ROSK – Terapia grupowa

Nic mnie tak nie cieszy jak fakt, że duch w narodzie nie ginie. Zamiast zajmować się nauką, karierami w biznesie czy innymi głupotami, grają, szukają, burzą i budują. Raz lepiej, raz gorzej, ale często z zaskakującymi efektami. Dzisiaj mamy przed sobą właśnie takiego godnego uwagi debiutanta, który na scenie post – black – alternatywnej może odcisnąć swoje piętno. Póki co promuje debiutancki krążek „Miasma” a w czasie wywiadów odpowiada kolektywnie. Przed państwem, u progu długiej zapewne podróży – Rosk

Czy kiedy ktoś nazwie Waszą muzykę hipsterskim black metalem, obrazicie się?

Niezależnie od tego jaką muzykę będziemy grać, ludzie będą nas szufladkować i nie pozostaje nam nic innego jak się z tym pogodzić. Do obrażania się nam daleko. Co więcej, każdy z nas słucha i lubi zespoły określane mianem „hipsterskich”.

Bez tego nie może się odbyć – skąd przychodzicie i jaka jest Wasza historia?

Jesteśmy z Warszawy i gramy próby w dawnej hucie szkła na Pradze. Pomysł na wspólne granie pojawił się w kwietniu 2014 roku, pod wpływem wrażeń po koncertach Amenry i Cult of Luna. Część składu znała się już wcześniej ze wspólnych projektów, ale to właśnie wtedy podjęliśmy decyzję, że chcemy zrobić muzycznie coś absolutnie szczerego, w czym każdy z nas będzie się spełniał. Bez parcia na sukces, chcieliśmy tworzyć muzykę dla samych siebie. W kompletnym, sześcioosobowym składzie zaczęliśmy grać próby rok później – wcześniejszy spędziliśmy na tym, co było wtedy ważne, czyli piciu i rozmowach o naszych wizjach. Efektem tego jest ROSK.

Klimat w muzyce nie od dziś odgrywa znaczącą rolę, jednak przez lata, za sprawą wynalazków w rodzaju gotyckiego metalu, stał się groteskowy. ROSK generuje 100% klimatu, zatem pojawia się pytanie – jak to się robi, żeby taka muzyka zachowała równowagę i nie stała się śmieszna?

Nie zastanawiamy się, czy to co gramy jest groteskowe, czy śmieszne. Tak jak mówisz, ważna jest równowaga. Nie analizujemy przesadnie naszej muzyki, gramy to, co czujemy. Jakby to było dla nas przerysowane, to byśmy tego nie grali. Dla nas kluczowy jest klimat. Czym innym jest przesadny patos, czy próby wpasowania się w ramy subkultury, do tego nam daleko.rosk

Na debiutanckiej płycie mieszacie w równych proporcjach atmosferyczny black metal, post rock i niemal progresywny rozmach. Gdzie przebiega granica między tymi gatunkami? Który jest Wam najbliższy?

Dla nas takiej granicy nie ma. Nie umielibyśmy powiedzieć w jaki sposób łączymy gatunki, czy też który z nich jest nam najbliższy. Każdy z nas jest inny i nasze muzyczne upodobania się różnią. To, co powstaje w wyniku naszej współpracy jest efektem zderzenia się ze sobą różnych osobowości i niezliczonych muzycznych oraz poza muzycznych inspiracji. Wkładanie tego do określonych szufladek to zadanie dla odbiorców, my po prostu gramy.

Kolejnym wyznacznikiem muzyki ROSK jest SMUTEK. Przyznam, że nagromadzenie dołującego klimatu jest ogromne – czy to tylko kreacja artystyczna, czy oczyszczacie umysły z takich a nie innych emocji?  

Zdecydowanie to drugie. Wspólne granie jest dla nas rodzajem terapii grupowej. Sposobem na oderwanie się, wyzwolenie i rozwój duchowy. Traktujemy to z ogromnym szacunkiem, bo wszyscy tego szczerze potrzebujemy, żeby normalnie funkcjonować. Kreacja artystyczna, czyli elementy wizualne obecne na naszych koncertach, jest próbą ubrania tego w formę atrakcyjną dla widzów oraz nas samych.

