SCARLET SKIES – nie spoczywać na laurach…

Metalcore to weteran, który przeszedł długą drogę, zaliczył sporo ran, upadków i wzlotów, najważniejsze jednak jest to, że nadal mu się chce i hałasuje ile wlezie. W głowach i sercach kolejnych zespołów, które podtrzymują te idee, wprowadzają w życie, mają siłę i samozaparcie, żeby pchać ten niełatwy wózek do przodu. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się przedstawić Wam w tym miejscu młody, choć doświadczony życiowo zespół Scarlet Skies, który walczy na hardcore’owej i metalowej ziemi niczyjej, mając za główny oręż wydaną całkiem niedawno płytę No Warning Shot. O tym, czy więcej w tym core’a, czy thrashu, o promocji i jej skutkach, poświęceniu i sytuacji na scenie ciężkiego łojenia rozmawiałem z mocno zaangażowanymi i wierzącymi w swoje dzieło panami – wokalistą Pablem i gitarzystą Rafałem.

Na początek kilka słów o tym, co gdzie i kiedy? Gdzie terminowaliście, dlaczego połączyliście siły jako SS i co z tego wynikło w mijającym roku? Kiedy sięgacie wstecz, do 2004, jak się wszystko zaczynało, co widzicie?

Pablo: Duży (perka) z Radziejem (gitara) nie terminowali nigdzie. Grają ze sobą od tego 2004, kiedy jako jeszcze małe dzieciaki postanowili coś razem skleić. Dzisiejszy skład tak naprawdę uformował się jakieś półtora roku temu. Najpierw, dawno temu, dołączył Tur (bas), który studiował swego czasu na wydziale jazzu, gdzie chyba lepiej przygotować się nie da. Potem do składu doszedłem ja na wokal. W zasadzie przyuczałem się w poprzedniej kapeli o nazwie Concrete, a od której SS w dzisiejszej formie chyba tak naprawdę się zaczęło, bo wcześniej chłopaki grali całkiem lajtową muzę. Na końcu zwerbowany został Masło (gitara), który już jest starym wygą scenicznym, grał koncerty podczas niejednej trasy i dużo się wszyscy od niego uczymy. Właśnie wraz z dojściem Masła przyjęliśmy nazwę Scarlet Skies, był to efekt takiej, swoistej wewnętrznej oceny zespołu, gdzie wszyscy stwierdzili, że wreszcie mamy skład, który wie czego chce, jakie chcemy robić utwory, w jakim stopniu możemy liczyć na samych siebie. Nowa nazwa to pożegnanie się ze starymi próbami pod szyldem “gramy w kapeli” na rzecz świadomego i profesjonalnego “grania w zespole”. Dołączył też do nas Patison, nasz menadżer i dobry duch, który nas ukierunkowuje, kształtuje, wspiera i ogarnia rzeczy, o których nie mamy często zielonego pojęcia. Można powiedzieć, że od 2004 zmieniło się praktycznie wszystko, a jedynym elementem spójnym z 2013 są dwaj inicjatorzy, którzy nadal w zespole grają, ale jak grają, co grają i jakie do tego grania mają podejście to już jest zupełnie inny świat.

Rafał: Moja historia terminowania jest dość spora. Najstarszy jestem z całej tej ferajny więc grając muzykę tyle lat spotkałem na swojej drodze kilka ważnych dla mnie osób. Mój początek grania zaczął się na Ursynowie. To tam w domu kultury łapałem pierwsze doświadczenie. To między innymi spowodowało, że poznałem wiele ciekawych zespołów i osób. W tym miejscu  chciałbym chyba tylko dwie ważne osoby wymienić. Marcin Świstak i Michał Wiśniewski. To z nimi najwięcej grałem i to z nimi razem walczyliśmy, kiedy wiał w oczy wiatr. Szczytem jaki udało mi się osiągnąć było granie ponad trzy lata z zespołem Sweet Noise. Niezależnie od zdania na jego temat, każdemu, kto kiedykolwiek planuje grać muzę, polecam pograć z dużym zespołem. Szczerze mówiąc, to jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Mam na myśli oczywiście sferę muzyczną. Rewelacyjne doświadczenie i nauka od zaplecza. Z chłopakami ze Scarletów połączył nas trochę fart. Pierwszy raz ich usłyszałem w Hard Rocku, kiedy grali na jakimś mini festiwalu. Zaprosili mnie bo pożyczyłem im sprzęt gitarowy. Na tyle mi się spodobali, że kiedyś podczas rozmowy z Radziejem powiedziałem, że jakby szukali gitarzysty to chętnie ich wesprę. To było jakieś dwa – trzy lata temu i mój ostatni skład The Super Group już nie grał, więc szczerze mówiąc, byłem mocno wyposzczony muzycznie. Niestety, wtedy nie szukali nikogo, ponieważ mieli pełny skład. Jakiś czas później rozstali się z jednym z członków i zadzwonili do mnie. Cieszę się, że to zrobili. Odżyłem na nowo.

