SAURON – Intymne doznanie

„Olaboga, pogan promujemy!” – śmiałem się z red. Lerchem. A ci poganie w black metalu znaleźli wiele furtek. Dokładnie, już żadnej z odmian gatunku nie posłuchacie bez obaw o tolerancyjny przekaz. Dobrze, dosyć już tych żartów. Sauron gra pagan black metal. Tradycyjny, bez udziwnień, jak u mamy. Nowa płyta chłopaków, „Wara!”, otwiera znacznie ciekawsze tematy do rozmowy, niż pierdoły pokroju: „nowa płyta, początki zespołu, proces nagrywania”. A porozmawiałem o wielu zagadnieniach z niezwykle gadatliwym gitarzystą formacji, którego w domu nazywają Evil.

Czy jesteś człowiekiem konsekwentnym?

Za takiego chcę się uważać. Chociaż często za konsekwencję biorę u siebie rutynę. Jestem rutyniarzem.

Zapytałem, ponieważ wasza muzyka na „Wara!” brzmi niczym próba dążenia do ideału. Ideału czego? Chociażby osiągnięcia perfekcyjnego ekstraktu pagan black metalu. Przykładacie do tego ogromną dokładność, dbacie o szczegóły.

Zacznę odpowiedź małą dygresją, żeby zbudować kontekst… Na „Wara!” znalazło się pięć naszych autorskich kompozycjiS+cover Bathorego. Trzy spośród tych „autorskich”, to kawałki, które znalazły się już na poprzednich wydawnictwach. „Bałtycka Mgła” to pierwszy kawałek jaki zrobiłem do Sauron w okolicach 1994. „Czarcie Bagna” znalazł się na „Krainie Martwego Słońca” – materiale nagranym w 1997 i wreszcie „Powrót…” to kawałek z okolic 2009/2011 roku. ”Pergrubia 997″ i „Goreją Wici” to premierowe kawałki, które zrobiłem jakieś 2,5 roku temu. Ciężko mi pozostać subiektywnym w stosunku do tego materiału, bo jestem nim przesiąknięty do szpiku, także dopiero po jakimś czasie po nagraniu uświadomiłem sobie jak spójnie ten materiał brzmi i to pomimo tak dużego rozrzutu czasowego, w którym poszczególne numery powstawały. Uważam, że zawsze tworząc dąży się do pewnego ideału, z biegiem lat jako dojrzewający twórca stajesz się bardziej świadomy czym jest ten ideał. Na początku działa się bardziej intuicyjnie. Miałem okres, w którym strasznie dużą wagę przykładałem do tego jak skonstruowane są moje kawałki, czy mieszczą się w „definicji” gatunku, itd. Można powiedzieć, że wtedy najmocniej goniłem za ideałem, tak powstały „Hornology” i „Unholy Man”. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie (po obejrzeniu kilku wywiadów i przeczytaniu paru książek…), że moja „definicja” była zła, niewłaściwa, a to dążenie do ideału strasznie mnie ograniczało i podnosiło ogólny stres. Tym razem – tworząc nowe kawałki starałem się odrzucić wszelkie konwenanse i zagrać to, co mi serducho dyktuje. Riffy, które sprawiają mi radochę. Które fajnie się gra i których fajnie się słucha. Efekt – zarówno „Pergrubia 997” jak i „Goreją Wici” to numery oparte na 2 czy 3 riffach, ale uważam, że czuć w nich szczerość i emocje. W tym tkwi ich główna siła. Także tym razem ideałem, do którego dążyłem, były dla mnie prostota i szczerość. Aha – i nie starałem się redefiniować gatunku, czy go rewolucjonizować. W założeniu miała to być muzyka do piwa – nie do spędzania godzin na próbach analizy.

Co więc powiesz o młodocianych ortodoksach, którzy tworząc własną muzykę – mimo współczesnych dobrodziejstw – tkwią w jednym i na siłę pragną uniknąć gatunkowych mariaży?

Szanuję ich wybór, do którego mają stuprocentowe prawo. Jestem bardzo liberalnym kolesiem. Kocham muzykę. Prawie każdą – no, może za wyjątkiem country…

Fajnie, że jesteś liberalny, ale gdy przekłada się to na miałkość kompozycji, tolerancja pozostaje w tyle?

Nie. Jeżeli znajdzie się grono osób, dla których miałkość tych kompozycji nie ma znaczenia, bo te kawałki wzbudzają w nich emocje – dla mnie to wystarczający dowód, że mimo wszystko mają one jakąś wartość. Osobiście jestem bardzo wybiórczy i naprawdę mało zespołów, czy nawet płyt mi się podoba. Jest bardzo dużo i kapel, i nagrań, które moim zdaniem są słabe, a mimo wszystko znajdują się na topie. Ale nie uważam, że kogokolwiek oprócz mnie to powinno obchodzić. Jestem dość zapatrzony w Fenriza. Niedawno w jednej z fejsbukowych dyskusji wrzucił komentarz mówiący, że muzyka to nie wyścig. To nie rywalizacja. Jeżeli coś mi się nie podoba – nie znaczy to że to jest złe. Wiesz, dla mnie muzyka to coś bardzo osobistego. Słuchanie pewnych płyt czy kawałków ociera się wręcz o doznania duchowe. Nie jestem wierzący, ale prawdopodobnie dzięki muzyce przeżywam moje najbardziej „uduchowione” chwile. Jest to dla mnie tak osobiste odczucie, że czuję się wręcz zazdrosny widząc, kiedy inni wrzucają „moje” ukochane kawałki na fb. To prawie tak, jakby ktoś obmacywał Twoją dziewczynę (śmiech). Piszę o tym, bo w tym kontekście jeszcze mniej sensu ma dla mnie porównywanie, czy ocenianie twórczości innych. Mi się może nie podobać, a dla innego ten sam kawałek będzie najważniejszym w życiu…

Unikasz poprzez to wymiany opinii nt. ważnej dla ciebie muzyki z innymi? Zawsze mogą nie pojąć tego, co w twoim mniemaniu jest przecież bardzo istotne.

