SIGIHL – medytacja nad upadkiem świata

Powołany do życia w 2012 roku, grający, jak głosi wpis na facebooku, drone Jazz from the hellyard  Sigihl zbudował całkiem sprytny pomost, łączący brudny i obleśny black metal z noise i jazzem. Sam ten zestaw intryguje a jeśli dodamy, że zespół w obrazoburczy sposób pozbawił się gitary, zastępując ją… saksofonem, jego obecność na naszych łamach jest wręcz obowiązkowa. Na szumnych opisach, na szczęście, nie skończyli; półki sklepowe przyjęły właśnie pierwsze dzieło tej załogi – Trauermärsche (and a tango upon the world’s grave), które w pełni potwierdza kondycję i muzyczną koncepcję Sigihl. Zderzenie mroku z niemal jazzową agonią saksofonu intryguje, choć trzeba zaryzykować też twierdzenie, że to muzyka raczej mało rozrywkowa. Powyższe tezy potwierdza mój rozmówca, znany także z Outre a w Sigihl dzierżący  mocno przesterowany bas – mr. L.th. Zapraszamy do medytacji.

Nazwa tajemnicza, muzyka jeszcze bardziej. Słuchając Waszej płyty zadałem sobie podstawowe pytanie: „co znaczy dla Was słowo HAŁAS”? Możesz to wyjaśnić?Sigihl live

Chyba rozumiem do czego dążysz – na pewno mianem „hałasu” nie nazwałbym muzyki Sigihl…

A jednak gdzieś tam się przewija słowo NOISE. I chodzi raczej o stylistykę, niż negatywną konotację tego słowa…

Dla mnie hałas to niekontrolowany, bezmyślny zbiór szumów, dźwięków, odgłosów, coś, co przeszkadza i drażni. Nasza muzyka to jednak coś bardziej zaplanowanego, chociaż też nie do końca… Co do etykietki noise – tak, pojawiła się gdzieś takowa, chyba nawet sami jej użyliśmy do określenia naszej muzyki jeszcze przed premierą płyty, również dobrze pasuje jazz, drone itp. Czy słusznie? Do oceny odbiorców.

Istotne jest też to, co przewinęło się w kilku opiniach: muzyka ciekawa, oryginalna, ale jednocześnie na tyle ciężkostrawna, że trudno się przy niej dobrze bawić. Czyli – jest rozrywka, czy jej nie ma?

Zdecydowanie nie. To muzyka do medytacji nad upadkiem świata. Potem ewentualnie można wywinąć hołubca na jego grobie.

W związku z powyższym i po lekturze płyty, mogę sformułować taką tezę: „Nie jesteście fanami świata i ludzkości„. Dlaczego?

Jest zdecydowanie na odwrót! Ja kocham świat i ludzkość. Kocham sztukę, czyli to co świadczy o sile duchowej człowieka i przejawia się w nim jego „boskim” pierwiastku. Cenię życie ludzkie jako najwyższą wartość (ale nie od poczęcia), ponieważ to w trakcie tego czasu, jaki został nam dany przez naturę możemy myśleć, tworzyć, kochać, czynić dobro, doskonalić siebie i nasze otoczenie. Niestety, widzę również to co człowiek robi z samym sobą poprzez swoje uprzedzenia, głupotę i zaślepienie, wolimy sunąć ku krawędzi w imię zasad, które w wymiarze uniwersalnym nie mają kompletnie żadnego znaczenia, a jedynie doprowadzają do totalnego wyniszczenia. To nie ja nienawidzę ludzkości, to ludzkość nienawidzi sama siebie.

I chcecie o tym tych zagubionych, pogrążonych w błogiej nieświadomości zaalarmować za sprawą Waszej płyty? Takie wytrącenie z błogiej równowagi?

Nie wiem, czy już nie jest za późno…  To już raczej lament, a nie ostrzeżenie, łzy nad zagładą.Sigihl3

Odejdźmy od smutnych tematów w stronę tzw. logistyki. Pewnie Was to nudzi, ale pytanie paść musi – czujecie się restauratorami saksofonu? Kiedyś sax kojarzył się – poza jazzem – co najwyżej z Krajową Sceną Młodzieżową i Budzikami. Potem była świetna płyta Neumy „Weather”, Merkabah, teraz Wy. No i oczywiście od zawsze Zorn, ale to już chyba dyżurne nazwisko, jeśli chodzi o „pijany saksofon”…

Nie, w żadnym wypadku nie czujemy się pionierami w tej roli. Szczerze mówiąc, udział saksofonu w tym projekcie jest bardziej dziełem przypadku niż zamierzonym działaniem. Zawsze lubiłem brzmienie tego instrumentu w muzyce typu „noir”, jestem ogromnym fanem niemieckiego Bohren und der club of Gore, ale nigdy nie dążyłem do założenia składu, w którym miałby być saksofon, raczej jest to dzieło przypadku i efekt spotkania odpowiednich ludzi do realizacji określonej wizji brzmienia i koncepcji muzyki.