media_scarlet_skies_foto_2013_001-2

Na waszym FB dość buńczucznie zapowiadacie, że w 2014 roku będzie „Was dużo więcej”. Bać się nie boję, alem ciekaw, co to oznacza. Rozszyfrujcie te obietnice?

Pablo: Buńczucznie to chyba zbyt mocny zwrot. Będzie nas dużo więcej, co nie oznacza, że niedługo będziemy wyskakiwać nawet z lodówki (śmiech…). Po prostu, w tym roku było nas wyjątkowo mało. Bardzo dużo czasu poświęciliśmy na dopracowanie materiału na debiutancki album, ale, niestety, stało się to kosztem tego, co zespół po prostu musi robić – grania koncertów. Zagraliśmy ich dosłownie kilka, więc w 2014 będzie nas dużo więcej, bo będziemy się starali grać o wiele więcej gigów, a najlepiej w całej Polsce.

Rafał: Zaczęliśmy od wydania płyty, było to pod koniec września. Niestety, to koniec sezonu i nie zaplanowaliśmy koncertów. Coś za coś. Postanowiliśmy skupić się na wydawnictwie. Biorąc pod uwagę, że po premierze zagraliśmy chyba 3 koncerty, każda większa ilość w 2014 roku będzie stanowić progres. Oczywiście, mam nadzieję, że uda nam się kilkakrotnie poprawić mijający rok.

Zanim przejdziemy do samej muzyki, chcę porozmawiać o promocji, bo w Waszym wydaniu jest ona szczególnie intensywna. Oprócz Internetu, pojawiliście się na plakatach, w reklamach na mieście, mieliście swój box na Music Bazaar, stendy itp. Płytę wydaliście Własnym sumptem, macie własne kostki do gitar… i pewnie jeszcze sporo innych rzeczy, których nie wymieniłem. Świadczy to o tym, że macie duże pokłady wiary w ten projekt. Z czego taka wiara wynika?

Pablo: Mamy jedynie płytę, koszulki i kostki. Jak na początkujący zespół, nie wiem czy to dużo, szczególnie, że w dzisiejszych czasach zespoły mają często więcej merchu do zaoferowania niż samej muzyki. Promocja to chyba efekt czasów. Dziś nie wystarczy po prostu być, nawet jeśli jesteś drugim Hendrixem. Musisz zaistnieć w świadomości odbiorcy, bo inaczej znikniesz zalany falą innych artystów, niekoniecznie lepszych, ale bardziej widocznych. Wiara w zespół jest – jeśli by jej nie było, to już dziś moglibyśmy sobie podać ręce i spotykać się na piwku w pubie, zamiast w sali prób. Wierzymy, że gramy dobrą muzykę. Nie wszystkim musi się podobać, ale komentarze, które słyszeliśmy do tej pory są w dużej mierze bardzo przychylne, co tylko daje nam dodatkowego kopa. Nawet sam fakt, że regularnie każdy z nas słucha sobie w wolnym czasie naszego albumu, że jeszcze nam nie obrzydł, pomimo robienia go w kółko od ponad roku, utwierdza nas samych w przekonaniu, że to jest muzyka, która nam się rzeczywiście podoba, nie dlatego że ją gramy, tylko dlatego, że jest obiektywnie dobra. Jedyne co pozostaje, to przebić się z tym materiałem do ludzi, żeby go usłyszeli, polubili, zainteresowali się, wpadli na koncert. W końcu nie zakłada się zespołu, żeby grać dla samego siebie.

