SEMANTIK PUNK – proces redukcji

Jak na razie jedna z najlepszych płyt polskich ostatnich miesięcy. Najlepsza, ale też chyba najbardziej niezrozumiała. Muzycy semantik punk postanowili zrobić coś, co nie udało się jeszcze nikomu. Uwstecznić się, zarówno na poziomie mentalnym jak i dźwiękowym. Zapomnieć o regułach, umiejętnościach, zasadach. Wyzerować umysł, by zagrać dźwięki odarte z jakichkolwiek aspiracji. Dążenie do wywrócenia wszystkiego do góry nogami przypomina dadaistyczne poszukiwania, do których zespół jednak się nie przyznaje. Formalnie, mamy do czynienia z nagranym w Los Angeles, pod okiem Rossa Robinsona krążkiem, zatytułowanym „abcdefghijklmnoprstuwxyz”, przynoszącym dźwiękową antymaterię, na którą czekali wszyscy odszczepieńcy, maniacy matematyki i muzycznej filozofii. Trudno mi opisywać samą muzykę, bo im dłużej słucham tych dźwięków, tym mniej rozumiem a jednocześnie czuję się płytą zniewolony. Muzyczni aroganci czy wizjonerzy? Przed Wami spowiedź Rafała Modlińskiego, gitarzysty zespołu, który w niełatwych słowach nakreślił obraz zjawiska pod nazwą „semantik punk”…

Jaki sens ma dla Was zmiana nazwy z Moja Adrenalina na semantik punk? Zazwyczaj takie działanie jest symbolicznym odcięciem się. Od czego zatem się odcinacie? Czy to bardziej filozoficzna sprawa, czy fizyczne odniesienie się do nowej sztuki? Oczyszczenie?

To dobre pytanie, bo sam nie wiem do końca, dlaczego to zrobiliśmy. Na pewno nie była to jakaś przemyślana, świadoma w sensie intelektualnym decyzja, to samo tyczy się zresztą 95% decyzji, których wynikiem jest ta płyta. Akt zmiany nazwy jest najwyraźniej treścią naszego komunikatu, na który składa się też muzyka, słowa, tytuł płyty, nazwa zespołu i okładka. Teraz, kiedy płyta poszła w świat, jesteśmy w sytuacji, w której opowiadamy o tym, jak i dlaczego to wszystko powstało, widzimy, że pytania o zmianę nazwy pozwalają nam od razu wskazać pozamuzyczny wymiar tego komunikatu. Dla mnie nowa nazwa jest manifestacją jakiegoś stopnia przełamania przywiązania do języka, czyli min. do nazw. To przesunięcie swojej tożsamości poza język. To wlogo końcu, jak dochodzą mnie słuchy z radykalnych kręgów bardzo punkowe i nonkonformistyczne  z rynkowego punktu widzenia, czy w ogóle jakiegoś istnienia w kulturze posunięcie. Widzę też, że to potencjalne rynkowe samobójstwo uprawomocnia i nadaje ciało temu, co mogłoby brzmieć jak dorabianie teorii do czegoś, czego nie ma i wyzwala nas z kręgu podejrzeń o przerost formy nad treścią. Bo dla nas „treść” to zmiana nazwy, na którą wiele lat pracowaliśmy i nasz wewnętrzny proces, który nas do tego doprowadził. Forma to muzyka, teksty, okładka i cała reszta. W ramach naszego prywatnego miniperformanceu medialnego pierwsze info o zespole poszło kompletnie bez starej nazwy, bez zdjęć, nazwisk; chcieliśmy, żeby zostało tak jak najdłużej, jednak potrzeba ludzi do określenia nas w czasie, przestrzeni i języku była tak nagła, że trwało to raptem parę dni, zanim zostaliśmy zdemaskowani. Zdemaskowani poprzez muzykę. Towarzyszył temu jakiś rodzaj oburzenia, konsternacji. I jak do tej pory, wszystkie wywiady zaczynają się od tego samego pytania. Widać kwestia nazw to coś uniwersalnie uzależniającego… A tak na koniec dodam, że zmieniliśmy nazwę już po raz czwarty i najprawdopodobniej będziemy to robić przy okazji każdej, kolejnej płyty.

