SEARCHING FOR CALM – Łomot i żelastwo

Nowa, trzecia płyta Searching For CalmRight to Be Forgotten  – ogniskuje w sobie samo dobro alternatywnej przeszłości ze świeżością krewkiego debiutanta, kierując nasze myśli nie tylko w stronę tych bardziej połamanych, trudnych formalnie dźwięków, ale i na poletko… indie rockowe. Bez bólu; zachowano tu całą paletę brzmień, niesamowitych pomysłów znanych chociażby z Celestial Greetings, dodając coś nowego – bardziej przyjaznego i dobrze rokującego karierze zespołu.  Słowem, współczesna alternatywa pełną gębą. Jedna z najlepszych na razie płyt z kręgów niezależnego rocka, po którą mogą sięgnąć i ci bardziej ortodoksyjni fani mocnego grania, jak i miłośnicy piosenek. Każdy znajdzie coś dla siebie, a jest tu dużo do odkrywania. O teraźniejszości i przeszłości rozmawiałem ze śpiewającym gitarzystą SFC – Michałem Maślakiem.

Na początek o nostalgii. Słuchając waszej muzyki, odnoszę wrażenie, że jesteście rozerwani między tym co było, a tym co jest. Gdzie Wam bliżej?

Bardzo trafne, bo tak się właśnie czujemy. Z jednej strony chłoniemy muzykę, która się pojawia, z drugiej coraz głębiej kopiemy w swoich korzeniach. Wydaje mi się, że taka właśnie rola SFC, żeby pielęgnować te korzenie, podtrzymać sentyment za muzyką, na której się wychowaliśmy.

A jeśli trzeba by było uciekać przed wojną na bezludną wyspę i miałbyś tylko jedną torbę – jaka muzyka by do niej trafiła? Stara czy nowa? Bardziej mamy tu sentyment, czy chęć zgłębiania nowości? Pytam, bo słuchając krążka, doprawdy jestem w rozterce?

Raczej wybrałbym przyszłość, to co się czai gdzieś za rogiem, czego jeszcze we mnie nie ma. Zresztą, to byłby bardzo dramatyczny wybór, bo pewnie pozbawiłbym się kręgosłupa. Wydaje mi się, że przyszłość Searching for Calm, to będzie pójście w nową stronę. Czas pokaże w jakiej formule to zamkniemy.10698683_827349513978251_2654873016292656460_n

No właśnie… SFC zawsze był zespołem stojącym trochę obok, na bakier z… w sumie, jaką sceną? Jest jakiś nurt, ruch, czy jak to nazwać z którym choć trochę się identyfikujecie? Tym bardziej, że jednak wywodzicie się ze sceny HC…

Chodzenie na koncerty HC i granie koncertów wraz z zespołami HC było dla nas niezwykłe. To jest sieć ludzi, którzy pielęgnują wiele ważnych dla nas wartości. Nigdy jednak do końca nie byliśmy częścią sceny HC, czy alternatywnej. Pogodziliśmy się z tym rozszczepieniem jaźni, z tym, że czasem chcemy grać piosenkę, a czasem dominuje w nas agresja, chęć wyrzucenia z siebie brudów.

No to pewnie organizatorzy mają z Wami zgryz – w związku z tym, zdradź w jakiej najdziwniejszej konfiguracji graliście? Coś autentycznie absurdalnego?

Na jednej z edycji Bandzone w Czechach wstawili nas pomiędzy delikatnie grające i jak się przekonaliśmy lokalnie popularne zespoły z pogranicza lekkiego indie i poezji śpiewanej. My za to kipieliśmy agresją i rock’n’rollem. Kilka setek osób wysłuchało nas ze zdumieniem. Robili wrażenie, jakby mieli z czymś takim do czynienia pierwszy raz w życiu. Zdarzyło się nam grywać na imprezach, do których nie pasowaliśmy. Rozładowywaliśmy napięcie intonując „Sweet Home Alabama”, albo „Pretty Woman”.

Złota rybka pieprznęła o pomost nad jeziorem – masz trzy życzenia. Wiadomo, pierwsze – laski, drugie – koks a trzecie – wymarzona trasa z…. No właśnie – z kim?