Rafał: Staramy się jak możemy. Dziś sama płyta nie wystarcza. Wystarczy spojrzeć jak wygląda promocja na świecie. My zaczynamy małymi krokami. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy samo finansującym się zespołem i tak zrobiliśmy sporo. W pewnym momencie trzeba sobie zadać pytanie: co chcemy osiągnąć? Czy chcemy mieć fajną pamiątkę na półce, którą pokażemy tylko swoim dzieciom? Czy może spróbujemy coś zdziałać i zaistnieć i mieć dobre wspomnienia. Ja już nazbierałem ogrom wspomnień. Zagrałem ponad setkę koncertów. Niestety, zawsze nie był to mój zespół. Tym razem wierzę w to, że się uda. Może to być dla mnie osobiście ostatni moment na coś dużego i swojego.

Zazwyczaj nakłady, które ponosi się z tytułu promocji (w Waszym przypadku musiały być spore…) powinny się zwrócić. Liczycie na coś takiego, czy ów wkład jest tylko takim ładunkiem energetycznym, który ma rozpędzić dopiero Scarlet Skies i nie myślicie o tym, by to się zwróciło?

Pablo: Niestety, wszystko dziś kosztuje i coraz bardziej odczuwają to nasze portfele, ale jeśli mam być szczery, chyba na zwrot nie liczymy. Może częściowy, ale na pewno nie pełny. Podchodzimy do zespołu profesjonalnie, ale jednak ze świadomością, że na chleb graniem nie zarobimy i dopóki tak będzie, będziemy traktować to jako (może kosztowne, ale jednak) hobby. Granie sprawia nam frajdę, a za przyjemności się płaci. Jako malarze wydawalibyśmy kasę na farby, płótna i ramy, a potem pewnie organizowali wystawy na własny koszt. Bardziej liczymy na efekt, który może kiedyś tam uzyskamy dzięki poniesionym nakładom. Wszystko jednak staramy się robić z głową, nie dlatego, że mamy jakąś wielką strategię marketingową, ale z powodu dość prozaicznego – kasy. Jednym z powodów nagrania całej płyty była szybka kalkulacja kosztów i okazało się, że lepiej będzie jak nagramy od razu płytę, bez bawienia się w ep – ki po drodze.

Rafał: Nakłady były spore. Sami u siebie się pozadłużaliśmy, żeby to wszystko tak wyglądało jak teraz. Mamy pewną wizję i uważam, że dobrą drogę wybraliśmy. Myślę, że każdy z nas liczy na pewne zwroty, chociażby w ilości zagranych potem koncertów. Nie chodzi mi o to żeby zwróciły nam się finanse wydane, ale żeby nasza praca i energia nie poszły na marne. To wtedy boli jeżeli mimo wkładu energetycznego nie ma efektów ani odzewu.

Uważacie, że taka promocja w dzisiejszych czasach, w dobie bandcampa i retro mody na kasety ma sens? Czuję w tym jakąś romantyczną donkiszoterię (pozytywną, żeby nie było niedomówień…) i chęć walki z wiatrakami szołbiznesowego marazmu. Trafiłem??

media_scarlet_skies_foto_2013_002-4

Pablo: To jest trochę tak… Fajnie, że jest bandcamp i fajnie, że możesz tam posłuchać płyty, a nawet ją nabyć. Ale nam się wydaje, że spoko jest też móc podejść do zespołu, zbić z nimi piątkę, chwilę pogadać i wymienić się poglądami. Targi MusicBazaar właśnie takim miejscem dla nas były, ktoś mógł do nas podejść, pogadać na spokojnie (i na trzeźwo, co niekoniecznie zawsze jest możliwe przed czy po koncercie), posłuchać muzy, przymierzyć koszulki. Retro moda na kasety, o której wspominasz, to jest właśnie chyba ukłon w stronę fizycznego obcowania z muzyką i my trochę tak postrzegaliśmy targi, na których byliśmy. Kostki, koszulki, to tylko dodatek.