Ok, sax to przypadek. Powiedzmy, że uwierzę. A brak gitary? Tylko nie mów, że to też przypadek! W jednym zespole dwa przypadki byłyby cokolwiek podejrzane…

Akurat brak gitary jest konsekwencją posiadania w składzie saksofonu. Po pierwszych rozmowach na temat nadania naszym wizjom jakiejś muzycznej formy, bardzo dużo czasu poświęciliśmy kwestii brzmienia. Chcieliśmy, żeby było to najbardziej brudne i obrzydliwe brzmienie jakie jesteśmy w stanie osiągnąć. Przesterowany bas w obniżonym stroju nadawał się do tego idealnie, a saksofon miał poprowadzić całą tę kawalkadę. Gitarę uznaliśmy za zbędny instrument. Moim zdaniem, koncepcja się sprawdziła.

Faktycznie, brzmicie jak wkurwiony zespół Morphine na ciężkim kwasie. I w kontekście mojej diagnozy muszę zapytać Cię o pojawiające się tu i ówdzie próby wrzucenia Was do wora z napisem „black metal”. Poroniony pomysł, czy zgadzacie się na miejsce w czarcim szeregu?

Może nie jest to najdoskonalsze określenie naszej muzyki, jednak w kwestii ideowej jesteśmy najbliżej tego nurtu. Sigihl to muzyka opozycji, lewej ścieżki, wolnej idei, braku ograniczeń światopoglądowych. Tym zawsze był dla mnie black metal.

Jednak jak na black metal dużo tu transu i improwizacji. Macie w tym niejakie doświadczenie, bo chociażby Wasz perkusista gra w improwizowanym HUN. Jakie są proporcje czystego „lotu” do aranżacji? Gdzie kończy się myślenie a zaczyna szamański odlot?

Proporcje są 50/50. Szkielet kompozycji powstaje w głowach, potem ogrywamy go na próbach i patrzymy jak idzie. Czasami sami wpadamy w trans i jesteśmy w stanie sześciominutowy kawałek grac dwadzieścia minut. Zdarza się, że niektóre pomysły po prostu nie chwytają i wracają z powrotem do ziemi. Myślę, że tutaj jest właśnie ten punkt styczny z muzyką jazzową – nie sam fakt posiadania saksofonu w składzie, a sposób myślenia o kompozycji i aranżacji utworu.

Czy mieliście zatem jakieś sygnały od muzyków/zwolenników jazzowych klimatów odnośnie Waszej muzyki? Chciałem się w ten sposób dowiedzieć, czy owa, sugerowana tu i ówdzie, „hermetyczność” (a może nieprzystępność…) Waszej muzyki jest faktyczna czy jeno pozorna…

Nie spotkałem się z takimi. Myślę, że wynika to bardziej z naszego rodowodu, profilu wytwórni, która nas wydaje i mało jazzowy przekaz . Chociaż parę promocyjnych kopii do recenzji poszło do magazynów spoza „branżowego” światka, więc możliwe, że coś się pojawi.

Sigihl brzmi bardzo, hmmm, narkotycznie. Ta psychodelia, przewijająca się gdzieś podskórnie nasuwa pytanie o udział używek w muzyce. Wspomagacie się psychoaktywnie, czy to wszystko na trzeźwo? Jeśli tak, to strach pomyśleć, co macie w głowach…

Nigdy nie czaiłem tego wspomagania się psychoaktywnie przy tworzeniu muzyki. Nie wiem, po co miałbym to robić? Życie dostarcza mi tylu bodźców i inspiracji, że dodawanie do tego substancji różnorodnego pochodzenia nie jest konieczne. Jasne, lubię używki, nie stronię od nich, ale ich obecność nie ma na twórczość Sigihl żadnego wpływu.

medytacja nad upadkiem świata

medytacja nad upadkiem świata

W minionym rok ukazała się za to inna pozycja, która w podobny sposób łączy ekstremę z saksofonem, mianowicie Moloch Merkabah. Nie sposób zatem nie zapytać o to czy można te krążki obok siebie postawić, czy z Waszego punktu widzenia byłoby to nadużycie?

Nie słuchałem tego krążka, więc nie mam zdania na ten temat…

Wracamy do płyty. Wiem, że proces nagrywania materiału był cokolwiek wyboisty; ponoć pierwsza sesja nie wypaliła i w końcu wylądowaliście w studiu Radia Katowice. Nie ukrywam, że efekt jest świetny, choć zważywszy na Waszą muzykę, spodziewałem się raczej, że będziecie nagrywać gdzieś w lochach albo innej kopalni. Jak zatem pracowało się we wspomnianym miejscu?