Czyli jednak wymiar filozoficzny. Skoro tak, to zastanawia mnie, dlaczego zatem sięgnęliście na „Abcde…” po „Y Dopatrzenia”? Czy ten kawałek ma być swego rodzaju pomostem między nowym a starym? Rynkowe samobójstwo, ale jednak z nutką sentymentu?

No właśnie, nie filozoficzny, bo najpierw stał się faktem. Chciałbym podkreślić że, ta płyta i wszystko co z nią związane najpierw się wydarzyło, zostało zrobione, a dopiero teraz, nazywamy to, na potrzeby wywiadów i trochę dla samych siebie… Zarzuty o przeintelektualizowanie, niełatwe słowa i filozofowanie nie powinny być kierowane do nas, tylko do twórców słów i dyskursów, które opisują to co zrobiliśmy. Te dziwne terminy to nie nasza wina! Myśmy robili a nie wymyślali! Nawiasem mówiąc, to naprawdę jest podstawowy poziom filozofii języka. Zakrawa to wręcz na ironię losu, że nas, słabo wykształconych leserów, piewców praktyki o chłopskiej nieufności, posądza się o intelektualizm. Moje starannie wykształcone koleżanki oraz moje ciotki i wujowie z wysokimi stopniami akademickimi mówią mi: „jak chcesz zrozumieć co zrobiłeś, to przeczytaj sobie „Słowa i rzeczy” Foucault’a. Albo: „jak to możliwe, że czołowy rodzinny leser wszedł w rezonans ze współczesną post strukturalistyczną myślą?”. Nie wiem jak, to nie było nic innego tylko szczera, robota muzyczna. Tak więc filozofia jako coś mocno rozumowego jest dla mnie – muzyka, wartością o ile jest zrównoważona praktyką. Co najmniej zrównoważona, bo osobiście bardziej ufam rzeczom, w których jest przerost praktyki nad teorią. Dzięki temu nawet jako muzykant, wydający płytę, udzielający Ci tych dziwnych odpowiedzi,  jestem teraz zdecydowanie po stronie praktyki a nie filozofii. Mogę powiedzieć: „Myśmy to najpierw napisali, nagrali. To działa, to jest na CD, można to kupić.” Dzięki temu mogę zbudować na tym mocno przegiętą i domorosłą „filozofię” i ta piramida się nie przewróci. A utwór, o którym piszesz, chcieliśmy wydać na singlu już wtedy pod nową nazwą, ale stchórzyliśmy. Poza tym, to przecież nie przez ten kawałek odkryto, kim jesteśmy.

Steve Evetts, semantik punk, Ross i lokalny raper polskiego pochodzenia

Steve Evetts, semantik punk, Ross i lokalny raper polskiego pochodzenia

Użyłeś zwrotu „to działa”. To coś w rodzaju biblijnego „i widział, że było to dobre…”. Czy dzisiaj, słuchając „Abcd…” jesteś przekonany o słuszności obranej drogi muzycznej? Że „to działa”?

Ja tego już od dawna nie słucham, ale kiedy ostatni raz słyszałem, to „działało”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Nie obraliśmy żadnej drogi, byliśmy przy tym, kiedy to się stało, ale z „obieraniem” czy „wiedzeniem” niewiele miało to wspólnego… Jak ktoś coś wiedział na jakiś temat, było to spalone. To było raczej „zapadanie/połapanie na ruchy/mniej od teraz/zaraz/zza” to prosty, szczery i precyzyjny przekaz… Zresztą większość tekstów na płycie ultra – precyzyjnie opisuje nasz stan w procesie pisania tej muzyki.

Słuchając „Abcde…” cały czas odnoszę wrażenie, że nie mam do czynienia z zespołem w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale ze swego rodzaju kolektywem terrorystycznym, który chce zaprowadzić własny ład, polegający… no właśnie – na czym?!

