SERPENTIA – im starszy tym bardziej wkurwiony

Serpentia, choć gdzieś tam można przeczytać, że istnieje od 96 roku, światu dała się poznać w 2003 za sprawą świetnego debiutu „Dark Fields of Pain?”, potem była jeszcze lepsza „Nails Enigma” a potem… cisza. Przez siedem lat nic w zasadzie się nie działo i dopiero teraz zespół powraca z niebytu z nowym krążkiem „The Day in the Years of Candles”, na którym pokazuje się z nieco innej niż dotychczas strony. Wprawdzie zespół nadal uważa, że jest wściekły i agresywny, słuchając jednak nowej płyty można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o nowych odcieniach tego gniewu. Jest klimatycznie, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu, rewelacyjnie pod względem kompozytorskim i intrygująco – heretycko w temacie przekazu. Nie wiem, czy dla naszego, zapyziałego grajdoła nie jest to muza zbyt ambitna, mam jednak nadzieję, że znajdą się amatorzy nieco ciekawszych dźwięków. Wprawdzie zespół jakiś czas temu przeniósł się na Wyspy, jednak płytę nagrywał w Polsce. Zresztą, o perypetiach grupy najlepiej opowie Wam śpiewający basista Ivy…


Na dobry początek pytanie – czy jesteście osobami wierzącymi, czy raczej heretykami?

Myślę, że jesteśmy osobami uduchowionymi inaczej ,mamy własne spojrzenie na aspekty życia i śmierci. Jest to na tyle drażliwy temat, że nie lubię go poruszać. Staram się mieć szacunek do ludzi za to kim są a nie za to, w co wierzą lub nie… Oczywiście, wiem do czego pijesz – w Polsce jest wielu ludzi, którzy świetnie by się czuli w średniowieczu i z ich perspektywy może i jesteśmy heretykami.

Każdy, kto śledzi scenę muzyczną musiał zadać sobie pytanie – co działo się z Wami przez ostatnie 7 lat? To kupa niezagospodarowanego czasu…

Dopadła nas proza życia. Po wydaniu „Nails Enigma” poczuliśmy się spełnieni, do tego trzeba było się jakoś odnaleźć w nowym miejscu (Londyn), byliśmy też sobą zwyczajnie zmęczenie, dlatego  rozwiązaliśmy zespół. Zaczęliśmy grać ponownie w 2006 roku, rok później materiał na „The Day” był praktycznie gotowy. Brak porozumienia z wytwornią problemy ze składem zrobiły swoje. W 2008 roku odpadł Chriser, ja jeszcze męczyłem się parę miesięcy z innymi ludźmi. Myślę, że rok 2009 był całkiem kreatywny, bo zrobiłem wyższy dyplom gitary basowej w Music Institute. W 2011 zostałem poproszony o nagranie basu do nowej płyty Asgaard. Postanowiłem wrócić do tematu i tak teraz możemy rozmawiać o „The Day”

Chciałbym, byś trochę uporządkował to całe zamieszanie z zespołem. Wiem, że mieszkacie w Anglii. Wiem, że 2007 roku zmieniliście nazwę na Painfields (konflikt z MMP?). Teraz powracacie znowu jako Serpentia… O co w tym chodzi?!

W tym momencie stacjonujemy w Krakowie. Wróciłem do Polski żeby mieć możliwość nagrać płytę, która będzie brzmiała nie gorzej niż pozycje z zachodu. W Anglii kosztowałoby to niewyobrażalne pieniądze. Tematu MMP wolę nie poruszać, bo po co? Nic na opluwaniu innych nie zyskam. Trzeba skupić się na płycie i iść do przodu. Zostawiamy za sobą cale gówno, koniec tematu.

Zazwyczaj w kwestii imigracji wygląda to tak, że ktoś mieszka w Polsce, ktoś za granicą. Wy w całości, jako Serpentia, rezydujecie w Anglii. Wiem co nieco jak wyglądają realia grania w Polsce, kwestie sal prób itp. Interesuje mnie, jak takie sprawy wyglądają w Anglii? Jest łatwiej, lepiej, gorzej? Jak z perspektywy oceniacie swoją – socjalną – sytuację? Wracacie, czy za jakiś czas w Wikipedii przy haśle „Serpentia” zobaczymy znaczek UK?