Jesteście w stanie wymienić wykonawców, którzy mieli wpływ na to co dzisiaj prezentujecie – pytanie o tyle zasadne, że w różnych momentach płyty przychodzą mi do głowy kolejne nazwy, ale chcę to usłyszeć od Was…

Pytanie sugeruje, że powinniśmy Ci podać całą gamę artystów – mamy tutaj sześć bardzo różnych osobowości, a efekt końcowy jest rodzajem wypadkowej. Na pewno należy wspomnieć o zespołach Amenra i Cult of Luna, choćby dlatego, że to one nas popchnęły do działania i dały początkowy punkt zaczepienia. Prezentują to, co dla nas jest kluczowe, czyli głęboki smutek i morze klimatu. Bardzo bliskie jest nam też nordyckie brzmienie zespołu Wardruna.

Czystość gatunkowa w dzisiejszych czasach nie istnieje – jak Wam się wydaje – to tzw. jedna szansa by stworzyć coś oryginalnego?

Nie wydaje nam się, żeby czystość gatunkowa obecnie nie istniała – ostatnio wręcz modne robi się granie tradycyjne, stroniące od dodawania elementów kojarzonych z innymi gatunkami. Dla nas w takim graniu nie ma nic szczególnie interesującego, nie spełnialibyśmy się grając muzykę zamkniętą w zdefiniowanych ramach. Odpowiadając na Twoje pytanie – tak, uważamy, że trzeba wyjść poza ramy gatunkowe, żeby spróbować stworzyć coś oryginalnego. Ale warto zaznaczyć, że to, co oryginalne, nie zawsze jest bardziej wartościowe.

Terapia grupowa

Terapia grupowa

Rosk proponuje coś, co bardzo sobie cenię, mianowicie muzykę opartą w dużej mierze na transie i niemal szamańskiej aurze. W jaki sposób dochodzi się do takiego poziomu wtajemniczenia?

To efekt procesu twórczego. Od początku postanowiliśmy grać próby przy odrobinie światła bądź całkowicie po ciemku. Grając wpadamy w trans, do tego zawsze dążymy. To także nasze naturalne zamiłowanie, wielki szacunek i uwielbienie dla natury. Każda nasza próba czy koncert jest tańcem wokół ogniska, gdzieś głęboko w lesie. Po prostu tak odczuwamy muzykę.

Polska metalem stoi, a ostatnio scena post black/coś tam itp., wręcz puchnie od ciekawych zespołów – jest jeszcze miejsce dla Was? Jak widzicie możliwość wypromowania debiutanckiej płyty?

Polska scena black metalowa jest rzeczywiście imponująca, szczególnie w ostatnich latach. Nie ukrywamy, bardzo nas to cieszy. Natomiast czy jest na niej dla nas miejsce? Na to pytanie prędzej Ty możesz nam odpowiedzieć. Nie jesteśmy zainteresowani takimi rozważaniami, pracujemy we własnym trybie. Jak wspominałem, od założenia zespołu do pierwszych prób minął prawie rok, spędzony na siedzeniu w knajpach i przerzucaniu się pomysłami. Tego potrzebowaliśmy, musieliśmy się zżyć i jak najlepiej zrozumieć zarówno muzycznie, jak i personalnie. Nie patrzyliśmy na to przez pryzmat wpasowania się w rynek. Cieszymy się z każdej osoby, którą nasz debiut w jakiś sposób dotknął. Nie wiemy czy jest dla nas miejsce, czas pokaże.

Nagrywaliście w studiu TFN – miejsce działa w sumie od niedawna, wiążą się tez z nim pewne nazwijmy to kontrowersje (sporo ludzi zarzucało Tidesom, że zbieranie kasy na studio w ramach crowdfoundingu jest „słabe”…) – co sądzicie o tym miejscu? Jakie wrażenia wynieśliście z tej sesji?

Każdy ma prawo do swojej opinii o crowdfundingu. W tym wypadku efekt powinien skłonić sceptyków do przemyśleń. Nagrywanie w Nebula Studio było przemiłym doświadczeniem, mimo wielu trudności wynikłych głównie z naszego ambitnego planu nagrania płyty w ciągu dwóch dni (ostatecznie zamknęliśmy się w trzech). Tomek i Maciek z Tidesów byli niesamowicie pomocni od samego początku. Oferowali swój sprzęt i pomagali nam ujarzmić nasz własny. Byli wyrozumiali, wyszli nam naprzeciw i czuć było od początku, że zależy im przede wszystkim na tym, żeby wyszedł z tego dobry album. No i samo brzmienie ukręcili niesamowite. Będziemy wspominać te kilka dni jeszcze długo i z uśmiechem na twarzy.

