SAUTRUS – Elementy korporacyjnej układanki

Sautrus widziałem po raz pierwszy 2 lata temu podczas pleszewskiego Red Smoke’a, gdzie zagrali najlepszy (obok Greenleaf) koncert festiwalu. Promowali wtedy swój debiutancki album „Reed: Chaper One” – mający ukazać się na dniach „Anthony Hill” to krążek znacznie bardziej przemyślany i różnorodny. Czego możecie się spodziewać? O tym rozmawiałem z Piotrem Ochocińskim (perkusja) i Weno Winterem (wokal).

Album koncepcyjny w czasach, kiedy coraz mniej ludzi ma czas/chęci na wysłuchanie płyty w całości – odważne posunięcie.

Dzięki. Na początku nic nie wskazywało na to, że ta płyta będzie wyglądać w ten sposób. Obraliśmy sobie temat, który w pewnym momencie okazał się zbyt ciekawy aby ograniczyć go do jednego utworu. Staraliśmy się zachować różnorodność stylistyczną oraz dynamiczną aby forma albumu koncepcyjnego nie było nużąca.

Wszystko zaczęło się od „Synopticon”? To po napisaniu tego kawałka uznaliście, że zrobicie krążek koncepcyjny?

Pierwszym numerem, nad którym pracowaliśmy był „The Way” – który jest jednocześnie utworem otwierającym album. „Synopticon” jest momentem kulminacyjnym pracy nad płytą. Każdy utwór ma inna wartość emocjonalną, komponowany był w odmiennych okolicznościach z innym założeniem.Koncert

Jaki jest zatem motyw przewodni albumu? O czym opowiada?

Motywem przewodnim albumu jest tytułowa postać Anthony’ego Hilla, który prowadzi rutynowe życie pracownika korporacji. Ma swoje nieosiągalne do spełnienia marzenia, swoje lęki i codzienny powtarzający się plan zadań. W pewnym momencie zauważa, że jego ludzka natura przestaje być dominująca na rzecz przemiany w mrówkę. Anthony szybko odnajduje się w nowym, mikrootoczeniu, odkrywa nowe możliwości i wiarę w to, że zostanie królem mrówek. Na swojej mrówczej drodze napotyka wiele przeszkód, które, jak sądzi, mają podzielić jego wolę. Każdy kolejny utwór opisuje odrębny problem bohatera i rozterki z nim związane.

Pracowaliście kiedyś w korporacji, czy raczej opisywaliście ten system na podstawie obserwacji innych ludzi?

Wszyscy jesteśmy po części elementami korporacyjnej układanki. Nietrudno jest zauważać pewne zależności, wystarczy się rozejrzeć. Trudniej jest spojrzeć na nie z góry, czy raczej z dołu, z perspektywy mrówki.

Wybór imienia i nazwiska bohatera był przypadkowy?

Dobre pytanie. Wybór nie jest przypadkowy, ale więcej nie chcielibyśmy zdradzać.

A za co najbardziej nie lubicie korporacji?

My nie stwierdzamy jednoznacznie, że nie lubimy korporacji. Anthony Hill będąc długotrwale wciągniętym w odindywidualizowany tryb życia doznaje kryzysu. Korporacja jest jego strefą komfortu, jego umysłem i decyzjami. Podobne zasady panują w świecie mrówek, dlatego tak łatwo przenika przez te światy.

Co było dla Was największym wyzwaniem podczas pisania i nagrywania „Anthony Hill”? Wiadomo, że do albumu koncepcyjnego trzeba podejść troszkę inaczej, niż do „zwykłego” krążka.

Najtrudniej było nam umawiać się na próby, bo każdy z nas pracuje w innej korporacji… A tak na poważnie, to wydaje nam się, że najtrudniej było nie stracić sprzed oczu wątku przewodniego i jednocześnie podejść do tematu różnorodnie pod względem muzycznym i lirycznym.

Elementy korporacyjnej układanki

Elementy korporacyjnej układanki

Sporo pojawiło się motywów – czy to tekstowych, czy muzycznych – które wam się spodobały, ale postanowiliście zostawić je na później, bo nie pasowałyby do koncepcji nowego krążka?

Tak. Można powiedzieć, że mamy bardzo płodny okres. W trakcie powstawania „Anthony Hill” przewinęło się dużo jamów, mnóstwo pomysłów i na pewno to wszystko wykorzystamy na koncertach i następnej płycie.

Ok, zmieniając temat. Black Sabbath z Ozzym czy z Dio?

OZZY! Chociaż „Heaven and Hell” lubimy i cenimy.