Fajnie byłoby, gdyby przynajmniej dwie trzecie tego świata odwróciło się do góry nogami, gdyby rzeczy zaczęły dziać się od tyłu, gdyby systemy wartości się powywracały. To na pewno nie było by nudne! U nas taki nowy ład, nastąpił naturalnie podczas tworzenia komunikatu na odcinku „ja” -„ekspresja  ja”. Odwróciła nam się kolejność etapów oraz hierarchia wartości podczas tworzenia wypowiedzi. To było coś w stylu: nic nie wiem, nic nie pamiętam, nic nie czuję, w nic nie wierzę, nic nie potrafię, język nie istnieje, nic się nie powtarza, nie istnieje zrozumienie lub niezrozumienie, ludzie są zdolni do odbioru treści tylko na ponad/poza – językowym poziomie. Z takiego naszego ładu, któremu dynamikę nadawała najprawdopodobniej nuda, powstały te wiersze, ta muzyka, ta nazwa i okładka.

Szukaj burz i buduj? Czy może tylko szukaj i burz? Czuję w tej wypowiedzi chęć przebudowania rzeczywistości, a stąd całkiem blisko do utopii, którą w pewnym sensie realizuje dźwiękowo Wasz album. Mam rację?

semantik punk

semantik punk

Chyba nie – raczej żadnego przebudowywania, żadnej ingerencji. Jeśli zmiana, to zmiana percepcji, zmiana kanału ekspresji, ale raczej przez redukcję siebie w tym wszystkim, niż jakieś działanie, czyli mnożenie siebie. Proces formułowania tej płyty, tego komunikatu, to proces redukcji. Gdybyśmy się w ogóle nad tym zastanawiali, to rzeczywiście, skala tej redukcji mogła by się nam wydać utopijna parę lat temu. To redukcja przez intensywne odrzucanie, powstrzymywanie się od działania, zmniejszanie siebie.  Pierwsze słowo płyty to „nic” a ostatnie, napisane, ale nawet nie wypowiedziane w nagraniu, to „do pustki”. Między tymi słowami ustaliła się skala tej redukcji.

Zawsze uważałem, że rodzaj muzyki, którą nazywam „wołaniem o akceptację” jest skrajnością – np. melodyjny pop to prośba „posłuchaj mnie, ciesz się razem ze mną, nie chcę być sam” a na antypodach do tego stoją zespoły takie jak semantik punk, które pragną tego samego, tyle, że wołają – „zobaczcie, jacy jesteśmy inni/dziwni/wyalienowani. Zaakceptujcie nas/podziwiajcie nas!” Ile w tej mojej psychoanalizie jest sensu a ile zakamuflowanej złości, że was nie rozumiem?

Rozumienie to najwyraźniej wygórowane życzenie wobec siebie, kogoś, rzeczywistości. Jak na moje oko, w rozumieniu nie ma równowagi, bo za dużo jest rozumu. My jesteśmy normalni i dlatego nie jesteśmy do rozumienia. Suma tych 23minut i 33 sekund muzyki oraz dodatkowych 23minut i 33 sekund drone’a to zero. Jeśli nie rozumiesz, to pewnie dlatego, że tu nie ma czego rozumieć. Tu nie ma nic. Tego też nikt z nas tego nie planował. To są głosy osób z najróżniejszych światów, światopoglądów, dyskursów, krajów, języków. My czujemy to podobnie. To jest to, co zostaje w ludziach po przesłuchaniu tych 47:07 za jednym zamachem. Zero. A co do dziwności/inności – my się na nic nie sililiśmy, my redukowaliśmy siebie i oto co zostało. To jest pełna otwartość, przeciwieństwo neurotycznego okopywania się czymś, co jest niezrozumiałe/zrozumiałe. Tak jest, kiedy nic się nie ukrywa, kiedy jest się zupełnie szczerym i kiedy pomaga ci w tym 3 przyjaciół, kiedy macie swój bąbel, swój lokalny język i kiedy nie ma w tym kompromisu. Tak więc nasze zero jest dokładnie pomiędzy/poza normalnością i nienormalnością, cokolwiek miałoby to oznaczać.

Ale czy – tak zupełnie prosto – nie obawiacie się, że przez niezrozumienie zakres rażenia Waszej muzyki zredukuje się do wąskiego grona maniaków takiego właśnie rodzaju ekspresji?

Bo ja wiem. Co można wiedzieć? Na razie, (co chyba czuć w tym, co wypisuję…) jestem na haju, naćpany faktem zakończenia tego procesu i że to jakoś tak akurat się pozamykało… Taka kula bez śladów łączeń.