Rafał: Zacznijmy od tego, że w ogóle promocja w Polsce jest walką z wiatrakami. Jeżeli nie jesteś Dodą albo innym tworem typu Feel, ciężko jest się przebić. Media nie są po naszej stronie i nie mówię tylko o Scarletach ale ogólnie o muzyce gitarowej. Oczywistym krokiem dla takich zespołów jest wykorzystanie niekonwencjonalnych rozwiązań. Myślę, że one są przed nami. Nie wykluczyliśmy ich z planów. Wszystko w swoim czasie.

Czy można dzisiaj powiedzieć, że ten promocyjny wysiłek się opłacił – są jakieś konkretne i wymierne skutki, o których możecie donieść?

Pablo: Szczerze, nie wiemy czy kiedykolwiek się opłaci. Jest mnóstwo świetnych kapel, które zakończyły działalność, bo się już nikomu nie opłacało inwestować hajsu i czasu w zespół. Jest też sporo kapel, które niczym szczególnym się nie wyróżniają, ale miały szczęście się komuś spodobać. Na dwoje babka wróżyła. Dziś efektów wymiernych (jeszcze) nie ma. Czy będą? Czas pokaże.

Rafał: Na razie nie ma czegoś takiego. Jak wspomniałem wcześniej, zagraliśmy tyle koncertów co kot napłakał i realnie patrząc to dopiero w tym roku coś się może zmienić. Czy będzie z tego na rachunki, czas pokaże.

Zdefiniujcie czym dla takiego zespołu jak SS jest „sukces”? Dążycie do niego, czy traktujecie jako utopijny cel, który należy sobie darować?

Pablo: Nagraliśmy płytę, z której jesteśmy zadowoleni i to dla nas już jest sukces, ale definicji sukcesu jako definitywnego stanu raczej nie mamy. Chcielibyśmy grać z największymi zespołami u boku, chcielibyśmy nagrać więcej niż jedną płytę, fajnie jeśli kolejne płyty będą coraz lepsze, a już w ogóle świetnie byłoby zostać headlinerem trasy, którą gralibyśmy z uznanymi zespołami. Ale jeśli nawet to się uda, będzie można mówić o sukcesie? Pewnie wtedy mielibyśmy inne cele – nie można spocząć na laurach.

Rafał: Sukcesem będzie zagranie kilku dobrych koncertów. Zagranie trasy z prawdziwego zdarzenia. Najpierw jako support, potem może jako headliner. Sukces według mnie jest wtedy kiedy patrząc do tyłu jesteś zadowolony z minionego roku. My jesteśmy jeszcze przed.

Muzyka. Muszę powiedzieć, że mam trochę rozterek. Bo z jednej strony zrobiliście maksymalnie profesjonalny pod względem techniki i brzmienia materiał, jednak stylistycznie jest on bardzo mocno osadzony w klasycznym metalcore, bez żadnych dodatków. Czy myślicie, że w 2014 roku, wiele lat po boomie na takie granie warto parać się jeszcze taką stylistyką?

Pablo: Niby nam do metalcore najbliżej, a jednak nie do końca identyfikujemy się z tym gatunkiem. Może dlatego, że staramy się nie wsadzać na siłę bidonów w każdy numer, może dlatego, że czasami nasze riffy są bardziej trashowe niż core’owe. Fajnie, że uważasz materiał za profesjonalny. Nie nagrywaliśmy nic po łebkach, bo lepiej się słucha dobrze nagranej muzy, a czy ta muza to metalcore czy inne niewiadomococore… Ważne, żeby się podobało. Czy na taką muzę jest miejsce w 2014 roku? To już pytanie do słuchaczy. Niestety, nie zaczniemy dorzucać do numerów elektroniki, chóralnych śpiewów czy gitar banjo zamiast tłustych przesterów. Raz, że dziś pomysłów na taką muzę nie mamy, dwa, że nikt na klawiszach czy sopranem nie operuje. W sumie chciałbym, żeby moje ulubione kapele sprzed kilku, kilkunastu lat wróciły do swojej starej stylistyki, bo może sięgnąłbym po ich muzykę ponownie. A może za jakiś czas my zmienimy naszą muzę tak, że będą mówić, że Scarlet Skies się skończyło na „No Warning Shot”.