No właśnie – bo kiedy widziałem was 2 lata temu na Red Smoke’u to Weno skojarzył mi się z Dio. Strój, poruszanie na scenie, charyzma…

No i ten wzrost (śmiech). Ale to dobrze, że ci się tak skojarzyło, porównanie do Dio to zajebisty komplement. Red Smoke Festival to w ogóle dla nas znaczące wydarzenie, wydaje nam się, że zagraliśmy wtedy jeden z naszych lepszych koncertów.

anthony

SAUTRUS Anthony Hill Jakkolwiek bardzo lubię w muzyce eksperymenty i wszelakie odjazdy w nieznane dotąd terytoria, tak raz na jakiś czas wychodzi ze mnie inżynier Mamoń i mam ochotę posłuchać płyty, co do której jestem pewien, że mi się spodoba. Takim właśnie krążkiem jest „Anthony Hill”. Album wpadający ucho, osadzony na solidnym, blacksabbathowym fundamencie, którego kluczową część pełnią riffy – chociaż trzeba przyznać, że na poprzednim krążku były one bardziej eksponowane – oraz kapitalny wokal. W każdym utworze znajdziemy jakąś łatwo zapamiętywalną melodię, ale jako, że są one zróżnicowane, nie odczuwamy przesytu. Wspominałem o Black Sabbath i to – oczywiście – pierwsze skojarzenie z muzyką Sautrus. Oprócz tego nasuwa się Tool (szczególnie w otwierającym płytę „The Way”) czy proto-metalowe kapele z lat 70., jak np. Whisbone Ash. Mieszanka ta brzmi o tyle intrygująco, że jest nowocześnie nagrana. Właśnie dlatego płyty słucha się tak dobrze. Gdyby panowie poszli w lata 70. całkowicie (jak robi to mnóstwo kapel) i brzmienie stylizowali na tamtą epokę, przeszłości byłoby za dużo. „Anthony Hill” brzmi potężnie, co w połączeniu z przemyślanym konceptem nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Spodoba się nie tylko stonerowcom.

Ale tak sobie myślę, że wasza muzyka pasowałaby równie dobrze na jakiś heavy metalowy festiwal.

Na przykład jaki?

Żaden konkretny. Chodzi mi raczej o to, że muzycznie pasowalibyście zarówno na stonerowy Red Smoke, jak i na heavy metalowy odpowiednik Red Smoke’a (którego w Polsce nie ma). Nie trzymacie się kurczowo psychodeli i klimatu, tylko dokładacie sporo elementów proto metalowych, jak i klasycznie heavy metalowych. Zresztą, nie bez powodu supportowaliście kiedyś Uriah Heep – czyli proto heavy w zasadzie. W waszej muzyce słychać podobne wibracje.

Dzięki. Staramy się nie definiować. Każdy z nas ma różne inspiracje. Lubimy blues, rock, heavy metal, doom, folk, psychodelę w każdym wydaniu i wiele, wiele innych ciekawych rzeczy. Miło, że to zauważyłeś. Nie chcemy ograniczać się podczas tworzenia do jednego stylu. Cały czas się rozwijamy. Naszym nadrzędnym celem jest robienie ciekawej muzyki i przedstawianie jej w formie „piosenki”.

Macie zamiar zrealizować teledysk do jakiegoś jeszcze utworu z nowej płyty?

Na pewno, ale będziemy o tym myśleć po powrocie z trasy majowej.

Jak podczas poprzedniej trasy przyjmowano was zagranicą? Zainteresowanie koncertami było duże?

To była nasza trzecia trasa koncertowa za granicą i póki co najlepsza. Zauważamy, że zainteresowanie znacznie wzrasta. Wiemy, że mnóstwo pracy przed nami i aby wypełniać 5cio tysięczne sale czeka nas jeszcze trochę roboty.

Póki co jakie sale udaje się zapełniać?

Na 200-250 osób.band live

Weno, o co chodzi z tym malowaniem twarzy na czerwono? Wszystkie koncerty grasz teraz w takim makijażu?

To nie jest stała stylizacja, często zmieniam swój image w zależności od mojego nastawienia. Makijaż, który wspomniałeś był inspirowany ubarwieniem makaka, miał podkreślić moją zwierzęcą naturę.

Na koncertach wolicie oszczędną scenografię, czy raczej taką na bogato?

Lubimy grać na dużych scenach z całym ich dobrodziejstwem, jednak nie chcemy zaburzać bezpośredniego kontaktu z publicznością nadmiernym przepychem. Nasze koncerty są formą spektaklu, który okraszamy od czasu do czasu wizualizacjami, czy charakteryzacją.

Zamierzacie te spektakle w jakiś sposób rozbudowywać? Rekwizyty, dodatkowe efekty świetlne, ognie?

Jak najbardziej chcielibyśmy rozbudowywać, szczególnie jeśli chodzi światła. Przydałby się dobry „świetlik”, który wczułaby się z nami w show.

To na koniec standardowo – jakie plany na przyszłość?

Piątego maja Anthony Hill ma premierę. Trasa od 12 do 28 maja. Po powrocie z trasy mamy w planie nagrać live’a z wybranymi numerami z wszystkich płyt. Na jesień kolejna trasa i Summer Dying Loud. Po powrocie zabierzemy się za nowy materiał.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Oskar Szramka/Tarakum Photography/Aleksander Domański