Usilne stworzenie czegoś nowego doprowadziło Was nad przepaść. Dalej jest już tylko kakofonia i chaos, który i tak jest Wam dość bliski. Nie obawiacie się, że debiutancką płytą poszerzyliście granice za bardzo? Że nie będzie już czego odkrywać?

Za dużo w Tobie obaw na naszym punkcie! I nie nowego tylko swojego. Doszliśmy właśnie do wniosku, że wykonywaliśmy kawał pracy nad tym, żeby nie powiedzieć nic szczególnego, dalej jest chyba po prostu cisza i spokój, to cię powinno uspokoić!

Ok, zmieniamy temat – opowiedz jak to było z Rossem Robinsonem – jak się poznaliście i jak wyglądała Wasza współpraca? Czego się nauczyliście?

 U Rossa

U Rossa

My bardzo kochamy płytę Glassjaw „Everything you ever Wanted to know About Silence”, którą produkował Ross, i właściwie z jej powodu wybraliśmy akurat jego. Nie wiem, dlaczego zapamiętałem wywiad sprzed 10 lat, z kimś z Glassjaw, kto powiedział, że Rossa nie bardzo interesowały demówki, tylko chciał przyjść na próbę i wtedy podjąć decyzję o współpracy. Jakoś przypomniałem sobie o tym, kiedy myśleliśmy o nagraniu płyty i wysłaliśmy mu nagranie video z próby na FB… Po 3 dniach otrzymaliśmy odpowiedź… Tak się to zaczęło. Mieszkaliśmy w jego domu, na plaży w Venice, na parterze było studio a za oknem plaża, morze i horyzont. Takie domowe warunki, wspólna kuchnia, potyczki na fliperze z Eltonem Johnem, wspólne słuchanie Kombi i koncertówki Depeche Mode… To wszystko sprzyjało rozluźnieniu, otwartości. Nietypowe dla nas było to, że jego punkt zaczepienia podczas pracy to człowiek a nie technologia. Sprzęt, mikrofony i cała techniczna strona była zdecydowanie na drugim planie. Słyszeliśmy o nim wcześniej różne rzeczy, że jest wymagający, ale w naszym wypadku było chyba odwrotnie. Już na samym wstępie wymiękł, kiedy oświadczyliśmy, że chcemy nagrywać na setkę. Było to o tyle dziwne, że znał nasze nagrania z Wisły, które zrobiliśmy z Adamem Toczko właśnie na setkę. Powiedział, że nie podejmie robić się tak trudnej muzyki zupełnie live, że to dla niego za duże HC. To, co nas zdecydowanie różniło, z czego płynęło najwięcej sporów to fakt, że on jest w głebi serca metalowcem a my raczej punkowcami i to, że nie przyjmował, że istotą naszego procesu jest redukcja. On chciał dodawać rzeczy od siebie. Ale bezsprzecznie był ogniwem, które dopełniło całości, sprawił, że zagraliśmy bardzo dobrze, a w dwóch miejscach, gdzie nie byliśmy zadowoleni z naszego aranżu, zaproponował wspaniałe dobre pomysły. Bardzo dobrym posunięciem z jego strony było to, że kompletnie dał sobie spokój z ogarnianiem naszych struktur, aranży, zostawił to nam (stwierdził, że po wielokrotnym przesłuchaniu demówki nie mógł złapać gdzie jest „raz” i bardzo się zachwycił, kiedy mu powiedzieliśmy, że poza kilkoma wyjątkami „razu” nie ma w ogóle). Zwracał tylko uwagę na to, co on nazywa „ogniem” poszczególnych takeów. Dało to zupełnie inną perspektywę. Sesja a szczególnie miksy, miała też dramatyzujące momenty, ale dalej się lubimy…

Myślisz, że bylibyście w stanie współpracować z kimś z Polski?

Jasne, robiliśmy nagrania kiedyś z Andrzejem Karpem a ostatnio z Adamem Toczko i wszystko było super… Zastanawiamy się, czy kiedyś, jako ciekawostki, nie wypuścić tych nagrań z Wisły, zrobionych na setkę. To była właśnie ta redukcja doprowadzona do końca, czyli granie na żywo, pełen analog, bardzo surowe, polskie brzmienie.

