SCYLLA – ma być ciężko i ma urywać jaja!

Mało jest w naszym kraju zespołów o tak sprecyzowanym celu jak Scylla. Zebrali się chwilę temu a mają już na koncie teledysk i debiutancki album. Na początku wydawało mi się to dziwne lecz rozmawiając z Pawłem (gitara) nabrałem przekonania, że jest to zupełnie naturalne. Scylla to zespół, który nie płacze nad tym jak to jest źle a skupia się na działaniu i ciężkiej pracy. Jeśli takie podejście dziwi to chyba tylko w naszym kraju… Zapraszam na wywiad!

 

 

Na początek w ramach dwóch słów do ojca prowadzącego, poproszę o krótkie przedstawienie dotychczasowej historii zespołu Scylla. Wieść niesie, że idea powstania grupy pojawiła się w roku 2011…

Dokładnie tak. Od razu zaczęliśmy robić nowy materiał i dosyć szybo nagraliśmy demo. Początek 2012 to nagranie teledysku i dalsza praca nad materiałem, koncerty, żeby się ograć i zgrać ze sobą. Od wakacji zabraliśmy się za nagrywanie płyty i w grudniu wydaliśmy nasz pierwszy album.

Gracie muzykę, która nie jest łatwa do zdefiniowania, widziałem już porównania do Meshuggah, Gojira, Cult of Luna a nawet Morbid Angel. Jak sami określacie swoją muzykę? Czy komponując zakładacie to w jakim stylu ma się rozwijać dany utwór?

Każdy z nas zjadł zęby na metalu i wszyscy mają jakieś doświadczenia, tyle że znudziło nam się granie w starym stylu, przewidywalnie i monotonnie. Zakładając zespół wiedzieliśmy mniej więcej co chcemy osiągnąć, że ma być ciężko i ma urywać jaja. Oprócz tego chcieliśmy wzbogacić brzmienie elektroniką, ale w nowoczesnym wydaniu, a nie podniosło – patetycznym stylu. Tak powstały 3 numery a reszta materiału siłą rzeczy poszła w tym samym kierunku, żeby całość brzmiała spójnie. Ja bym nas tak bardzo nie szufladkował w jakimś konkretnym nurcie muzycznym, bo nie zamierzamy się niczym ograniczać. Mamy ten komfort, że możemy sami nagrać i wydać płytę, więc mamy też swobodę twórczą. Porównania do kapel, które wymieniłeś to bardzo duża nobilitacja dla młodego zespołu, zwłaszcza, że jest to najwyższa liga światowego metalu. Wracając do pytania – ja bym określił nasz styl dokładnie jako metal/elektronica, bo nie wiadomo jak będzie wyglądała nasza następna płyta, poza tym, że będą na niej wyżej wymienione elementy.

Rok działalności i pełnowymiarowy debiut na koncie to tempo naprawdę godne pochwały. Jak długo powstawał materiał na „Pestilence, War…”? Od samego początku zakładaliście, że od razu uderzacie dużą płytą, czy też zadziałała „chemia” i ilość muzyki, która powstała również dla Was była zaskoczeniem?

Materiał powstawał sukcesywnie, tak mniej więcej jeden numer na miesiąc, ostatni zrobiliśmy 2 tygodnie przed nagraniem. W sumie o tym, że chcemy nagrać płytę wiedzieliśmy od początku, oraz to, że będziemy musieli wydać ją za własną kasę. Jeżeli chodzi o chemię, to nie jesteśmy przypadkowymi ludźmi, wszyscy znamy się od lat, graliśmy ze sobą w różnych konfiguracjach i od razu było wiadomo, że są to konkretne osoby z jasnym celem. Ilość materiału nie jest jakaś oszałamiająca, parę pomysłów w ogóle nie zostało zrealizowanych. Fakt, że mało zespołów miesza elektronikę z metalem daje nam pole do popisu i pozwala na pewien komfort tworzenia.

ma być ciężko i urywać jaja

ma być ciężko i urywać jaja

Płytę nagrywaliście w swoim własnym studio- to chyba bardzo komfortowe rozwiązanie? Czy nad „Pestilence, War…” pracowały również osoby spoza zespołu, co gwarantowało by trochę obiektywnego spojrzenia na ten materiał? Uzyskane brzmienie w pełni Was zadowala?