Rafał: To dopiero początek. Ciężko jest mi wyrokować jak będzie wyglądała kolejna płyta. Na tą chwile gramy to co nam leży w sercu. Faktycznie jest temu najbliżej do metalcore. Za jakiś czas może się okazać, że będziemy chcieli zrobić coś innego. Zespoły ewoluują. Widać to na kolejnych płytach niejednego zespołu na świecie. Osobiście zawsze unikałem szufladek. Zawsze grałem co mi w duszy siedziało. Był metal, był rock, było też HC i myślę, że jeszcze kilka innych gatunków. Nigdy nie lubiłem określania się muzycznie. Jutro może się okazać, że mam ochotę grać coś kompletnie innego niż wczoraj.

media_scarlet_skies_foto_2013_002-5

Idąc głębiej – czy są jakieś wątki muzyczne, które wykraczają poza poletko metalcore’owe? Uznać należy Waszą płytę za w pełni ukształtowany produkt, czy to pierwszy krok i na kolejnej płycie usłyszymy zespół Scarlet Skies wykonujący muzykę odległą od debiutu?

Pablo: Przyznać trzeba, że myślimy jakby tu zrobić coś czego nie zrobił jeszcze nikt, ale póki co nic nie wymyśliliśmy. Chociaż niektórym się to udaje, jednak ciężko jest wynaleźć koło na nowo. Na pewno kolejna płyta będzie inna niż debiut, ale w którą stronę pójdziemy, sami nie wiemy, na razie zapowiada się na trochę więcej melodii, trochę więcej łamania metrum, ale też momentami trochę więcej prostoty. Co z tego wyjdzie sami jeszcze nie wiemy. Na pewno będzie trochę inaczej.

Metalcore był dla mnie zawsze takim trochę sierotą – scena hardcore’owa była dla niego za ciasna, metalowcy się boczyli. Potem był flirt z melodią, Szwecja itp. Są jeszcze jakieś kierunki, furtki, które ta stylistyka może otworzyć, czy bardziej zależy Wam na szlifowaniu tej właśnie wspomnianej, klasycznej formuły?

Pablo: My chyba patrzymy na to z drugiej strony, że metalcore jest takim mostem łączącym hardcore z metalem klasycznym. Patrząc na publikę wbijającą na koncerty kapel metalcorowych znajdziesz typowych ludzi ze świata hc, jak i długowłosych metali. Niekoniecznie będą się bawić, ale przynajmniej posłuchają, może trochę potupią do rytmu, ale to i tak   kiedyś było nie do pomyślenia. Ja nie rozumiem sztucznych podziałów sceny. Są kapele hc, które lubię, są klasyczne thrash i power metalowe zespoły, są też składy grające metal bardziej ekstremalny i ja bym bardzo chętnie wybrał się na taki gig, gdzie wszystkie z tych gatunków muzycznych by były obecne. Metalcore to po prostu kolejna odmiana gitarowego łojenia.

Rafał: Świat muzyczny pokazał, że jednak pojawiają się jeszcze jakieś rozgałęzienia w muzyce. Nie wiem, czy uda nam się wykreować coś nowego w znaczeniu gatunku, ale może uda nam się zdobyć status zespołu, który dobrze wykonuje tą muzę którą się para. Bycie sierotą nie jest złe. Pod warunkiem, że będą ludzie na koncertach.

Czy „No Warning Shot” ma jakichś konkretnych ojców – jakie płyty, wykonawcy, czy może szerzej – wydarzenia stały się fundamentem Waszej płyty? Gdzie należy szukać korzeni i inspiracji?

