SKINNY – Elektronika emocjonalna

Elektronika z ludzką twarzą? Coś chyba w tym jest, bo Skinny, czyli Michał Skórka, znany wcześniej z duetu Skinny Patrini, potrafi za pomocą instrumentów plastikowych oddać cały ogrom emocji. Może brzmi to trochę pretensjonalnie, ale w odróżnieniu od zimnych pasaży eksperymentalnych odłamów elektroniki, w przypadku The Skin I’m In mamy do czynienia z zupełnie innym spojrzeniem na tworzywo, które ma być w tym przypadku tubą wyrażającą stan umysłu twórcy. Może pomaga w tym fakt, że tradycyjny electroclash – czymkolwiek by nie był – w przypadku Skinny jest zmiksowany z klimatycznym new romantic, a lata 80. kojarzą się tu raczej z Bauhaus niż dyskoteką. Choć taneczny puls jak najbardziej się pojawia. Powstała płyta bardzo różnorodna, na pewno ciekawa, zaś całą resztę dopowie sam zainteresowany…

 

 

Każdy pamięta swój pierwszy instrument, gitarę, cymbałki itp. A jaki był Twój pierwszy instrument elektroniczny? Organki Casio czy coś poważniejszego?

Elwirka.

Nie znam? To jakaś Frania muzyki elektronicznej?

Generalnie pierwszym instrumentem, na którym grałem, był chyba akordeon – a przynajmniej tak pamiętam. Występowaliśmy wraz z moją siostrą Martą w wieloosobowym zespole w kółku muzycznym prowadzonym przez p. Stasia Grudzińskiego, mojego pierwszego nauczyciela z prawdziwego zdarzenia. Później był jednoroczny epizod w szkole muzycznej, gdzie uczyłem się grać na pianinie i flecie altowym. Pierwszy instrument elektroniczny to właśnie Elwirka – w sumie dokładnie tak jak opisałeś – „Frania” muzyki elektronicznej. Co do świadomego użycia klawiszy – pierwsze demówki Skinny Patrini i lwia część tego, co powstało na Skinny grafika„Duty Free” to trzy klawisze Yamaha i microKorg. Od 12 lat jestem fanem Korga.

Jak dobierasz swój sprzęt? Wiesz – gitarzysta wie jakie cechy musi mieć gitara, ciągle toczą dyskusje o lampach, wzmacniaczach, o efektach itp. A elektroniczne zabawki? Jakie cechy są najistotniejsze i dlaczego kolor musi być czarny?  

Ha, ha, ha… w sumie obie gitary, które posiadam są czarne… Co do zabawek elektronicznych – na razie bawię się tymi i odkrywam, które brzmieniowo są najbliżej mnie. Może wyrażę się teraz mocno niekonkretnie, ale instrumenty nie muszą wyglądać, ważne, żeby wydawały dźwięki, które mnie stymulują…  Jestem fanem Korga i Novation. Są to firmy, które produkują tak złożone brzmieniowo instrumenty, że bardzo długo zajmuje odkrywanie wszystkich możliwych funkcji i brzmień, o ile jest to możliwe. Wciąż się tych wszystkich instrumentów uczę i wciąż mnie one zaskakują.

Dzisiaj w Polsce mamy całą, konkretną scenę eksperymentalnej elektroniki (stajnia Zoharum), ale jest też szkoła bydgoska (Tie’n Lai, Alameda5), Ty z kolei prezentujesz coś co nazwałbym elektroniką emocjonalną. I pytanie – czy „emocjonalna elektronika” to nie oksymoron?

Myślę, że nie. Przypomniała mi się przy tym pytaniu wypowiedź Bjork sprzed, zdaje się, dwóch dekad… Chyba za czasów „Homogenic”… I była to mocno trafna wypowiedź. Nie zacytuję, oczywiście, ponieważ minęło zbyt dużo czasu, ale sens wypowiedzi można zamknąć takim zdaniem: nieważne jakich instrumentów używasz – czy to będą smyki, czy to będą gitary, czy marimba, czy komputery – każdy z nich ma duszę, a do tego Ty jako artysta wkładasz swoje serce, swoje emocje i swoją własną duszę, więc to zestawienie słów moim zdaniem absolutnie się nie gryzie.