Czy „Abcde…” nagrywane w Polsce, miałoby inny wymiar?

Miałoby. Do studia DR weszliśmy właściwie prosto z sali prób, w której spędziliśmy 3 miesiące grając codziennie po 8 godzin. Te wykonania z Wisły mają w sobie taki element wręcz wyczynowy, są szybsze i bardzo zwarte, zdecydowane, brutalne. Natomiast do Rossa pojechaliśmy kilka miesięcy później, podczas których bardzo mało graliśmy, a przez 2 miesiące przed właściwie w ogóle… To i wiele innych czynników miały wpływ na różnice tych nagrań…

Na ile nagrywanie w Los Angeles zmieniło waszą płytę w stosunku do pierwotnych założeń?

semantiki się zmniejszają, czyli redukują...

semantiki się zmniejszają, czyli redukują…

Co do założeń, jeśli były, to na pewno jedno – redukcja. Także w brzmieniu, procesie rejestracji… A Ameryka to raczej dodawanie i mnożenie. Na etapie naszego wejścia do studia Rossa, pęd redukcji wyhamował, mimo że Ross jak na warunki amerykańskie jest minimalistą. Jego sprzęt jest sprowadzony do minimum, ale za to składa się z bardzo wyjątkowych egzemplarzy. Ja nagrywałem na paczce głośnikowej na której nagrał wszystkie swoje płyty. Adam śpiewał na mikrofonie, który należał kiedyś do Leonarda Cohena. Także jego ingerencja w brzmienie była dodawaniem, cały czas chciał dodawać i to była główna oś sporów. 20% jego pomysłów przeszło. Plus kilka aranżacyjnych – świetnych. Rozwiązania Rossa, z którymi sami nie dalibyśmy rady i bez których 3 piosenki byłyby niepełne, niedokończone. Uparł się też, żeby zdublować gitary, czego ja nie chciałem robić, pododawał trochę swoich efektów. Jednak ta ingerencja muzyczna nie była duża, w kwestiach formalnych byliśmy konsekwentni i nieustępliwi. Natomiast w kwestii pracy z nami i emocjami, z elementem ludzkim, byliśmy zupełnie otwarci i pełni zaufania i to ta część pracy w jego wykonaniu była dla ostatecznego kształtu tej płyty decydująca i wspaniała. Myślę, że to wypełniło 1/3 naszej pracy i to była wielka, świetna robota, której wpływ trudno ograniczyć jedynie do sfery muzycznej. To coś, co dosyć mocno odmieniło nas jako muzyków i zespół. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni.

Kiedy czytam Twoje odpowiedzi, jawicie mi się jako zespół pełen skrajności. Z jednej strony otwarty, ale także bardzo zdecydowany i przekonany co do swojej „misji” i racji. Z jednej strony wyczuwam głód akceptacji, oczekiwania na opinie i przyjęcie przez słuchaczy, z drugiej strony jednak tworzycie muzykę, która dla przeciętnego człowieka będzie odpychająca i delikatnie rzecz ujmując – niezrozumiała. Postaraj się mi to w jakiś sposób uporządkować – czego oczekujecie po tej płycie, jako pewnym, artystycznym wydarzeniu?

