ROTTEN SOUND – ludzie są z założenia źli…

Rotten Sound od lat zajmuje wysokie miejsce w grind core’owym peletonie. Wprawdzie odejście znakomitego „ścigacza” Kai Hahto nieco  osłabiło siłę uderzeniową fińskiej załogi, jednak wreszcie, po latach, pojawiała się płyta, która nadrabia stracony czas i kopie podobnie jak najlepsze dokonania grupy z „Murderworks” i „Exit” na czele. Dlaczego? Sam nie wiem i zażądałem wyjaśnień od wokalisty zespołu Keijo Niinimaa. Jeśli lubicie niebanalny, zaangażowany grind core w finezyjnym wydaniu z miażdżącym brzmieniem, „Cursed” będzie doskonałym zaspokojeniem takich pragnień. Niby nic odkrywczego, niby taki Noisear zrobił lepszy – zdaniem piszącego – materiał, jednak  w poczynaniach tych Finów jest coś, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. To już nie tylko hałas. To sztuka przez dusze „S”…

„Cursed” to moim zdaniem pierwszy po „Murderworks” a na pewno pierwszy po odejściu  Kai Hahto album, który wzbudził we mnie ekstazę. Z czego to wynika? Może to jakieś moje urojenia…

Nie wiem z czego to wynika. Każda płyta jest inna, może akurat ta przypadła Ci do gustu. Może wynika to faktu, że tym razem dość długo męczyliśmy te kawałki. Na sali prób dużo się działo, czterech facetów i szał. Może to wynik atmosfery w zespole, bo to także wpływa na sposób pisania muzyki. Inaczej podeszliśmy do procesu tworzenia muzyki. Tym razem nagraliśmy wszystko na sali prób w formie surowego dema, żeby wykluczyć jakieś ewentualne dłużyzny i słabsze momenty. Pozostawiliśmy autentyczną esencję. Kawałki są krótkie i dość zróżnicowane a to także wpływa na lepszy odbiór.

Na waszym dvd dołączonym do ep – ki „Napalm” wyglądacie zaskakująco zwyczajnie, bez krwi i całego gore sztafażu – dlaczego zrezygnowaliście z tych, preformerskich w sumie elementów scenicznych?

Przez długi  czas mazaliśmy się farbami i wyprawialiśmy jakieś dziwne zabawy. W sumie zrezygnowaliśmy z krwi już po „Murderworks”. Mogę stwierdzić, że byliśmy już trochę zmęczeni takimi rzeczami. Jesteśmy teraz nieco innym zespołem. Najważniejsze jest dla nas granie muzyki i przekazywanie pewnych treści. Nie potrzebujemy do tego zabaw z krwią. Ale ten zwyczajny, jak mówisz, image nie odbiera nam żadnym stopniu agresji.

Nowa płyta tematycznie została podzielona na sześć części zatytułowanych odpowiednio egoizm, próżność, wymuszanie, zemsta, exploatacja i strach. Czy to jakiś zestaw grzechów współczesności made by Rotten Sound?

Tak, dokładnie, to zestaw przekleństw ludzkości, szczególnie współczesnej cywilizacji. Dlatego właśnie płyta tak się nazywa. To pewien koncept, mający wyjaśnić nasz punkt widzenia. Już podczas prac nad „Cycles” miałem pomysł, by przedstawić zakłamanie i wrzody naszej współczesności. Ludzie są z założenia źli i nawzajem stwarzają sobie piekło. Na płycie wszystko jest ułożone w pewien proces – na początku jest nasz egoizm, z którego rodzi się próżność, wzajemne naciski a to prowadzi do sytuacji odwetowych, zemsty. Na końcu zostaje tylko strach…

Wybacz mi, ale ponury wydźwięk tych tekstów podsuwa mi obraz ich autora, jako osoby mieszkającej w jakimś biednym, zapomnianym zakątku ziemi. A przecież wy jesteście obywatelami jednego z najbogatszych krajów w tej części kuli ziemskiej, dbającego o swoich mieszkańców. Nie czujesz lekkiego dysonansu, sam pracujesz w dużej korporacji, czyli Nokii?

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nasza egzystencja jest łatwa i mamy zapewnione duże wygody. Jednak pamiętaj, że czasami ingerencja tego opiekuńczego państwa wcale nie jest taka fajna. Funkcjonowanie w pewnym systemie narzuca ograniczenia, konieczność dostosowania się. System nas eksploatuje, zmusza do pewnych zachowań a to już nie jest fajne. Poza tym ludzka natura nawet w najbardziej cieplarnianych warunkach pozostaje taka sama. W Fnlandii jest z jednej strony fajnie, ale mamy też duże problemy z przestępstwami kryminalnymi, dużo fundamentalistycznych postaw. Ludzie nie dostrzegają perspektyw, wolą gryźć się między sobą. I kiedy zapomnisz o tym bogactwie, o ekonomii, pozostaje ci ludzki brud i złość. Ta złość, która przepełnia naszą muzykę… Co do mojej pracy to – na szczęście  – w Nokii panują dość przyjazne stosunki, jeszcze nie osiągnęliśmy punktu typowo korporacyjnego gówna, stąd też nie czuję się jeszcze do końca zniewolony…

Zauważyłem, że na nowej płycie aż jedenaście kawałków jest autorstwa waszego pałkera. Czy Sami Latva odmienił wasz zespół? Możesz dzisiaj, z kilkuletniej już perspektywy, porównać Kai Hahto z Sami?

Faktycznie, Sami to nasz motor napędowy. Oprócz bębnów gra na gitarze i akurat sporo rzeczy przygotował na płytę. To świadczy o tym, że dobrze wpasował się w Rotten Sound. Teraz nie wyobrażam sobie innego gościa na jego miejscu. Porównanie Kai z Samim jest trudne. Pamiętam, że z Kai zaczynaliśmy, uczyliśmy się grać, więc inaczej patrzyłem na jego styl. Teraz słyszę, że jest znakomitym pałkerem. To prawda, ale też nie ma co ukrywać, że w pewnym momencie przestało mu podobać się takie proste i szybkie granie, on chciał czegoś nowego, interesowała go polirytmia, wręcz nienawidził grać blastów. Sami z kolei to wielki fan Micka Harrisona i Rotten Sound (śmiech). Może faktycznie jest mniej techniczny, ale za to doskonale akcentuje i wpasowuje się w taki miks punka z grind corem. A przez to nasze kawałki jeszcze bardziej walą po tyłku. Więcej w nich szaleństwa niż techniki, przez co zbliżają się do sedna tej muzyki.

Czyli można powiedzieć, że zmiana perkusisty i ostatnia rotacja, czyli przyjęcie Kristiana na stanowisko basisty to koniec zmian? Czy to tylko pobożne życzenie?

Mam nadzieję, że tak… To bardzo istotne zmiany, bo dzisiejszy Rotten Sound to zupełnie inny zespół niż ten z Twojej ulubionej płyty „Murderworks”. Teraz wszyscy wiedzą, o co chodzi. Poprzedni skład, jeszcze z Kai to był trochę ciężki okres, teraz można powiedzieć, że jesteśmy grupą kolegów. To ważne, bo przecież zespół na naszym etapie to także musi być dobry biznes. A trudno taki robić, kiedy między ludźmi nie ma porozumienia. Dzisiaj i na scenie i poza nią feeling jest pozytywny.

Rozmawiał Arek Lerch