ROYAL THUNDER – zdarzyło mi się płakać…

Muzyka Royal Thunder jest jak upolowany jeleń, przytroczony do dachu samochodu. Jest jak bezkresne, amerykańskie, spalone słońcem bezdroża. Nie wiem, jak Wy, szanowni czytelnicy i słuchacze, ale „CVI” to jedna z tych płyt, które powodują, że mam permanentną ochotę jak najszybciej polecieć do USA i zasmakować tamtejszego powietrza. Royal Thunder uosabia wszystko, co w korzennej, nasączonej funeralnym blues’em i doom metalowym żarem muzyce jest najważniejsze. Zabiera po drodze odrobinę psychodelicznego rozchwiania i ulotnej atmosfery lat 70 – tych, łącząc z bezkompromisowym, bardzo gęstym, metalowym graniem. Wychodzi z tego mikstura skończona i rewelacyjnie dosadna. „CVI” to głos wołającego na pustyni współczesnego, niepotrzebnego eklektyzmu. Głos, który wiedzie na zatracenie. Przed Państwem Mlny Parsonz.

 

 

Wasza muzyka prowokuje do stwierdzenia, że oto mamy do czynienia z następcami wielkich zespołów typu Led Zeppelin? Czy taki był wasz plan?

Nie, nie mieliśmy żadnego planu. Po prostu gramy to, co siedzi nam w głowach. Pamiętam, że w zasadzie byliśmy nieco skonsternowani, kiedy słuchaliśmy muzyki tuż po miksach. Dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, że powstała muzyka bardzo mocno zakorzeniona w klasyce a jednocześnie w jakiś sposób nowoczesna, może właśnie przez sporą dozę agresji, która w tych gęstszych partiach może być postrzegana jako odniesienie do współczesnych, metalowych standardów. LedZepp? Nigdy nie mieliśmy ochoty świadomie ich naśladować, ale dzięki za porównanie…

Czy to jest świadomość osiągnięcia szczytu?

Nie. Świadomość, że zmiana jeszcze jest przed nami…

Wasza muzyka wydaje sie być bardzo emocjonalnym tworem. Twój śpiew jest z jednej strony bardzo oszczędny, ale kiedy już się pojawia, jest w nim pewna żarliwość, świadcząca o tym, że wierzysz w to, co śpiewasz…

zdarzyło mi się płakać...

zdarzyło mi się płakać...

To dlatego, że używam słów jako bardzo istotnej dla mnie metody ekspresji. Dzięki nim uwalniam się i mogę mieć nadzieję, że pomagają też innym uwolnić życie, chociażby w sensie mentalnym. Nie pytaj mnie jednak o szczegóły. Może życie biegnie wieloma ścieżkami i to, co piszę jest wypadkową tych dróg, podsumowaniem doświadczeń. Zamiast opisywać jakieś konkretne historie tworzę emocjonalny przekaz, który jest mocniejszy niż niejedna, autentyczna historia.

Jak wyglądała sesja nagraniowa „CVI”?

Muszę przyznać, że była ciężka. Trochę jak taki sądny okres, wynajdywaliśmy sobie różne mury, które musieliśmy rozwalać, bo lubimy wyzwania i nigdy się nie poddajemy. To właśnie powoduje, że jestem szczęśliwa. Traktuję nagrania studyjne, jak wzięcie samej siebie pod mikroskop, taką muzyczną psychoanalizę. Nie ukrywam, że zdarzały się momenty, kiedy musiałam wyjść ze studia i zaczerpnąć powietrza, pobyć sama. Szczerze – zdarzało mi się płakać i myśleć rzeczy w stylu „co do cholery robisz, człowieku?!”. Ale z perspektywy widzę, że nawet te trudne chwile, problemy, zgrzyty powodują, że jestem silniejsza i buduję swój wizerunek jako muzyka. Wzrastanie, nauka, upokorzenie siebie i kurwa, morderstwo. To wam wszystkim dajemy, za każdym razem, kiedy gramy…

Czy w waszej muzyce jest miejsce na improwizowane partie, czy wszystko jest dokładnie przygotowane i „zamknięte”?

Raczej staramy się wszystko dopracować, choć na koncertach, kiedy dzieje się między nami bardzo dużo, zdarza nam się puszczać wodze fantazji. Wszystko zależy od okoliczności. Jeśli pytasz o studio, to muzyka była przygotowana, zaś w partiach wokalnych zdarzyło mi się trochę poimprowizować, zdarzyły się nawet momenty, kiedy się zapominałam i wtedy wychodziły z moich ust całkiem komiczne dźwięki. Np. w „South of Somewhere”, pod koniec jest takie zdanie „but it will not bring me pain” i kiedy nagrywałam, wpadłam w jakiś trans i nie mogłam przestać wrzeszczeć ostatniego słowa, jakbym się zacięła, to było śmieszne…

Co w zasadzie oznacza tytuł „CVI”?

To rzymskie oznaczenie liczby 106. Wydaje mi się, że to jedna z tych dziwacznych rzeczy, które nam się przytrafiają. Tajemnic. Liczba 106 często się w naszym życiu pojawia. Nasz dobry przyjaciel ma urodziny 6 stycznia. Nagrywaliśmy gitary i w pewnym momencie gitarzysta testował jakąś zagrywkę. W końcu, kiedy już wszystko było dopracowane, sprawdziliśmy tempo i okazało się… że wynosi ono 106 bpm. Cholera, człowieku… Dziwne przypadki.

Ok., na koniec przyznaj się, czy już spotkałaś się z opiniami na temat „CVI” a jeśli tak, to jakie były?

Zazwyczaj nie czytam gazet, chyba, że gdzieś coś na ulicy czy w sklepie rzuci mi się w oczy. Nie zaśmiecam sobie tym umysłu. Raczej docierają do nas pozytywne głosy. Nie wiem, jak ludzie nas odbierają i jak wyobrażają sobie nasz zespół, ale to dobre doświadczenie, być częścią tego muzycznego świata. Jesteśmy w drodze…

Rozmawiał Arek Lerch