Ciężka sprawa. Może tak wybrać się w podróż do lat siedemdziesiątych na wspólną trasę z Zappą i Beefheartem, albo wystąpić u boku Refused, czy Converge. Dobrze czulibyśmy się grając z Yakuzą. Pomyślałem też, że pasowałby nam wszystkim Tool. Z zespołów, przy których brzmielibyśmy za ciężko, chciałbym pograć z Tame Impala, ten band ma ciekawe podejście do muzyki gitarowej.

Z Tool jest jeszcze szansa. Dobra, schodzimy na ziemię. Poprzednia płyta wydawała się początkiem większej kariery. Świetna muzyka i duża, prężna wytwórnia, bogate wydanie płyty, ale… No właśnie – co nie wypaliło?

Z samym wydaniem płyty kilka rzeczy nie wypaliło, a my nie oceniliśmy sytuacji w odpowiednim czasie. Wydaje mi się, że odpuszczenie Anglii i naszego managera Dannego Brittaina, też było decyzją brzemienną w skutki. Byliśmy wtedy zespołem w szpagacie. Postanowiliśmy jednak zostać tutaj i tu tworzyć. Dostaliśmy małą nauczkę, która brzmi „DIY”. Bycie z zespole to nie tylko proces twórczy; musimy być zaangażowani w każdą sferę działalności grupy, przynajmniej do etapu, gdy zaczną spełniać wszystkie nasze życzenia riderowe.

Dyplomata, he, he – to jak było – Mystic podziękował Wam, czy Wy im? Nie było opcji dalszej współpracy?

Tu wolałbym pozostać dyplomatą. Dodam tylko, że była opcja współpracy, ale na słabych warunkach. Z perspektywy czasu widzimy, że my i Mystic, to nie są części tej samej układanki.

No dobra, ale nową wytwórnię też znaleźliście sobie dość… znikąd. Skąd taki pomysł i dlaczego akurat ta a nie, hmmm, Instant?

Od zawsze snobowaliśmy się na znawców jazzu, więc kiedy usłyszeliśmy o tak niezwykłej opcji wydawniczej, porwało nas. Jak się pojawił Dillinger Escape Plan, ktoś mi spopularyzował kapelę puszczając kawałek, i mówiąc, że to starsi kolesie w garniakach co wykładają na akademiach muzycznych. Szybko to zweryfikowałem, ale jakaś cząstka tego mitu pozostała. Teraz jesteśmy w Fortune i ta część ambicji zostaje zaspokojona. Następny album nagrywamy przy dużym udziale dęciaków.

Jak to wygląda – co Wam dają? Klasyczna opcja – dostali matex i wydali go na płycie, czy coś więcej?

Zajmują się promocją, klipami, zdjęciami, a jeżeli nie mogą, to zapewniają środki. Jest to bardzo partnerski układ. Planujemy zrobić również imprezę For-tune na której zagrają bardziej „rockowi” czy mniej stonowani artyści. To chyba nie problem w przypadku For-tune, bo wykonawcy z pod tego szyldu tworzę muzykę intensywną.

Łomot i żelastwo

Łomot i żelastwo

Ale, co już tu i ówdzie ludzi zaskoczyło – nie ma promocji internetowej, w sensie, mp3. Zaskakująca rzecz w 2015 roku…

Postanowiliśmy to rozłożyć w czasie. Na prezentacje utworów w sieci jeszcze przyjdzie czas. Mamy do pokazania klipy do naszych utworów i planujemy intensywniejszą kampanię na polu internetu. Myślę, że nasi fani się nie zniecierpliwią i poczekają na to, co przygotowaliśmy, oraz postanowią jesienią zweryfikować Searching for Calm na żywo. „Right to be Forgotten” pojawiła się już na serwisie Wimp i Tidal. Wkrótce pojawi się na innych serwisach.

Jak się gra bez drugiego basu? Otworzyły się nowe możliwości? Jest gorzej, lepiej? Tylko nie mów – inaczej!!

Poczuliśmy rockowy zew, wszystko się aranżowało łatwo i satysfakcjonująco. Tęskno do kilku utworów wykonywanych na dwa basy, ale nowe rzeczy działają jak duża, naoliwiona maszyna, w której tryby wpadł gruz. Ten równomierny łomot walącego się żelastwa, to my… i tak nam się to podoba.

Łomot i żelastwo. Dobrze brzmi. Ok, a co powiesz na to: kiedy przesłuchałem płytę, doszedłem do wniosku, że spokojnie można ją wrzucić do worka z napisem „współczesny indie rock”.

Nie mam powodów, żeby protestować przeciwko takiej etykietce. Zdaję sobie sprawę, że na płycie są dźwięki nieraz bardzo delikatne, a utwory posiadają strukturę piosenek. Niektóre z tych rzeczy długo czekały na realizację, jak „Little Memory”, inne dostały się na płytę rzutem na taśmę, jak „Immortal Cartoon Heroes”. Mamy też inne pomysły, ale chcieliśmy uzyskać odrobinę spójności. Zawsze będziemy pielęgnowali skłonność do grania pokręconych riffów.

Z czym mieliście największy zgryz? Zdarzyły się momenty zwątpienia, czy wszystko poszło jak po maśle?

Na pewno rozstanie z Mystic było trudne od strony formalnej. Zajęło sporo czasu zanim się dogadaliśmy, co sprawiło, że byliśmy gotowi na podpisanie się z nowym wydawcą dopiero niedawno. To była sytuacja ciężka, bo zespół był w zawieszeniu. Poza tym byliśmy w rozjazdach, mieszkaliśmy nawet na różnych kontynentach i sytuacja wymagała od nas większej organizacji.

Aż tak mocno? Kto wyemigrował? Rozumiem, że teraz jesteście zwarci i gotowi do działania…

Tak, teraz jesteśmy nastawieni na granie. Michał Augustyn co prawda mieszka w Pradze, ale dosyć często go widzę. Najważniejsze, że pracujemy nad rzeczami ważnymi dla nas i mamy wsparcie z zewnątrz.

To chyba już taki stajl, że w co drugiej kapeli grają muzycy mieszkający poza Polską. A co spowodowało, że nagrana muzyka tak długo czekała na wydanie?

Głównym czynnikiem było zerwanie przez nas kontraktu z poprzednią wytwórnią, które trochę się przeciągało. Później okazało się, że trzeba się wpasować w rytm wydawniczy nowej wytwórni. Co do mieszkania za granicą – wiadomiks – lansujemy się, ile możemy.

Muzyczny miks na nowym krążku jest tak bogaty, że można z niego zrobić ze cztery płyty. Z drugiej ztrony to muzyka dość wymagająca. Jest jakiś sposób na „sprzedanie” jej w mediach? Czy raczej liczycie na przypadek, który może pomóc? Może np. tur z Thaw, co zważywszy na koneksje personalne miałoby jakiś sens…

Jesteśmy właśnie w trakcie planowania jesieni. Nie wykluczamy koncertowania z Thaw, choć pewnie byłby to spory wysiłek dla Lichego (bębniarza obu kapel) i na taką trasę pewnie by się nie porwał. Co do promocji płyty, mamy zamiar pokazać ją trochę poprzez obraz. Jest gotowe wideo produkcji Dawida Krępskiego i niedługo będzie miało premierę. Planujemy nakręcenie kolejnych klipów. Naszym zamiarem jest wyjaśnić, czasem trudny świat naszych piosenek odbiorcom poprzez wizualne odniesienia. Od początku wiedzieliśmy, że płyta jest intensywna, zróżnicowana i nie najkrótsza. Chcieliśmy jednak, aby album miał taki, pełny kształt.

10374989_10152871323398370_8138833416186863756_n

Zdradź, jesli to możliwe, jakie jest przesłanie płyty czy motyw przewodni. Coś co jest podstawą liryczną jeśli można to ubrać w jedno zdanie tylko…

Nie zastanawiałem się nad tym. Teksty choć mają zbliżony klimat i balansują pomiędzy trywialnością i intymnością, nie były pomyślane jako całość, choć z dalszej perspektywy mogą taką stanowić. O każdym z nich mógłbym opowiedzieć, natomiast brak mi dystansu do ujęcia ogólnego. Można powiedzieć, że tytuł płyty stanowi taką klamrę, i mówi zarówno o naszych celach, marzeniach, jak i obawach. To też album o tym, co przeszliśmy w ostatnich latach i na pewno teksty odzwierciedlają te nasze osobiste sukcesy i porażki.

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: archiwum zespołu/Piotr Wojtasiak