Pablo: Tak po prawdzie to każdy z nas słucha trochę innej muzy, ale wszyscy gdzieś na tym metalowym poletku się spotykamy. Nasz basista to w ogóle człowiek, który na co dzień woli reagge. Ja sam czasami odpalam muzę czysto elektroniczną, a nawet zapędzam się w strony standardowego popu. Nadal, koniec końców, takie kapele jak Parkway Drive czy Killswitch Engage siedzą w odtwarzaczu i grają na bieżąco.

Rafał: Wszystko czego słuchamy ma wpływ na naszą muzykę. Idąc na próbę i grając, tworząc numery, finalnie bierzemy wiosła i na ciężkich brzmieniach szlifujemy riffy. Podczas nagrań zawsze każdy odruchowo szuka jakiegoś punktu zaczepienia w znanych brzmieniach. Dla mnie każdy z nas dał tej płycie coś od siebie. Dlatego ona tak brzmi. Słychać tu zachód i chyba z tego najbardziej jestem zadowolony.

Jeśli mielibyście określić miejsce na muzycznej scenie, w jakim ląduje „No Warning Shot”, gdzie zlokalizujecie Scarlet Skies?

Pablo: Może trochę przewrotnie – na samej górze i na samym dole. Co to znaczy? Uważamy nasz materiał za dobry w swoim (i nie tylko swoim) gatunku, wiemy, że jest to muzyka, która się ludziom podoba i tak jak już wspomnieliśmy wcześniej, wierzymy w nas samych i dlatego postrzegamy się jako jeden z kilku lepiej grających zespołów w Polsce. Z drugiej strony, jakoś nie istniejemy w szerokiej świadomości odbiorców takiej muzy, nie gramy dużo koncertów, bo zawsze lepiej jest zaprosić kapelę z większą ilością “lajków”, bo pewnie ściągnie większą publikę, zawsze lepiej też zaprosić dobrych ziomków z zaprzyjaźnionego bandu niż jakieś tam Scarlet Skies, którego nikt nie zna. Jeśli patrzeć pod tym kątem, to jesteśmy na samym dole i wszystko dopiero przed nami.

Rafał: Jesteśmy dopiero na samym początku.

media_scarlet_skies_foto_2013_001-4

Profesjonalizm jest, technika itp., chciałem się jednak dowiedzieć, czy przy takim poziomie promocyjnych działań nie ginie gdzieś idea? Nie boicie się, że ktoś weźmie Was za dobrze skrojony i wypromowany produkt, którego nie można jednak traktować poważnie? Nie boicie się, że niezależna scena może się od Was odwrócić?

Pablo: Pokaż mi gdzie tak jesteśmy w tych mediach, że w zasadzie już śmiało możemy się określać “gwiazdami”. Mnie osobiście denerwują gadki o odwracającej się scenie niezależnej. Po pierwsze dlatego, że chyba odwróciła się od nas na długo zanim nagraliśmy materiał, bo po prostu nie mamy znajomych co robią gig po Polsce. Po drugie, pokaż mi chociaż jeden niezależny zespół, który nie chciałby się utrzymywać z tego co robi. Można by powiedzieć, że scena niezależna zrzesza ludzi, którzy są na tyle słabi, że nikt o nich nie słyszał albo, że nic nie osiągnęli, bo każdy zespół, który gdzieś zaistniał już nie jest “true” i należy go skreślić. Jeśli tak się dzieje, to „scenie” nie zależy na dobrej muzyce a tylko na podtrzymywaniu status quo, które z muzyką samą w sobie nie ma nic wspólnego. Wszystko, co robimy, czy jest to promocja, czy nagranie dobrze brzmiącej płyty, robimy my. Zespół to produkt, tak jak czarne jest czarne, a białe jest białe. W innym wypadku zespoły nie będące produktem, nie grałyby koncertów, nie nagrywały numerów, nie wypuszczały koszulek, tylko wtedy nie byłyby zespołem, a grupką znajomych spotykających się na próbach dla frajdy spotykania się na próbach. Jeśli ktoś nas weźmie za dobrze skrojony produkt, to ja się osobiście ucieszę, bo będzie to oznaczało, że kiedyś tam dobrze zainwestowaliśmy ciężko zarobione pieniądze w wizerunek profesjonalnego zespołu, a nie grupki kolesiów, którzy złapali za gitary i myślą, że są najlepsi na świecie. Nikt nas do naszych decyzji nie zmuszał, więc my spokojnie możemy o sobie mówić “niezależni”. Jeśli ktoś uważa inaczej, nie znając nas, musi być naprawdę zadufanym w sobie hipokrytą.