Studio ma nasz gitarzysta Waldek i rzeczywiście jest to bardzo komfortowe. Nie musisz się oglądać na daty, czas nagrywania, czy też jeździć po kraju i szukać brzmienia. Oprócz tego człowiek z ekipy dokładnie wie jak ma brzmieć każdy numer i co chcemy osiągnąć. Trzeba tu powiedzieć, że Waldek oprócz tego, że nagrywał, to jeszcze zmiksował i zmasterował materiał, tak więc bardzo duża oszczędność czasu i kasy. Brzmienie płyty, która nie została nagrana za 100 tysięcy złotych i w znanym studio na zachodzie, uważam za bardzo dobre, wręcz na tle innych produkcji wzorcowe. Większość recenzentów chwali właśnie produkcję albumu i brzmienie, więc chyba nie są to opinię na wyrost. Oprócz przyjaciół i dobrych znajomych nie mieliśmy żadnych innych obiektywnych opinii, ale myślę, że to dobrze , bo jak mówi przysłowie ”gdzie kucharek sześć….”. W trakcie samego nagrywania wspomogło nas wokalnie dwóch zaprzyjaźnionych krzykaczy: Michu z Materii i Kamil z Diamonds and Guns.

Sami też wydaliście CD, zajmujecie się promocją materiału – czy w związku z tym Scylla to zespół, który ma ambicję być czymś więcej niż tylko hobby kilku kumpli?

Hobbystycznie to my już się nagraliśmy jak byliśmy młodzi, teraz założenie jest takie, żeby maksymalnie wykorzystać nasze doświadczenie i wiedzę do osiągnięcia czegoś więcej niż granie dla kumpli przy piwie. Oczywiście, wszystko zweryfikuje rynek i ludzie, ale my będziemy mieć czyste sumienie, że zrobiliśmy wszystko co było można i wykorzystaliśmy każdą możliwą szansę, żeby za parę lat nie wypomnieć sobie, że coś mogliśmy zrobić lepiej, gdzieś mogliśmy pojechać, gdzieś zadzwonić itd.

Jak do tej pory ukazało się kilka recenzji „Pestilence, War…” i zdecydowanie przeważają oceny „dobre plus”. Dobre opinie ludzi z branży dają Wam zastrzyk energii do działania?

Ja bym powiedział, że bardzo dobre minus (śmiech). Oczywiście, że pozytywny odbiór tego materiału daje wielkiego kopa. Właściwie to sam jestem zaskoczony recenzjami, które dotychczas się ukazały. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że wybraliśmy właściwy kierunek i że niekoniecznie każda gitara musi mieć 6 strun a każdy metalowy numer co najmniej dwie zwrotki i dwa refreny.

Debiut powstał można powiedzieć w tempie ekspresowym – jak w związku z tym przedstawiają się plany Scylla na przyszłość? Czy dalsza działalność, rozwój zespołu zależy od tego jak zostanie przyjęty „Pestilence, War…”? Szukacie wydawcy dla debiutu czy też pierwszy cios pozostanie Wasz od początku do końca?

Na ten rok planujemy grać dużo koncertów i nakręcić jeszcze jeden klip, być może uda się coś pograć na festiwalach i może coś poza Polską. Pewnie zabierzemy się za nowy materiał bo już są jakieś pomysły, myślę, że niezależnie od tego jak potoczą się losy tego krążka dalej będziemy robili swoje. Pewnie, że fajnie jakby Metal Blade czy Roadrunner to wydał, ale jesteśmy realistami, swoje trzeba wybiegać na scenie, wylać pot i krew, żeby ktoś cię zauważył. Spokojnie czekamy, jeszcze w Polsce tysiące ludzi nie wie, że istniejemy. My będziemy robić swoje, a jak coś się rozkręci to na pewno wykorzystamy szanse.

Wasza muzyka jest dość skomplikowana pod względem technicznym, aranżacyjnym – czy w związku z tym prezentacja koncertowego oblicza Scylla nie nastręcza trudności? Grając na żywo skupiacie się na perfekcyjnym odegraniu materiału z płyty czy pozwalacie sobie na żywioł?

Musi być zachowana równowaga między perfekcją a szaleństwem na scenie. Materiał mamy ograny zawodowo, ale na koncercie różne rzeczy mogą się wydarzyć, zresztą to nie filharmonia, ludzie muszą czuć, że gramy na serio i ta muzyka nas kręci, a na co sobie pozwalamy na scenie, to trzeba przyjść na nasz koncert i po prostu zobaczyć. Na pewno nikt nam nie zarzuci braku zaangażowania.

Scylla to w mitologii greckiej jeden z morskich potworów. Skąd pomysł na taką a nie inną nazwę kapeli, mitologia fascynuje Was w jakiś szczególny sposób?

Mogę odpowiedzieć za siebie, ostatni kontakt z mitologią w jakiejkolwiek formie miałem w podstawówce, no i czasem oglądając 1 z 10 na kacu. Nazwa to zawsze jest problem. Ma być po polsku, czy w innym języku? Długa czy krótka, ma coś znaczyć czy być zlepkiem liter? Każdy, kto zakładał kapelę wie jaka to męka (śmiech). Uznaliśmy, że skoro Szczecin leży nad morzem jak się w kraju mówi, to nazwa będzie związana ze środowiskiem morskim. Skoro zespół ma być zły i grać złą muzykę to koniecznie ksywka jakiegoś potwora, i tak doszliśmy do Scylla.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski