SCHIZMACIEK – dużo wiem, ale mało gadam!

Wszyscy znamy go jako gitarzystę Schizmy, 666 Aniołów a także członka The Cuffs. Postać nietuzinkowa, choć ostatnio jakby troszkę w cieniu. Wyjście z tego ostatniego dzieje się tu i teraz za sprawą pierwszego, solowego dokonania Maćka „Żyć i umrzeć w BDG”, choć podkreśla on, że chce jak najszybciej przekształcić studyjny projekt w pełnoprawny zespół. Tytuł płyty wiele nam sugeruje, dlatego temat ukochanej Bydgoszczy pojawił się w wywiadzie, tuż obok  wielu innych, ciekawych wątków muzycznych i nie tylko. Co słychać w życiu Schizmaćka, jak ocenia kondycję sceny i czego można się po nim jeszcze spodziewać – wszystko w poniższej, obszernej rozmowie!

 

 

Od Twojego odejścia ze Schizmy minęło już trochę czasu. Nie chce roztrząsać tego tematu, jednak nie mogę Cię nie zapytać o reedycje klasycznych schizmowych albumów. Co sądzisz dzisiaj, jako nie-schizmowiec, o takich płytach jak chociażby właśnie wznowione „Miejskie depresje”?

Możesz wyciągnąć Schizmaćka ze Schizmy, ale nie wyjmiesz Schizmy ze Schizmaćka – przecież nigdy nie wyrzekłem się swojej przeszłości ani tego, co przez wiele lat współtworzyłem. To dobrze, że te reedycje wychodzą, zresztą w miarę możliwości staram się współpracować z wydawcami przy ich przygotowywaniu. Super, że są ludzie, którzy wracają do tamtych płyt, mam w związku z tym jedynie pozytywne odczucia. Szczególnie bliska jest mi właśnie reedycja „Miejskich…”, pewnie dlatego, że prace nad nią zaczęliśmy niemal równo 20 lat temu, zaraz po tym, jak przyjąłem „propozycję nie do odrzucenia” i zostałem gitarzystą Schizmy. To, że jest dziś trochę zapomniana i pomijana paradoksalnie sprawia, że czuję się z nią tym bardziej osobiście związany…

Jeszcze krótko o Aniołach i Cuffs. Z tymi ostatnimi już nie grasz a Anioły? Coś się będzie działo czy na razie cisza? Jak oceniasz dorobek tych formacji?

Cuffs są w zawieszeniu, teoretycznie mogą zawsze powrócić, jednak nie nastąpi to zbyt szybko, przynajmniej na stałe. Osobiście ani specjalnie nie lubię ani nie potrafię oceniać swojego dorobku… 7 lat grania, 3 albumy, parę dobrych gigów… Mogło być znacznie lepiej, ale też dużo gorzej. Myślę, że jakieś ślady po nas zostaną. Anioły to zupełnie co innego, cover band, a więc głównie dużo dobrej zabawy z muzyką, którą zrobił ktoś inny. W tajemnicy powiem, że akurat w tym przypadku szykuje się w dość bliskim czasie mała niespodzianka…

Skoro to tajemnica, nie będę ciągnął za język. Nie, może jednak zdradź w kilku słowach co szykujecie. Violence będzie pierwszy miał nowe info!

Zanosi się na mały comeback tego lata… Nic więcej nie wyciągniesz, ha, ha!

Przechodzimy zatem do meritum, czyli solowej płyty. Przyznam się, że to intrygujące przedsięwzięcie, bo tzw. solowe albumy na h/c scenie są raczej ewenementem. Skąd taki pomysł? Czegoś Ci brakowało?

Przede wszystkim, jakoś nie mogę strawić tego terminu „solowy album”. Kojarzy mi się z wokalistą boysbandu, który ma dość dzielenia się kasą z resztą chłopaków i podpisuje kontrakt na solo. Z dwojga złego wolę „autorska płyta”, chociaż to z kolei brzmi super pretensjonalnie. No, ale jak do meritum, to do meritum. Pomysł wynika z faktu, że przez parę lat zebrało mi się trochę pomysłów na kawałki, które nijak nie pasowały do zespołów, w których grałem. Albo za lajtowe, albo za wesołe, albo za smutne, albo tekst po polsku, itd. itp. Zastanawiałem się przez jakiś czas nad stworzeniem kolejnej formacji, jednak jestem już stary i zmęczony, a zakładanie zespołu wymaga wielkiego wysiłku, poza tym właśnie niedawno do takiego dołączyłem (Old Fashioned). Pomyślałem, że może da radę zrobić to bardziej w warunkach studyjnych, a potem zobaczyć, co z tego wyjdzie. Zanim znalazłem odpowiednie miejsce i ludzi, trochę to potrwało, ale rezultaty już dziś są wiadome…

Wiesz, solowy zawsze będzie się pojawiał, bo projekt sygnujesz własną ksywą. Właśnie – projekt czy zespół?

Wiem, że będzie, co nie znaczy, że nie mogę się trochę z tego powodu powkurwiać. Na ten moment jest to projekt studyjny… Nie ukrywam jednak, że ciągnie wilka do lasu, a płytka, choć niektórzy twierdzą, że to chill out, nie należy do pozycji kontemplacyjnych, w związku z czym chciałbym ją kiedyś sprawdzić na żywo. A skoro już zdradzam na tym forum tajemnice, to powiem, że rozmowy na ten temat, tzn. na temat stworzenia zespołu, trwają…

Dużo wiem mało gadam...

Dużo wiem mało gadam…

Płyta wpisuje się w szereg krążków sławiących miasta muzyków. Właśnie zrobiłem wywiad z zespołem O.D.R.A. gdzie pełno odniesień do Wrocławia. Tu mamy Bydgoszcz. Zdradź nam, co jest w tym mieście najbardziej fascynującego?

Urodziłem się w tym mieście, niedawno również urodziły się tu moje dzieci… Dla mnie właśnie to jest najbardziej fascynujące. Jak też fakt, że kiedyś, mając w miarę ułożone życie w paru innych miejscach w tym kraju i zagranicą, postanowiłem jednak tu powrócić. Sam fakt, że tak zrobiłem, jest dla mnie najbardziej intrygujący, bo nie do końca potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Jeśli chodzi o miasto, myślę, że wyjątkowe (bo wiele miast ma ciemne zaułki kontrastujące z pięknie odnowionymi kawałkami centrum…) jest położenie Bydgoszczy, które pewnie wpływa na jego mieszkańców. Żyjemy w pradolinach dwóch rzek, Brdy i Wisły, co sprawia, że natura jest w naszym mieście nieokiełznana, nie do opanowania. Jak patrzysz z góry, a ja mam do tego okazję co dzień, ponieważ mieszkam w najwyżej położonej części, możesz odnieść wrażenie, że to miasto zbudowano w jakiejś dżungli czy innej puszczy, a to się bez wątpienia przekłada na temperament mieszkańców. Z drugiej strony, podobnie jak choćby w naszej stolicy, choć nikt jeszcze o tym nie napisał piosenek, panowie Hitler i Stalin „zrobili co swoje” – ten pierwszy zaczął, a drugi dokończył budowę zakładów chemicznych o charakterze wybitnie zbrojeniowym, co na cale lata sprawiło, że miasto żyło jak na beczce prochu, a jeszcze na dodatek stało się celem potencjalnych ataków nuklearnych z obu stron żelaznej kurtyny. Dziś przejawia się to tym, że właśnie następują w owych zakładach zwolnienia grupowe… Możesz się więc domyślić, jak to się objawiało i objawia w życiu codziennym BDG.

Dorosły człowiek, ojciec, muzyk… Coraz więcej takich ludzi na scenie… Czujesz, że masz więcej do powiedzenia teraz, czy kiedy byłeś niczym nieskrępowanym rebeliantem?

Nie da się ukryć, nasze grono rośnie, choć musisz pamiętać, że ja sam do tego grona dołączyłem dopiero parę lat temu, będąc już w tzw. poważnym wieku, więc jestem pewnym wyjątkiem, mój rebeliancki okres trwał wyjątkowo długo. „Dużo wiem, ale mało gadam”, tak razem z Salemem śpiewam w jednym z kawałków… Kiedyś wydawało mi się, że mam do powiedzenia strasznie dużo rzeczy, które każdy powinien usłyszeć. Starałem się to każdemu wykrzyczeć w twarz, nie zważając na to, jakie reakcje wywołam. Dziś dystans do rzeczywistości i do samego siebie na pewno się zwiększył. Chociaż, że posłużę się innym cytatem, takim sprzed wielu lat, ciągle wydaje mi się, że „They wanna be correct, I’m just right”…

Przyznam, że bardziej wierzę ludziom z „bagażem” niż młodym krzykaczom, choćby nie wiem jak profesjonalnym (choć są i tu wyjątki…). Dojrzałość sankcjonuje tę muzykę… Czujesz, że możesz coś przekazać młodzieży, jakieś doświadczenia które pomogą im poprowadzić życie lepiej?

Wiesz co, nie mam ambicji być wychowawcą młodzieży poprzez to, co robię w muzyce. Po pierwsze, dlatego, że jest to moje zadanie w życiu codziennym, moje dzieci to dla mnie najcenniejsza inwestycja, im chcę przekazać to, co wiem, zrobić to jak najlepiej się da – to jest cholerny kawał ciężkiej roboty, więc kiedy gram, wolę już o tym nie myśleć. Jeśli ktoś się czegoś ode mnie nauczył, super, świetnie, ale wystarczy, jeśli się dobrze zabawi a przy okazji poczuje, że są chwile, kiedy można całemu światu powiedzieć ze dwa miłe słowa na F i Y i poczuć, że się wygrywa… To dla mnie było zawsze najlepsze uczucie, jakie wynosiłem z koncertów, z bycia częścią sceny, to coś, co pozwala wierzyć, że jak jesteśmy razem, to jesteśmy niezwyciężeni. Na swojej drodze spotkałem mnóstwo samozwańczych proroków, przywódców, kaznodziei, nauczycieli… Udało mi się żadnemu z nich nie ulec i na szczęście, nigdy nie przyszło mi do głowy dołączać do ich kiepskiego grona.

Schizmaciek

Schizmaciek

Jak wyglądało zbieranie tych piosenek – to plon np. 10 lat pracy, składanej do szuflady czy np. zrobiłeś ten materiał jakoś na „świeżo”?

Większość to ostatnie 2-3 lata, choć parę pomysłów sięga jeszcze moich czasów w Schizmie. Tak naprawdę jednak wszystkie nabrały kształtu dopiero w momencie rozpoczęcia pracy w studiu, czyli jest to kwestia ostatniego roku.

To twój projekt – jak wyglądała demokracja podczas prac – byłeś hegemonem i sam decydowałeś o kształcie piosenek i aranżacjach? Przynosiłeś gotowe utwory, które były tylko odgrywane przez kolegów, czy to, co słyszymy jest efektem tzw. działań zespołowych?

Poza jednym z bonusów, napisanym wspólnie z moimi ziomalami z Upside Down, no i oczywiście nie licząc coverów, muzycznie i tekstowo jest to w pełni moje „dzieło” – tak się umówiliśmy od samego początku z Harrym i Grzybem, z którymi płytkę nagrywaliśmy. Natomiast kwestia brzmienia to już wspólna praca z Harrym, choć właściwie można powiedzieć, że w tej sferze on panował niepodzielnie – i dobrze, bo jest w niej mistrzem.

OK – skoro nie ma demokracji to zakładasz jakieś życie koncertowe? Chcesz przekształcić projekt w zespół, czy zakładasz raczej swobodniejszą formę działalności, od okazji do okazji?

Bardzo chciałbym żeby projekt zamienił się w regularnie działający zespół. Mam pewną wizję, pierwsze kroki zostały poczynione, są pierwsze propozycje, ale mimo wszystko, na ten moment to wciąż tylko plany. Nie jest tak prosto projekt studyjny zamienić w zespół, trzeba właściwie wszystko zaczynać od nowa, no ale, cytując pewien dowcip, starać się trzeba. Poza tym chciałbym, żeby wersja sceniczna nie odbiegała aż tak bardzo od płytowej, a to wymagałoby uczestnictwa gości, co oczywiście sprawia, że wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane od strony organizacyjnej… Ponieważ jednak lubię wyzwania, jestem przekonany, że przyjdzie taki dzień, że będziemy mogli zaprezentować światu „Żyć i Umrzeć Live”…

Żyć i umrzeć w BDGNa płycie, obok kawałków autorskich znajdziemy ślady kompozycji innych wykonawców. Mnie zaintrygowała wersja „Twist of Cain” Danzig. Czy nie myślałeś, żeby nagrać całą płytę Danzig, np. „Lucifuge” w własnej interpretacji? Jak oceniasz dzisiejsze dokonania autora „Mother”? Czy po „czwórce” znajdujesz jeszcze w twórczości Glena coś intrygującego?

„Twist” został nagrany z myślą o składance „Dark Side of the Blues: Tribute to Danzig” i był tam bodajże jedynym utworem polskojęzycznym. Postanowiłem dołączyć go do swojej płyty jako bonus, ponieważ mimo, ze ukazał się jeszcze pod szyldem 666 Aniołów, był właściwie moim, autorskim pomysłem, a poza perkusją, na której grał Maciek z Upside Down, cała reszta to mój „wykon”. W dodatku nagrywałem to w tym samym studiu i pod okiem Harry’ego, więc przypasiło. ”Lucifuge” to jedna z moich ulubionych płyt po całości, chętnie kiedyś zrobiłbym taki eksperyment o jakim mówisz, jeśli będzie czas, środki i okazja – czemu nie… Co do twórczości Glena, to oczywiście, pierwszego składu nic nie przebija, ale szczerze mówiąc, potrafiłem również na wszystkich późniejszych albumach znaleźć coś ciekawego. Znakomity był chociażby line up, który mogliśmy zobaczyć w Polsce, z Toddem Youth na gitarze i Johnny’m Kelly’m na bębnach. Najbardziej jednak kręcą mnie jego ostatnie poczynania koncertowe pt. Danzig Legacy, podczas których prezentuje sety Samhain i Misfits…

Skoro przy muzycznych ajdolach jesteśmy – co dzisiaj „kręci” Schizmaćka?

Kill jor ajdols, to po pierwsze (śmiech…). Od lat kreci mnie punk, hc, thrash, classic rock, country i wszystko co pomiędzy, czasem, kiedy mam nastrój również jazz, hip-hop… Za dużo nazw, żeby wymieniać, choć ostatnio powiem ci, że coraz bardziej wsłuchuję się w to, co mają do zaoferowania nasze rodzime kapele… Zajebiście mnie cieszy, kiedy polski bend zagra jakiś dobry dźwięk, na szczęście ostatnio nie ma powodów do narzekania… Coldheart, Trapped Inside Me, Deathinition, Dopamina, MOAFT, Poison Heart, The Lowest, Street Chaos, Burnin Hearts… to tylko te nazwy, które przychodzą mi do głowy, jest tego więcej, jakoś tak na muzyczny patriotyzm mi się przestawiło jak widać, a gatunkowo też szeroko…

Na koniec zdradź nam swoje plany na ten rok – gdzie będzie można Cię zobaczyć na scenie i co tam jeszcze ciekawego przygotujesz?

Na początku marca gramy z Old Fashioned na Warsaw Chaos Attack – zapraszamy wszystkich na ten fest, na którym zagra wiele ciekawych kapel, ale jeśli ktoś chce zobaczyć nas, powinien przybyć punktualnie bo gramy pierwsi! Z OF będziemy też pewnie wkrótce nagrywać pełen materiał i dążyć do jego wydania – na razie mamy jedynie demo. Jak już wspominałem, na lato i jesień plany obejmują przeniesienie SchizMaćka & FriendZ na scenę, ale na dziś dzień bez konkretów. Jednym zdaniem, w 2013 nie zamierzam się nudzić…

Rozmawiał Arek Lerch

Foty by VSpectrum