Na pewno wszystko jest droższe, to po pierwsze. Zespołów są tysiące ta więc dobre miejsca są zawsze zajęte. Tak naprawdę, to kto ma możliwości i trochę oleju w głowie, szuka własnego lokum. My mieliśmy nieoficjalny patronat klubu „Underworld” na Camden. Z tej strony chciałbym szczególnie podziękować ówczesnym  menadżerom klubu: Radkowi oraz Corinowi. W Londynie jest ogromna konkurencja, jednak w naszej „wadze” nie widzieliśmy konkretnych przeciwników. Myślę, że gdybyśmy mieli stały stabilny skład, bylibyśmy dużo dalej. Główna różnica miedzy Polakami a Anglikami jest tak, że Anglicy jak i Niemcy są zadowoleni, że mają dużo zespołów – pomagają tym najbardziej słabym z nadzieją, że coś w końcu z nich będzie. Żywym dowodem choćby zespól Evile który w końcu się ogarnął i przebił z podziemia. Podziemie to dla nich tylko porodówka; później trzeba iść dalej. Nie ma nic wyjątkowego w byciu nieznanym.  Zespoły black metalowe tak pierdolą w wywiadach na początku, jednak jak tylko zwąchają kasę, idą na całość.

Macie porównanie – lepiej komponuje się w kraju, czy za granicą? Gdzie jest lepszy klimat do muzykowania?

Taki sam. Gorzej tylko ze sprawnymi perkusistami…

Doświadczenia z przemysłem muzycznym made in Poland już macie. A udało się Wam otrzeć o przemysł muzyczny w UK, czy dla imigrantów jest to teren niedostępny?

Tu jest problem, bo tak jak wspominałem, angole wspierają swoich przede wszystkim. Jak będziesz grał na różnego rodzaju  konkursach z nagrodami  tak jak moi znajomi to raczej gówno wygrasz… Na szczęście, inaczej traktują zespoły z płytą. Można powiedzieć, że otarliśmy się o wielki świat wytworni metalowych itd. Pomysł na Recession Records  poddał mi typ z Century Media. Ci, którzy orientują się chociaż trochę w temacie, zdają sobie sprawę, że dni dużych wytworni są już policzone. Teraz wytwórnie wchodzą na obszar merchu i koncertów danego zespołu, z którym podpisują papiery. Dla przykładu – za dwie poprzednie płyty nie dostaliśmy nic, za to dorobiliśmy trochę kasy na koszulkach i gadżetach…

Macie kontakty z innymi muzykami, którzy przywędrowali nad Tamizę z Polski?

Tak jak najbardziej, jednak nie wiem, czy by sobie życzyli żebym o nich wspominał.

Czas na muzykę i nową płytę. Serpentia z krążka na krążek zmienia się – czy ta ewolucja jest bezwiedna, czy zakładacie sobie pewne poszukiwania, które staracie się realizować?

Jest to naturalna konsekwencja „Nails Enigma” do niczego się nie zmuszaliśmy, może za dużo słuchałem  stoner rocka i płyty Jesu „Silver”. Wszystko musi wychodzić naturalnie – my nigdy nie byliśmy zespołem typu: „Dobra to nasz nowy kawałek : Blast, Dupa-Dupa, Blast, Dupa-Dupa, Akcenty , zwolnienie, akcenty, pierwsza gitara – druga gitara i Blaaaaast! A i jeszcze solówka czyli skok do piekła”  Ci ludzie pod pretekstem „brutalności czy starej szkoły” napierdalają takie same tematy przez dekady i nic  kreatywności w tym nie ma -zwykła nuda. Kompleks szybkich aut (śmiech…). Dzięki właśnie takim „geniuszom” w death metalu nastąpił przesyt – chuj z nimi…

Najnowsze dzieło to muzyka zaskakująco odległa od chociażby „Nails Enigma” – w jaki sposób doszliście do takich akurat dźwięków?

im starszy tym bardziej wkurwiony
im starszy tym bardziej wkurwiony

Tak jak wspominałem wcześniej, to naturalny progres. Mieliśmy jeszcze parę utworów nawet bardziej brutalnych, ale  brzmiały za staro… Wiesz, to bardzo ciekawe, jak w metalu ludzie to wszystko rozgraniczają; zupełnie inaczej jest w rocku czy muzyce pop. My jesteśmy bardziej artystami niż rzemieślnikami. Jeśli blast będzie nam potrzebny, to z niego skorzystamy, jeśli trzeba będzie jeszcze zwolnic, to zwolnimy – to się nazywa wolność artystyczna, którą bardzo cenimy.

Serpentia była kiedyś kojarzona ze sceną death metalową, sam pamiętam, że w mojej recenzji „Nails Enigma” porównywałem Was entuzjastycznie do Immolation, a tu taki zaskok – nie brakuje Wam  metalu śmierci?