Z logistycznego punktu widzenia zespoły takie jak Wasz – sześcio i więcej osobowe mogą mieć pewne problemy, bo jest was dużo, a to przekłada się na kasę i więcej problemów z obsługą kapeli – nie boicie się, że organizatorzy będą woleli zapraszać zespoły trzyosobowe, bo to po prostu mniejszy kłopot?

Nie, nie boimy się. Nasz skład musi takim pozostać. Taka muzyka nie zabrzmiałaby dobrze gdyby kogokolwiek brakowało a na tym przecież potencjalnym organizatorom zależy. Poza tym sześć osób to też sześć osób do noszenia sprzętu, jak i sześć osób zrzucających się na busa, studio czy papier toaletowy. U nas pomysł wyrzucenia kogoś z zespołu ze względów logistycznych to trochę jak pomysł utopienia własnego dziecka żeby obniżyć rachunki za wodę. Z logistyką zawsze można sobie poradzić.rosk live chmury

Może to zabawne, ale jak możecie to wytłumaczyć – skąd to upodobanie do utworów przekraczających dziesięć minut?

To nie do końca upodobanie. Siłą rzeczy w trans nie wpadniesz w ciągu dwóch minut. Sam wspominałeś wcześniej o transowości i rytualności naszej muzyki. Powodów jest kilka. Ilość osób w składzie ma znaczenie, bo zwiększa się pula pomysłów składających się na dany utwór. Nie mamy też szczególnych oporów jeśli chodzi o długość utworów. Gdy czujemy, że dany fragment powinien być dłuższy, to gramy go dłużej. Improwizowaliśmy kiedyś na próbie, w wyniku czego powstał zalążek kończącego album utworu „Beneath the Light”. Postanowiliśmy go wtedy nagrać dyktafonem i ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że miał ponad 20 minut. Warto dodać, że właśnie „Beneath the Light” jest jedynym na płycie i pierwszym w naszym dorobku utworem, który napisaliśmy całkowicie wspólnie na próbach. Chyba po prostu tak mamy…

„Beneath the Light” to piękna rzecz, najlepiej działająca w zderzeniu z sugestywną okładką. Nawiasem – skąd ten obrazek? Jest jakieś przesłanie, motyw liryczny, scalający płytę?

Teksty na płycie i sam koncept mają wspólny mianownik – motyw czarnej śmierci. Historia przekazywana za pośrednictwem tekstów, które mają charakter osobisty i zawierają duży ładunek emocjonalny. Nie zostały one napisane przez jedną osobę, powstawały kolektywnie. Chcemy pozostawić pole do własnej interpretacji, nie podając wszystkiego na tacy. Wątek główny to podróż lekarza, który jest przecież zwykłym człowiekiem – podróż zarówno po świecie w czasach zarazy jak i wewnątrz jego własnego umysłu. Dobrym przykładem tej wolności interpretacyjnej jest nasza współpraca z Sagby, Engender Art For Hope, autorem całej oprawy wizualnej płyty, któremu nie daliśmy żadnych konkretów poza hasłami i samą muzyką. Sagby wzbogacił tę historię, która naszym zdaniem bardzo dobrze uzupełniła koncept albumu.

Będąc w takim stylistycznym rozkroku trudno pewnie znaleźć najlepsze miejsce dla siebie jeśli chodzi o koncerty. Z kim czujecie się lepiej – z kapelami czysto metalowymi, czy np. z Obscure Sphinx? Przedrostek „post” jest tu łącznikiem, czy nie ma to znaczenia?

Najważniejsze jest granie z ludźmi o podobnym podejściu do muzyki. Wtedy koncert to nie tylko kilka kapel akurat grających jednego wieczoru w jednym miejscu, to szansa na coś większego i spójnego. Nasz pierwszy koncert pod tym względem był bardzo ciekawy – towarzyszyła nam Gnoza – szamańscy, rytualni bębniarze, oraz ambientowe pejzaże autorstwa Cétieu. Było to zderzenie różnych gatunków, jednak zdaniem naszym i gości był to wieczór pełen klimatu.

I na koniec najważniejsza kwestia – dokąd zmierza ROSK?

Chcemy trwać dalej i rozwijać się. Chcemy być w stanie wywołać w sobie i w słuchaczach więcej emocji. Przenosić się wraz z odbiorcami w inne miejsca i stany duchowe.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Zuzanna Jaszczuk/Nina Kalinowska