Jak oceniasz dzisiejszą kondycję “ambitnej, tanecznej elektroniki”?

Hm… Szczerze? Mało słucham takiej muzyki. Miałem z tym problem jeszcze za czasów Skinny Patrini – pytano mnie czy czerpię inspirację od Miss Kittin, a ja nie wiedziałem kto to… Teraz słucham elektroniki spod znaku Atoms For Peace, Anohni, lubię kilka utworów projektu TRUST, bardzo odpowiada mi Bonobo, jestem fanatykiem zdolności wokalnych i produkcyjnych Chrisa Cornera (IAMX). Tak jak wspomniałem wcześniej – muszę w muzyce słyszeć i czuć coś więcej, coś nienamacalnego, tę tak zwaną iskrę…

Wspomniałeś o Skinny Patrini. Jak z dzisiejszej perspektywy podchodzisz do dokonań tego zespołu? Liczyłeś kiedyś ile zagraliście koncertów? Co był największym sukcesem SP?

Trudno byłoby te wszystkie koncerty zliczyć dokładnie, ponieważ zdarzały się takie zupełnie niezapowiedziane, spontaniczne – na przykład po koncercie w gdańskim klubie w ramach imprezy Pink Flamingo, czuliśmy pewien niedosyt i z całym sprzętem wjechaliśmy do klubu Sfinks, gdzie zagraliśmy – zupełnie niespodziewanie – nieomal godzinny koncert… Było tego sporo, w 2009 roku odwiedziliśmy nieomal wszystkie polskie festiwale, zagraliśmy również kilkanaście koncertów zagranicą… Co było największym naszym sukcesem? Trudno tutaj podać jedno konkretne wydarzenie. Dla mnie, osobiście, sukcesem produkcyjnym w Skinny Patrini jest nagranie utworu “Glory“. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że to nasz utwór… Oczywiście, jeśli chodzi o koncerty, najmilej wspominam koncert na Orange Warsaw Festival 2009 – pod każdym względem… Sukcesem – chyba największym – na dzień dzisiejszy – jest to, że wciąż słucham “Duty Free“ i “Sex“ i nie mam z tym problemu. Wciąż uważam te albumy za bardzo wartościowe i inspirujące. Lubię ten okres w mojej twórczości.

Solowa płyta jest naturalną konsekwencją rozwiązania tego zespołu, jednak pytanie brzmi – czy miałeś sprecyzowany pomysł na ten materiał? Pojawiły się jakieś obawy? Nie bałeś się wyjść na scenę sam?

Dość długo dojrzewała we mnie myśl nagrania solowego albumu – odkąd sięgam pamięcią, zawsze chciałem być na froncie, nagrać album od A do Z mój, na koncertach dzierżyć w ręku tylko mikrofon, gdzieniegdzie dodając partie klawiszy czy gitar… Nie bałem się nagrania tej płyty, ale też nie wiedziałem i nie zastanawiałem się nad tym, w którym kierunku podąży praca nad nią – po prostu utwory pisały i komponowały się same… Produkcję dopasowałem do mojej percepcji danego utworu – nagrywałem utwory dokładnie w taki sposób, w jaki je słyszałem w głowie, kiedy przelewałem je na papier bądź kiedy robiłem pierwsze szkice.

Pytam o to, bo muzyka z Twojego debiutu jest właśnie naładowana emocjami, ciepła a jednoczenie mroczna. To w pewnym sensie zaprzeczenie teorii jakoby instrumenty klawiszowe nie miały duszy…

Wiesz… To wszystko jest zależne od tego kto ich używa. Jest sporo muzyki, w której kipią emocje, a która w nieomal stu procentach bazuje na elektronice – wspomniana Bjork, TRUST, IAMX czy nawet – chyba najbardziej naszpikowana emocjami – płyta PJ Harvey „Is This Desire?”. Wydaje mi się, że wiele zależy tutaj od wokalu i tekstów… Instrumenty klawiszowe ukażą swoją duszę jeśli zechcesz – jako twórca – ją z nich wydobyć. Ostatnio, będąc w Hamburgu, gdzie Tom Meyer masterował mój album, miałem możliwość pogrania na instrumencie, na którym grał Brahms. Klawiszowym… Miałem wszędzie ciarki… Ale mam też ciarki biorąc do rąk mój stary, wysłużony microKorg.