Jeśli się wsłuchasz, odnajdziesz tam ciężar, którego nie powstydziłby się Immolation, tyle, że my się bawimy formami muzycznymi, bardziej mnie to fascynuje niż trzymanie fasonu. Dodam, że Immolation dążę szacunkiem za „Dawn Of Possession”, żadna późniejsza płyta mnie tak nie rozwaliła… Death metal jest dla nas punktem wyjścia i zawsze będzie z nami.

Z powyższych powodów nowa płyta musi – świadomie bądź nie – budzić lekki opór, sam tego doświadczyłem. Nie obawialiście się, że po takiej przerwie to trochę ryzykowne, czy założyliście raczej, że i tak ludzie nie pamiętają o zespole więc można kombinować…

Nie czuję żadnego ryzyka – muzyka się obroni. Oczywiście, zaczynamy od początku i nic na to nie poradzę. Ubolewam tylko, że jestem wokalistą, bo lubiłem sobie poszaleć na scenie a teraz ten pierdolony mikrofon… Ale zawsze uważałem samych wokalistów metalowych za darmozjadów, ok., jeśli jeszcze piszą ciekawe teksty, to pół biedy…

W wielu miejscach przebija z muzyki niemal gotycki, nostalgiczny klimat, sporo tu melodii –  to oznaka łagodnienia czy reakcja na jakieś wydarzenia z życia?

Jak słyszę o klimacie gothic, to mnie szlag trafia! Czy A Perfect Circle jest gotyckie?! Myślę, że nie. Przecież jeśli coś posiada melodię nie znaczy to od razu że jest gotyckie. Osobiście gothic kojarzy się z pięknymi kobietami, niestety, źle ubranymi, słuchającymi smętów, bo im w życiu źle. Ja tam wolę rock&rolla. Im jestem starszy tym bardziej jestem wkurwiony, tak jak pewnie i Ty. Włączam telewizor i widzę te zakazane mordy w sejmie, które zamiast piastować swój urząd z godnością, zachowują się jak szlachta przed rozbiorami. Potem idę do sklepu i widzę starsza osobę żebrząca na chleb czy leki i mi się, kurwa, serce kroi. Potem kupuję gazetę i czytam, że ojciec zgwałcił kilkutygodniowe dziecko i rozbił o ścianę – jak ja mam złagodnieć?

I tu mój największy zarzut do zespołu – dlaczego w „Pain No More” tak okrutnie ograniczyliście tą piękną partię wokalną, pojawiającą się na początku kawałka – jest REWELACYJNA, słucham jej raz dziennie. .. Szkoda, wielka szkoda.

To, co piękne trwa krótko, to taki szczególny fragment płyty. Rafael łka za swoją żoną…

Innym elementem, który może zaskoczyć słuchacza jest mocne bratanie się ze sceną nu metalową. On The Wings of Destiny czy Proclamation… to riffy mocno nawiązujące do takiej stylistyki. Skąd takie pomysły – znowu chcecie drażnić nerwowych, polskich metalowców?

Po pierwsze, już na „Nails Enigma” mieliśmy jakieś eksperymenty. Po drugie riffy,  jakich używamy, prowadza prędzej do francuskiego groove’u, są fascynacje Alice In Chains czy Jesu… Z nu metalu słucham mało rzeczy… może Sevendust, Korn, świetnego palkera Limb Bizkit. A na oszołomów metalowych mamy wyjebane! Mogą sobie walić konia do blastów, które brzmią na wielu płytach jak stukanie sąsiadki przez sąsiada…

Ważny jest także koncept płyty. Pomijam samą historię, interesuje mnie raczej jej geneza – skądś się to musiało wziąć – czytałeś książkę, widziałeś film, czy po prostu któregoś dnia się obudziłeś i pomysł zakiełkował?

Pomyśl zakwitł już na mcd „And the Angels”, później anioły zostały z nami na stale – są na każdej płycie. Tym razem pokusiłem się o przedstawienie ich świata. Tak naprawdę to tylko tło do głównej myśli płyty – odnajdź siebie Jeśli jesteś zły, to jesteś zły, ale to Ty! Jeśli jesteś indywidualistą, nigdy nie będziesz podążał za innymi itd.

Mocne odniesienia do chrześcijaństwa prowokują za to pytanie o wasz stosunek do tej religii – dlaczego taki kierunek, czy  traktujecie raczej chrześcijaństwo jako swego rodzaju współczesną mitologię?