W pewnym sensie tak. Bo jest to dla mnie na tyle intymne, że wyznając, co mnie kręci, staję się nagi. Ale to zależy oczywiście od poziomu abstrakcji. Jak powiem, że kocham Bathory „Twilight of the Gods”, to właściwie nic nie znaczy. Nawet jeżeli ktoś odpowie, że chyba jestem głupi, bo to przecież kupa gówna.

Intymne doznanie

Intymne doznanie

Rzadko kiedy spotykam się z aż tak wiernym podejściem. Śmiem nawet zasugerować, że tego typu postawa to czysty radykalizm, który tłamsi twój muzyczny liberalizm.

Jestem muzycznie liberalny dla świata wokół mnie – każdy ma prawo tworzyć muzykę i każdy ma prawo jej słuchać. Osobiście staram się otwierać na muzykę ogólnie, bo nie raz przekonałem się, jak dużo można wygrać „ryzykując” zapuszczenie się w nieznane rejony. Teraz mam wszystko w zasięgu ręki – problemem jest „tylko” czas. Odpalam Tidal i mam natychmiastowy dostęp do nieprzebranych zasobów. I szczerze – nauczyłem się to kochać. Ten właśnie nieograniczony dostęp do muzyki wszelkiej maści.

Potępiasz szerzącą się postawę puszczania sobie muzyki jako tło do wykonywanych czynności?

Nie znam tej postawy. Każdy może słuchać muzyki jak mu się podoba (śmiech). Osobiście miałem nadzieję, że właśnie „Wara!” będzie takim materiałem, który będzie sobie można puścić jako tło do wykonywania czynności picia piwa w pubie.

A nie jako szereg hymnów mobilizujących pogańskich wojów do przemierzania leśnych rozstępów (śmiech)?

Tak też można! Z pianą na ustach przez zaciśnięte zęby (śmiech).

Z pewnych źródeł (ach, ten Facebook…) dowiedziałem się, iż „Księżyc Milczy Luty” Furii wywarł na tobie ogromne wrażenie. Czy można podać go za twoją wykładnie grania według „głosu serca” i bez strachu przed szufladkowymi odchyłami?

Oj, zdecydowanie tak! I dlatego ten album staje się dla mnie z dnia na dzień coraz ważniejszy! Jest to dla mnieband przebogate źródło inspiracji. Tylko tym razem nie chodzi mi tu o jakieś konkretne brzmienia, riffy, aranże, czy rozwiązania, tylko właśnie o tę odwagę, żeby eksperymentować w zgodzie z własną intuicją. Bez oglądania się na gatunki, bycie trve, czy inne tego typu sztuczne ograniczenia, które powodują, że muzyka staje się nudna i po raz milionowy podnoszą się głosy, że rokendrol umarł… Taki był też i wczesny black metal drugiej fali… Chłopacy eksperymentowali bawiąc się muzyką, dzięki temu byli oryginalni. Zobacz takiego Czrala – koleżka maczał pałki, kostki i struny głosowe w tylu gatunkach, że aż ciężko zliczyć, ale dzięki temu potrafi tworzyć dzieła genialne. Często spotykam się na fejsbuku z zarzutami, że ktoś tam już nie jest trve. Dość często obrywa się Darkthronowi, a dla mnie jest wręcz przeciwnie. Tylko trzeba sobie zadać trud i poczytać trochę wywiadów. Taki Darkthrone stanie w opozycji ma niejako wpisane w definicję zespołu. Nagranie materiału pod presją oczekiwań byłoby w ich przypadku właśnie strzałem w stopę. Podobnie jest z Furią – zobacz, że w ankiecie Kejosa nowa płyta znalazła się zarówno wśród najlepszych płyt roku, jak i wśród gówien roku. Ogólnie uważam (ale to wyłącznie moja interpretacja poparta tylko czystym stalkowaniem), że Nihil jest bardzo wiernym ewangelistą szkoły Fenrizowskiej. Na chwilę obecną jest to ścieżka, na której bardzo bym chciał widzieć również siebie.

Nie ukrywajmy jednak – Sauron nie brzmi jak kapela poszukująca uniesień w tej niespożytej krainie dźwięków. Obracacie się raczej na pewnym gruncie.

Tak, to prawda. Jak wspomniałem wcześniej – tym razem nie miałem w założeniu redefiniowanie gatunku, a wręcz przeciwnie. Numery miały być proste i łatwe w odbiorze. Elementem wspólnym, lub tym, który uważam za mój pierwszy kroczek na tej drodze było zaufanie własnej intuicji jeżeli chodzi o nowe kompozycje. Tylko u mnie to poszło w regres. W pewnym sensie odbieram to na tej samej płaszczyźnie. Nie chodzi przecież o to, żebym teraz zaczął tworzyć kawałki jak Furia, czy Thy Worshiper. To by ponownie zapędziło mnie w kozi róg (śmiech). Nie chodzi mi też o to, żeby postawić „Warę!” obok nowych płyt Furii, czy TW. To bardziej moje osobiste odczucia, które niekoniecznie mają bezpośrednie przełożenie na to, co słychać na naszym materiale.

No i na sam koniec pytanie luźniejsze. Kto znany umrze w 2017 roku?

“Ages, ages, ages pass

People born and die

Go through life not as it should be.

It’s easier to hell, it’s harder to heaven”

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: Kara Rokita