Dużo mówimy o emocjach, kreowaniu duszy, ale przecież ktoś powie – to tylko programowanie a nie prawdziwa muzyka. Myślisz, że dzisiaj wojna „prawdziwych” instrumentów z „nieprawdziwymi” (czyli klawiszowymi…) ma jeszcze sens czy to tylko taka zabawa i przekomarzanie?

Chyba to drugie… Wydaje mi się, że można być chłodnym i nieczułym muzykiem będąc świetnie wymiatającym wirtuozem gitary czy genialnym basistą, tudzież fantastycznie trzymającym rytm perkusistą. Powstaje pytanie: czy produkujesz muzykę hurtowo, czy jesteś na zawołanie i odwalasz pańszczyznę, czy też wkładasz całe swoje ja w każde uderzenie w struny, w klawisze czy w werbel, etc. Nagrywając płytę, starałem się wręcz być instrumentem, na którym w danej chwili grałem, który w danej chwili nagrywałem. To samo z wokalem – nie cyzelowaliśmy, nie nagrywaliśmy tryliona podejść jednej linijki. Wybieraliśmy zazwyczaj wokale, przy których zadziało się to „coś”. Mam nawet wideo ze studia, gdzie nagrywam wokale do „Nobody Comes”, gdzie wręcz widać jak na dłoni, w którym momencie jestem już emocjonalnie poza studiem… I te podejścia zostały wykorzystane w miksie na płycie. A już totalny odlot miałem nagrywając wokale do „Of Our Love” – dwa podejścia, oba wykorzystane w utworze. Pamiętam doskonale moment, w którym obróciłem się i zobaczyłem Adasia po nagraniu tych wokali – wiedzieliśmy od razu, że to jest to, że nic więcej dodawać nie trzeba…

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że w dzieciństwie słuchałeś Modern Talking. To kultowy zespół naszej młodości. Czy mógłbyś dopuścić myśl, że ten duet w jakikolwiek sposób wpłynął na Twoje postrzeganie muzyki, czy to bluźnierstwo?

Absolutnie nie! Czasami włączam sobie ich płyty – jestem kolekcjonerem, więc i Modern Talking, nie tylko z racji sentymentu, znalazł miejsce na moich półkach z płytami… Jest kilka utworów, które uważam do tej pory za perełki produkcyjne. I również pięknie zaśpiewane. Utwory takie „You Can Win If You Want” czy „The Night Is Yours, The Night Is Mine” do tej pory są często przeze mnie odtwarzane. W ogóle uważam, że nie należy się ograniczać do jednego rodzaju muzyki – to jest tak naprawdę bluźnierstwo i kalectwo. Pamiętam czasy liceum, gdzie byłem uważany za totalne dziwadło muzyczne, bo wszyscy słuchali Beastie Boys, Offspring lub Fun Lovin’ Criminals… A ja to swoje Smashing Pumpkins, Nine Inch Nails z jednej strony; Bjork, Massive Attack, Portishead z drugiej, Placebo i Tori Amos z trzeciej i jeszcze ten nieszczęsny Gawliński… Do niektórych – bardziej popowych lub mocno alternatywnych fascynacji – się nie przyznawałem… ha, ha, ha.

Elektronika emocjonalna

Elektronika emocjonalna

Podobno wszyscy metalowcy jak w domu ściągną skórzane gatki, słuchają disco polo. Portishead czy Massive Attack to oczywiście ATAK trip hopu. Swego czas była to duża moda. Myślisz, że dzisiaj są jeszcze szanse na coś w rodzaju amoku na punkcie jakiegoś stylu muzycznego?

Trudne pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi…

Ale chciałbyś, żeby ludzie oszaleli na punkcie Twojej muzyki? Czy jest taki pułap, sytuacja, która pozwoli Ci powiedzieć – „mam to!”??