Religia, która niszczyła wszystko, co odmienne… no cóż, byłem wychowany w wierze katolickiej tak jak moi rodzice. Staram się ich nie ranić swoimi poglądami, traktuję to jako swoisty folklor. Szanuję każdego do momentu gdy przekroczy linię tolerancji. O wiele większym problemem jest radykalna wiara muzułmańska, która nie ma litości dla innowierców czyli nas. Tak jak wiara katolicka w średniowieczu. Wszyscy niedzielni sataniści plują na kościół, bo kościół jest słaby; proponuje plunąć na artefakty muzułmanów. Kiedyś i tak wszyscy staniemy przeciwko sobie, to nieuniknione, bo oni chcą konfrontacji. Szczególnie widać to w Anglii.

W Polsce, w środowisku metalowym istnieje nadal mocno zakorzeniona idea walki z kościołem – czy taka koncepcja wpisuje się w ten anty – chrześcijański nurt, czy raczej dystansujecie się od takiej interpretacji?

A po co? Przecież oni są nie szkodliwi, wystarczy powiedzieć rodzicom, że już nie chodzisz do kościoła, jak ci nie pasuje. Takie to proste… My nie musimy się dowartościowywać przy młodszym pokoleniu metali, że jesteśmy mroczni, bo walczymy… tylko z kim? Z pięknymi obrazami, może z jeszcze ładniejszymi budynkami? A, no tak, zapomniałem z Jezusem, tyle ze on Ci nie odda za to, że mu nawrzucasz. Popatrz na Glena Bentona – przecież wszyscy już chyba sobie uświadomili, że to był wykręt na kasę – „jak się będą płyty sprzedawały, to ja mogę być Pazuzu”. Rozumiesz?!

Płyta była nagrywana w Polsce (mam dobre informacje?) – dlaczego tu i dlaczego nie w Anglii? Kwestia kosztów? Jak wyglądały prace nad płytą?

Mniejsze koszty, to raz, mało dobrych inżynierów dźwięku zajmujących się metalem bo ci najlepsi są finansowo na razie nieosiągalni. Przygotowywaliśmy się solidnie. Wynajęliśmy salę na próby, zawieźliśmy sprzęt i pojechaliśmy z materiałem! Jak obliczyłem, to w czasie 2 miesięcy ja z perkusistą „walnęliśmy” ponad 80 prób – ciężka praca, dużo potu i wody mineralnej (śmiech…).

Ciekawym pomysłem jest wykorzystanie głosu pana Krzysztofa Globisza. Gdzieś przeczytałem, że był akurat w studiu. Jak doszło do tego fajnego mariażu? Rozumiem, że dla niego był to pierwszy kontakt z metalem i Serpentią? A gdyby nie pan Globisz, to kto był brany pod uwagę?

Na początku miał być to utwór instrumentalny, później wpadłem na wiersz Wojciecha i postanowiłem dograć swój glos – taki klimat mocno morowy, który byłby wielkim znakiem zapytania – co się stało z Rafaelem? Z sytuacja z Krzysztofem  niezmiernie się cieszę, bo było to bardzo inspirujące. Powstała nowa jakość.

Jeszcze raz nawiążę do Anglii – czy dzięki temu liczycie na możliwość promocji w Europie zachodniej, czy raczej nie ma na to szans?

Słuchaj, szanse zawsze są, potrzebna jest tylko kasa; jak płyta będzie się sprzedawać to dla nas żaden problem, żeby ogarnąć ten temat. Szczególnie ze te utwory „żrą” na na żywo. Już cześć z nich było grana i naprawdę fajnie się je miażdży, jest ogień.

Koncerty – graliście już w Anglii, macie tam miejsca gdzie można robić koncerty czy raczej nie?

Mam trochę kontaktów, potrzebne zaplecze finansowe i jedziemy.

Zastanawiam się, czy konwencja trio, jakim jest w tej chwili Serpentia, nie ograniczy możliwości prezentacji nowej muzyki, która wymaga raczej sporego rozmachu i przynajmniej jeszcze jednej osoby w składzie. Jak macie zamiar to rozwiązać?

Koncertowo Serpentia nigdy nie była triem brakuje harmonii i efektów jako trójca słabo by to wyszło… Po „Nails…” mieliśmy w składzie Cochisa z Non Opus Dei. Teraz już szukamy drugiego wioślarza. Niestety, nie jesteśmy zespołem Rush …

Mamy początek roku, więc na koniec warto powiedzieć, jakie plany macie na kolejnych 11 miesięcy?

Koncerty, koncerty, koncerty. Dziękuję za wyczerpujący wywiad i pozdrawiam.

Rozmawiał Arek Lerch