Właśnie owa pierwsza sesja odbyła się w studiu zaaranżowanym w starych halach fabrycznych w Krakowie i niestety, efekt był jaki był – ślady nie nadawały się do jakiegokolwiek miksu. Pierwszy raz nagrywaliśmy w ten sposób i popełniliśmy parę błędów, których nie udało się wyeliminować w późniejszym procesie produkcyjnym – nagrywanie na setkę wymaga dobrego odseparowania instrumentów, odpowiedniej akustyki pomieszczenia i przede wszystkim dobrego realizatora, który ma doświadczenie w takim sposobie nagrywania. W wypadku Sigihl inna metoda kompletnie nie zdałaby egzaminu. W trakcie nagrywania zrezygnowaliśmy nawet z używania metronomu, ponieważ zaczęliśmy tracić to „coś”. Kiedy zdecydowaliśmy się na studio Radia Katowice, mieliśmy już pełny obraz tego co musimy zrobić, żeby drugie podejście dało wymierny efekt. Poza tym, to profesjonalne studio i mogliśmy stworzyć sobie odpowiednie warunki do położenia śladów. Była to chyba moja najszybsza sesja nagraniowa w życiu – cały materiał został zarejestrowany w około 3 godziny.

Wspomniałeś o tym „czymś”. To w sumie ciekawa opcja, bo jesteśmy świadkami coraz większego, żeby nie powiedzieć, tłumnego odwrotu od sterylnych, „metronomowych” i „protools’owych” sesji, w stronę takiego właśnie , brudnego i w pełni naturalnego, analogowego grania. Na ile jest to Twoim zdaniem, snobizm a na ile świadomość zespołów? Pytam, bo często mam wrażenie, że taki właśnie a nie inny sposób nagrywania staje się bardziej chwytem marketingowym…

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie wiem, jak nagrywają inne zespoły. Mogę wypowiedzieć się tylko o swoich zespołach. Całą nową płytę Outre nagrałem wedle studyjnych standardów – klik w słuchawkach i podkład perkusyjno-gitarowy. W przypadku Sigihl, gdzie tempa oscylują wokół 40-50 bpm, i ćwierćnuta jest najkrótszym dźwiękiem, klik mógłby Cię tylko wytrącić z rytmu, który sam się narzuca. Co do trybu nagrywania, cała sesja była zarejestrowana i produkowana cyfrowo. Jedyny, analogowy sprzęt jaki się pojawił to mój backline – wszystkie wzmacniacze i efekty jakich używam w Sigihl są w pełni lampowe/analogowe; daje mi to pełną saturację przesteru i moc brzmienia. Jest to efekt długich poszukiwań i testów, przerzuciłem naprawdę masę sprzętu, żeby znaleźć ten właściwy. Co do marketingowego wykorzystania metod sesji nagraniowej – jeśli ktoś chce to wykorzystać jako sales point, to jego decyzja, mnie bardziej interesuje sama muzyka, niż to jak została nagrana.

Zdradź zatem, jak zamierzacie – jeśli zamierzacie – „sprzedać” ten materiał, który jak wiadomo, jest trudny dla niewprawionego słuchacza. Jest pomysł na promocję, może trasa z kimś „większym”, czy raczej takie aspekty działalności znajdują się na poślednim miejscu?

Materiał na razie sprzedaje się dobrze. Dokładniej mówiąc, lepiej niż oczekiwałem. Nie jestem specem od marketingu, dlatego kiedy pojawiła się opcja współpracy z Arachnophobia Records, przystałem na nią bez wahania. Ja znam się na muzyce i przy tym chcę pozostać, a działania promocyjne pozostawiam w dobrych rekach kogoś, kto potrafi się tym zając. Oczywiście, ważnym elementem promocyjnym są koncerty, których nie zamierzamy zaniedbać; na pewno podzielimy się stosowną informacją, kiedy tylko daty będą zabukowane.

Wspomniałeś o nowym Outre, zatem muszę poruszyć tę kwestię – kiedy doświadczymy nowej muzyki?

Jak zapewne wiesz, rozstaliśmy się z naszym wokalistą, Andrzejem Nowakiem. Fakt ten w oczywisty sposób wpłynął opóźnienie sesji nagraniowej, która miała zakończyć się w połowieSigihl2 grudnia. Podjęliśmy również decyzję o napisaniu tekstów od nowa i jestem mniej więcej w połowie tego procesu. Osoba, która nagra wokale na „Ghost Chants„, na bieżąco aranżuje sobie liryki pod utwory i cały proces nagraniowy mamy w planie sfinalizować do końca stycznia. Płyta powinna ukazać  się w pierwszej połowie marca.

I ostatecznie na koniec, skoro mamy początek nowego roku, lekki rzut okiem wstecz – jakie „muzyki” z 2014 zapamiętałeś w sposób szczególny?

Najczęściej mieliłem nowe płyty Afghan Whigs, Kriegsmaschine, Wovenhand, Sinmara i Swallowed.

Dziękuję za rozmowę… 

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Tomasz Kantyka/Uls Metzger