Świat jest tak nieprzewidywalny i niestabilny, że wszystko może się zdarzyć i trudno prorokować… Czy nastąpi amok? Mam nadzieję, że nastąpi coś innego – zwrot w kierunku zainteresowania muzyką wartościową. Wydaje mi się, że świat zapędził się mocno w kozi róg. Ludzie w większości nie wiedzą czego słuchają, mówią, że interesują się muzyką, a nie potrafią nazwać wykonawcy ulubionego utworu, który właśnie leci w radio, nie mówiąc nic o tytule płyty, z której pochodzi utwór. Mam nadzieję, że nastąpi taki swoisty powrót do lat dziewięćdziesiątych, ale nie chodzi mi o sposób produkowania, wykonywania czy pisania muzyki – chodzi mi bardziej o świadomość odbioru muzyki i możliwość jej odkrywania. Myślę tutaj o edukacyjnej roli mediów. Ja, będąc nastolatkiem, miałem możliwość zapoznania się z różną muzyką właściwie dzięki trzem stacjom telewizyjnym… Niby mamy Internet – ale ja jestem coraz bardziej sceptyczny w stosunku do pozytywnych aspektów odkrywania muzyki w ten sposób. Sieć zainfekowana jest w lwiej większości muzyką niepotrzebną, nie niosącą żadnego przesłania, miałką. Ubolewam nad tym strasznie – właściwie każdy ma teraz możliwość tworzenia muzyki. I to jest, niestety, na dłuższą metę, zgubne. Myślę, że z biegiem czasu tak naprawdę broni się muzyka, która jest szczera, prawdziwa, intymna i osobista, dlatego wciąż popularni są artyści pokroju PJ Harvey czy Bjork. W momencie, kiedy moi najwięksi idole z lat 90. – Billy Corgan, Tori Amos czy Trent Reznor – zgubili gdzieś własną drogę, zaczęli nagrywać płyty, których w swoim zbiorze nie mam i mieć nie będę. Mam świetne wzory w jaki sposób muzyki nie traktować. I mam nadzieję nigdy o tym nie zapominać.

Skromnie unikasz odpowiedzi na pytanie – co jest haczykiem na Twojej płycie. Dlaczego ją zapamiętamy?

Mam nadzieję, że ją zapamiętamy.

Nie ukrywam, że największym zaskoczeniem była dla mnie konstatacja, że te numery są mocno spokrewnione z tym, co na płytach In Dream czy „In This Light…” robi/robił Editors. Przypadkowy zbieg okoliczności?

Nie słucham Editors – zatem totalny zbieg okoliczności.

Na pewno rzuca się na oko okładka. Czy to coś w rodzaju podkreślenia – „ta płyta to ja”?

Może troszkę tak… Od początku pracy nad płytą chciałem, żeby na okładce był portret, a w środku zdjęcia z prześwietleń. Traf chciał, że akurat potrzebowałem zrobić prześwietlenia i rezonans podczas nagrywania płyty i to, co widzisz w booklecie, to autentyczne zdjęcia mojego wnętrza… Tak – to płyta to cały ja. Obraz mojej duszy i mojego „ja” w latach 2013-2015. I wciąż mi się on, mimo swojej mroczności, mocno podoba.

Co chcesz przekazać za pomocą tej płyty? Jest jakaś idea, myśl przewodnia? Kiedy patrzę ta okładkę, zastanawiam się co tam Michał chce mi powiedzieć? Nawet nie chodzi bezpośrednio o słowa, ale o, hmmm, rodzaj emocji…

Tak się teraz zastanawiam… Ciężkie pytanie… Zależy mi na tym, by każdy interpretował słowa i chłonął muzykę po swojemu, nie chcę zbyt wiele narzucać odbiorcy, ale gdybym mógł zawrzeć przesłanie całej płyty, byłby to chyba cytat z Oscara Wilde’a: „Tajemnica miłości jest potężniejsza od tajemnicy śmierci„. Zatem, generalnie, kochajmy się, a będzie lepiej.