Rafał: Ideą i marzeniem każdego muzyka jest granie koncertów. Nie można tego rozdzielić. Czy scena niezależna jak to nazywasz nie gra koncertów? Czy grają tylko dla siebie? Jeżeli tak to jest to mega hipokryzja. Każdy marzy aby jego trud został doceniony. Wiem że to jest próżność, ale ja wcale nie ukrywam tego, że uwielbiam grać koncerty. Zawsze to uwielbiałem i jest to nasze paliwo żeby robić to dalej. Tylko dzięki perspektywie grania koncertów chce mi się grać, a co za tym idzie wstawać rano z łóżka (jest oczywiście wiele innych powodów, to jest jeden z nich). To trochę jakby zarzucać komuś, że mu się powiodło. Nam jeszcze nic się nie udało. Nie jesteśmy produktem. Nikt za nami nie stoi z “dużą bańką”. Sami to robimy. Czy to właśnie nie jest niezależność? To nasz szacunek do osób, które może kupią kiedyś naszą płytę i przyjdą na koncert. My ze swojej właśnie strony zrobimy wszystko aby nasz koncert był udany. Żeby poziom naszej muzyki i naszego przygotowania zawsze był na najwyższym poziomie. Jeżeli to nie przekona do nas ludzi, to tylko może być mi przykro.

Idee – czy płyta kryje w sobie przekaz, o którym warto wspomnieć – stworzyliście jakiś koncept czy to raczej niepowiązane ze sobą opowiastki?

Pablo: I jedno i drugie. Płyta, jeśli chodzi o warstwę tekstową, jest w jakiś tam sposób spójna i traktuje o ludzkiej walce z codziennością, często beznadziejnością sytuacji. Nawet jeśli wszystko jest ok, to może się pojawić ten “strzał bez ostrzeżenia”. Z drugiej strony, teksty powstawały czasami w sporych odstępach czasu i w różnych okolicznościach, więc mogą odbiegać od reszty. Wiesz, jeden tekst piszesz, bo ktoś cię wkurwił, drugi bo zmarł ktoś bliski. Teksty nie traktują o jednym i zdecydowanie nie jest to concept album, ale też nie jest tak, że jeden utwór jest o zupie, a drugi o dupie.

Opowiedzcie trochę o kuchni zespołowej – jak wyglądało komponowanie materiału i gdzie rejestrowaliście „No Warning Shot”. Były jakieś wyboje, problemy i śmieszne sytuacje, czy tylko „profesjonalna nuda”?

Pablo: Materiał powstawał ponad dobry rok. Są też numery starsze, ale zostały mocno przearanżowane, więc można je uznać za świeżutkie. Kiedy wchodziliśmy do studia FreezeArt, materiał był w zasadzie domknięty. Co nie oznacza, że rejestrowanie go poszło jak z płatka. Jak się okazało, nie wszystkie patenty koncertowe kleją się dobrze na nagraniu. Z drugiej strony nie ograniczają cię 2 gitary, które stoją na scenie, bo w studio możesz śmiało dograć trzecią, tylko zrób to tak, żeby to potem się kleiło na żywo. Gotowy materiał oddaliśmy do Anthropocide Studio, gdzie nadano nagraniom ostateczne brzmienie. Niektórzy pewnie będą psioczyć, że reamping jest dla zespołów, które nie potrafią grać. My zdecydowaliśmy się na tę metodę z przyczyn o wiele bardziej przyziemnych – braku kasy. Nagraliśmy płytę na jaką nas było maksymalnie stać. Śmiem nawet twierdzić, że brzmienie tej płyty rozwala wieleOkładeczka innych produkcji nagranych za większe pieniądze. Gdy mieliśmy w rękach praktycznie gotowy materiał, okazało się, że właśnie kończymy numer, który według nas rozpierdalał system. Mieliśmy go zostawić na kolejny album, ale że nie wiadomo czy takowy kiedyś powstanie, na szybko dograliśmy ten jeden numer. Nadal uważamy, że jest to perełka na płycie, ale nie powiemy który to numer.

