś na fanatyka kompaktów (śmiech). Dużo mówimy o komputerach, technologii. A przecież Slaid mimo tej cyfrowej otoczki bazuje jednak na bardzo naturalnych, fizycznych emocjach – strach, zagubienie, rytuał… Czy kryje się za tą muzyką jakiś przekaz, filozofia?











Zupełnie nie. Chociaż brak filozofii to też jakaś filozofia. Jeżeli miałbym na siłę coś przypiąć, użyłbym słowa „anarchia”. Tyczy się ono  każdego procesu powstawiania SANDS. Zaczynając od koncepcji, kończąc na produkcji. Emocje, o których piszesz towarzyszą bardzo często każdemu z nas. Szczególnie teraz gdy żyjemy w czasach, które te emocje potęgują. Jestem osobą bardzo na nie podatną i to się przekłada na muzykę.

Skąd w ogóle ta nazwa?











Będę szczery. Nie pamiętam…

Zatem, na koniec tak szczerze i bez owijania w bawełnę – co dalej?











Hmmm… Od miesiąca pracuję nad drugą płytą. Na przestrzeni miesiąca zaczynamy również pracę nad pełnowymiarowym albumem Atocious Filth. Jest co robić… dokładając do tego organizację koncertowego składu. W międzyczasie, tak jak wspominałem, będę się starał wytłoczyć Sands na winylu. Cóż, chyba 2017 jest już dość ciasny (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Piotr Wasyluk