Czyli chcesz zmieniać muzyką świat….

Hm… Na pewno nie chcę szkodzić. Ale jeśli, dzięki mojej muzyce, uda się zmienić nastawienie ludzi do siebie samych na bardziej pozytywne… będę dumny.

Dlaczego nie zdecydowałeś się na język polski?

Zdecydowałem się na język angielski, ponieważ nie mam z tym problemu i nie mam kompleksów – znam ten język bardzo dobrze i właściwie jest on moją kolejną pasją. Kocham język polski, ale w języku angielskim pisze mi się zdecydowanie łatwiej i śpiewa swobodniej. Poza tym, te nagłe napływy weny w stu procentach przynoszą do mnie słowa w języku angielskim… Poza tym czuję, że gdzieś w poprzednim wcieleniu musiałem przechadzać się ulicami Londynu. SKINNY

Jak komponujesz swoją muzykę? Co jest najpierw? Melodia, jakieś intrygujące brzmienie? Rytm? Taneczny puls?

Różnie. Zwykle z góry spływa na mnie pomysł linii wokalnej refrenu z zalążkiem tekstu. Kiedy przekładam ten pomysł na pierwsze demo, staram się pamiętać i zapisywać co słyszę w głowie – jakie instrumenty zostaną użyte; niemal od razu czuję w jakim kierunku pójdzie dany utwór. Czasami – jak to było w przypadku „I Wish” – pierwszy jest beat, do którego dośpiewuję lub mruczę jakieś melodie. Czasami jest tak – jak w przypadku „Nothing Wasted” – że z dwóch odrębnych pomysłów – zlepiam jeden.

Kiedy wiesz, że kawałek jest gotowy i nie trzeba już nic dokładać?

Wtedy, kiedy wszelkie poprawki i modyfikacje przestają mi się podobać i wracam do wersji sprzed kilku dni. Albo czuję, że to, co robię więcej, po prostu „nie siedzi” lub nie jest zgodne ze mną. Tak było w przypadku „I Wish” i „Two Kindred Spirits” – kombinowałem aż wróciłem do źródła. Dlatego też, między innymi, słowo „kindred” zaśpiewane jest niepoprawnie, a to dlatego, że przez kilka podejść poprawne brzmienie tego wyrazu nie przechodziło mi przez gardło – brzmiało sztucznie i niefajnie. Zostałem przy wersji, gdzie śpiewało mi się ten utwór znacznie swobodniej.

Jak będzie wyglądała promocja płyty? Zamierzasz występować solo, czy na scenie będą Cię wspomagać jacyś muzycy?

Są plany koncertowe, oczywiście. Nie chciałbym, żeby moje koncerty były live actami, polegającymi na odtworzeniu podkładów z taśmy i dodania na żywo jedynie wokali i jakichś moich delikatnych “plumkań“. Całą płytę nagrałem sam, zapraszając dwie panie – Kasię Stankiewicz, która wsparła mnie wokalnie w “I Wish“ oraz Julię Ziętek, która wspaniale zagrała na smykach w “Nobody Comes“. Trudno byłoby mi samemu odtworzyć wszystkie dźwięki na scenie, więc – jeśli dojdzie do trasy – będę posiłkował się samplami ze studia, ale z pewnością zaproszę kogoś do towarzystwa.

No to na koniec najtrudniejsze pytanie: najlepszy zespół według Michała Skórki…

Mogę podać dziesiątkę ulubionych płyt w to miejsce? Bo w latach 90. rzuciłbym bez wahania, że The Smashing Pumpkins… Zatem: 1. „Adore” The Smashing Pumpkins 2. „Is This Desire?”/”White Chalk” PJ Harvey 3. „Bloodsport” Sneaker Pimps 4. „Vulnicura”/”Vespertine”/”Homogenic” Bjork 5. „Fever Ray” Fever Ray 6. „Tales Of A GrassWidow” CocoRosie 7. „The Unified Field” IAMX 8. „Up” R.E.M. 9. „In Utero” Nirvana 10. „Third” Portishead. Tak, wiem, oszukałem z pozycjami 2 i 4, ale cóż…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum wykonawcy