Rafał: Ta płyta to był jeden wielki eksperyment. Powiedzmy sobie szczerze, żeby nagrać dobre brzmienie trzeba mieć na to kasę. Trzeba mieć dobre warunki, dobry sprzęt. Za to wszystko trzeba zapłacić. W naszym przypadku nie było to łatwe. Postanowiliśmy zrobić inaczej. Sporo czytałem na temat reampingu i okazało że sporo zespołów z tego korzysta. Daje to kompletnie nowe możliwości. Nie można komuś zarzucić warsztatu muzycznego, ale czasem brzemienia jakie się wybierze dnia następnego okazują się nie być już takie fajne. A nagrywanie tego od nowa to znowu czas i pieniądze. Dlatego też zdecydowaliśmy się na nagranie czystych śladów tutaj w Polsce, a potem poszło to mailami na wschód. W efekcie mogliśmy pracować nad brzmieniem przez cały czas. I dopiero kiedy byliśmy pewni, że jest dobrze płyta została zamknięta. Dziś bardzo często tak się pracuje. W przyszłości mam nadzieję, że sygnały sami będziemy wprowadzali..

Muzyka na „No Warning Shot” ma jeden niezaprzeczalny walor – jest maksymalnie koncertowa i tam też widzę główny potencjał SS. Czy w tym temacie udało się zespołowi dokonać jakichś wielkopomnych rzeczy – jakie koncerty stały się Waszymi kamieniami milowymi, czy na takowe przyjdzie dopiero czas?

Pablo: No właśnie tu leży pies pogrzebany. Spotkaliśmy się już nie raz z opiniami, że płyta brzmi światowo, a na żywo to już w ogóle rozwalamy. Niestety, jak już wspomnieliśmy, tych koncertów nie było dużo. Na pewno było kilka dobrych sztuk, jak te które zagraliśmy na Emergenzie, czy ostatnio w Wyszkowie, ale cały ich urok polegał na tym, że na tych koncertach byli ludzie, było ich dużo i świetnie się bawili pod sceną. To publika jest tym paliwem. Jeśli ludziom się podoba, to dajesz z siebie nie 100%, a 120. Myślę jednak, że te ważne koncerty są dopiero przed nami.

Rafał: To pytanie na za rok (śmiech…).

No właśnie – gdzie będzie SS za, powiedzmy, trzy – cztery lata? Snujecie takie plany?

Pablo: Jeśli się wzajemnie nie pozabijamy, to za 3-4 lata pewnie będziemy już słuchać kolejnej płyty. Mam nadzieję, że będziemy sporo koncertować, że zagramy na kilku większych festiwalach, a najlepiej żeby się działo tyle, że nie będziemy mieli czasu na regularną pracę, tylko trzeba będzie grać, grać i jeszcze raz grać.

Rafał: Szczerze mówiąc, na razie kompletnie o tym nie myślałem. Na tę chwilę żyję tą płytą i jestem na niej skupiony. Plany będziemy snuć w trasie.

Ostatnie słowo należy do Was, co chcielibyście powiedzieć czytelnikom V? Coś, o co zapomniałem się zapytać…

Pablo: Chcieliśmy wszystkich pozdrowić i życzyć im udanego 2014. Żeby każdy z Was przesłuchał w tym roku najlepszą płytę w swoim życiu. Ze swojej strony polecamy wbicie na nasz profil fejsowy, można tam posłuchać całej płyty “No Warning Shot” i samemu ocenić czy daje radę. Dzięki wielkie za wywiad!

Rafał: Chciałbym żeby każdy kto słucha muzyki i ją kocha, dalej ją kochał. To nasza szajba i nie da się bez tego wrócić do szarej rzeczywistości. Róbcie to co uważacie za słuszne.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: JB-Foto