Jeżeli chodzi o jakiekolwiek zdecydowanie w naszym postępowaniu, postawie, to nazwałbym je zdecydowaniem ex post. To raczej podążanie za tą logiką, która nie powstała u nas z pomysłów, wizji, dążeń, projekcji… rozumu. Trzymaliśmy się tego w czasie robienia muzyki, a teraz trzymamy się tego medialnie. Ja do końca nie wiem, co znaczy to, co tu wypisuję! Słowa takie jak „misja”, „racja”, „cel” , „oczekiwanie” nie są z naszego podwórka. Używanie ich to według mnie przemoc wobec czasu, przestrzeni i języka. Od tej strony jesteśmy jednym z najbardziej lajtowych, polskich zespołów.  I nie zgodzę się z tym , że dla przeciętnych słuchaczy jest to odpychające. Jest wręcz odwrotnie. Nasza muzyka, nasz komunikat, jest na razie niezrozumiała dla znacznej większości tych „nieprzeciętnych słuchaczy”, mało kto z nich połączył tych sześć podstawowych elementów, czyli :muzykę, teksty, tytuł płyty, nazwę, okładkę i akt zmiany nazwy. Uważam, że to podstawa rzetelnej percepcji i analizy jeśli ktoś tego w ogóle potrzebuje. Poza tym „metalowcy” nie znajdują punktów zaczepienia, bo nie ma u nas siermiężnej metalowskiej dramaturgii. Czują się zbici z tropu. Natomiast odbiór intuicyjny jest zaskakująco dobry, szczególnie u ludzi „nie scenowych”, nieprzyzwyczajonych… Oni wyczuwają w tym poczciwego, piosenkowego ducha, który wbrew pozorom dominuje na tej płycie. To jest na pewno spełnienie do pewnego stopnia. Czujemy się też spełnieni w redukcji siebie. To był najwyraźniej warunek który należało spełnić żeby dotrzeć do tej najintymniejszej, głębokiej przestrzeni, gdzie już nie wiadomo, co jest czym. Nasza postawa jest w tym bardzo ekstrawertyczna, wszystko podaliśmy na tacy –  jest pudełeczko i kluczyk wołami na okładce. Sposób, w jaki odbije się to od innych, to, co w tym odbiciu zobaczymy… to może być zabawne i na pewno nie nudne.  Nie wiem, czy zaznaczyłem dosyć wyraźnie, że to wszystko z nudów, cała ta muzyka, te hektogodziny na próbach. Jeśli pytasz o ostateczny cel, to został osiągnięty – nudziliśmy się znacznie mniej przy robocie i teraz, po robocie też nudzimy się mniej.

Aż boję się to spuentować, ale to jest dążenie do archetypu, do korzeni naszego „ja”… odarcie się z jakichkolwiek oczekiwań i nadziei. Ciekawe. W takim kontekście – czy istnieje coś takiego jak modelowy „fan semantik punk”??

Bo ty się w ogóle na naszym punkcie coś za dużo boisz. Wszystko jest dobrze!!! Jeśli już dążenie do czegoś to przez redukcje siebie przez niedziałanie (działanie to mnożenie siebie). W tym kontekście jesteśmy bardzo „beckettowscy”, ale chodzi mi bardzo precyzyjnie o Becketta z jego osobliwych poematów „Bez” i „Żadną z”. To jest wizja redukcji totalnej i wynikającego z niej spokoju i pogody ducha. Nic nowego: egzystencjalna pustka z happy endem… Przecież nasza płyta ma pełne rozmachu, szczęśliwe zakończenie! Jest jeszcze jedno, co nas łączy – „Bez” i „Żadną z” to poematy bez metafory. Nasza treść i nasza forma to nie metafora czegoś, tylko TO, cokolwiek miało by to być. TO zaklęte w jakiś język ze wszystkimi zniekształceniami, które z tego wynikają. Miałem okazję spotkać się z Antonim Liberą przy okazji planu transpozycji „Bez” na muzykę, której chcieliśmy dokonać z Wojtkiem Szymańskim i Robertem Gapserowiczem. Pan Antoni jest genialnym tłumaczem i Beckettologiem, który nie posądził tajemniczego „Bez” o dadaizm i odkodował ten poemat (a dokładnie jego połowę – druga rzeczywiście nosiła znamiona procesu dada) z tym, że „Bez” to była tylko kula, bez dziurki od klucza i bez kluczyka. Potrzeba było przypadku, genialnego i zaangażowanego tłumacza i wielkiej intuicji. U nas jest wszystko na tacy. Tak więc widziałbym 2 modele fanów semantika – tych, którym z nudów będzie się chciało sięgnąć po kluczyk i otworzyć pudełko i tych, którym nie będzie to potrzebne żeby się nie nudzić i będą to po prostu chłonęli.

Boję się po prostu, ze „abcd…” podzieli los „Chmury nie było”, „Foooodd”, czy „Copula Mundi”. Będzie na ołtarzu kilku osób a masy pozostaną głuche…

To możliwe, ale czego tu się bać?

Rozmawiał Arek Lerch