REDEMPTOR – Pozaziemska siła

W końcu jest! The Jugglernaut – druga płyta krakowskich fachowców od technicznego death metalu. Album porażający precyzją, groovem, chwytliwością, a jednocześnie wybuchową energią, witalnością i emocjami. Mimo, że Redemptor nie był do tej pory na ustach metalowego świata, nowe wydawnictwo posiada wszystkie niezbędne przymioty, żeby sytuacja uległa zmianie. Aby dowiedzieć się jak powstają tak kapitalne nagrania, gruntownie przepytałem gitarzystę i założyciela kapeli Daniela Keslera, wokalistę Michała „Xaaya” Loranca oraz znanego przede wszystkim jako byłego bębniarza Decapitated, Kerima „Krimha” Lechnera.

Wasz debiut „None Pointless Balance” ukazał się w 2007 roku, a w 2011 pojawiła się ep-ka 4th Density. Nie działacie zbyt szybko. Czy przez dłuższy czas Redemptor był u Was na drugim planie?

Daniel: Wiele czynników złożyło się na długie przerwy między wydawnictwami. Zawsze jako pierwszy jest czynnik ludzki, albo po prostu sprawy, które utrudniają działanie zespołu. Redemptor ma już 13 lat, a dopiero teraz nagraliśmy drugi album. Po drodze było parę demówek i wspomniana ep-ka. Z drugiej strony, nigdy nam się nie spieszyło. Czy ep-ka czy płyta, zawsze chcemy żeby wyszło jak najlepiej, wręcz obsesyjnie dbamy o szczegóły. Do tego doszły rotacje personalne. Zawsze graliśmy death metal, ale z czasem nasz styl ewoluował i nie każdemu to pasowało. „None Pointless Balance” to płyta bardziej klasyczna w death metalowej formie. Na „4th Density” chcieliśmy żeby było więcej groove’u z elementami fusion.

Tworząc „The Jugglernaut” założyliście sobie konkretny cel, mieliście jakąś wizję czy po prostu jest to zbiór utworów, które udało się Wam zrobić w ostatnim czasie?

Daniel: „The Jugglernaut” to koncept album zarówno od strony muzycznej jaki i tekstowej. Kiedyś jeden utwór powstawał nawet kilka miesięcy. Z resztą, mieliśmy też inny system pracy na próbach. Wszyscy brali udział w procesie twórczym. Dlatego tyle to trwało. Tym razem było inaczej. Nagrałem kilkanaście utworów w domu rejestrując ślady gitar i zaprogramowałem partie bębnów. Wszystko wysłałem do oceny chłopakom. Głównym recenzentem był Xaay. Razem też aranżowaliśmy linie wokalne. Nagranie tej płyty było czymś bardzo osobistym. Znaleźliśmy na niej ujście dla całej negatywnej energii.

 gruntownie przepytani

gruntownie przepytani

„The Jugglernaut” w porównaniu do „4th Density” jest mniej brutalny, trochę prostszy w formie i bardziej przebojowy. Świadome zmiany?

Daniel: Nigdy nie graliśmy banalnych rzeczy. Zawsze musiały być dziwne podziały rytmiczne, zawiłe, rozciągnięte riffy, solówki. Nie było to jednak założenie: „grajmy połamaną muzę, bo tak jest fajnie”. To wynikało samo z siebie. Z resztą nie umiem robić prostych riffów, zawsze mnie kusi żeby coś „złamać”. Myślę, że „The Jugglernaut” jest prostszy i w formie i w odbiorze, przebojowy… może być. Paradoksalnie, jest to najtrudniejszy pod względem technicznym materiał jaki kiedykolwiek nagraliśmy.

Xaay: W technicznej chłoście łatwo się pogubić, bo nietrudno o przerost formy nad treścią. Większość takich płyt zwyczajnie męczy swym jednostajnym atakiem, w którym, ironizując, najłatwiej zapamiętać przerwy między utworami. Tym razem chcieliśmy uniknąć plątaniny riffów, a także odstawiliśmy łamańce na rzecz dramaturgii, napięcia i odrębnego charakteru poszczególnych utworów.

Wasza muzyka świetnie koresponduje z nowoczesnymi trendami technicznego death metalu, a jednocześnie nie jest sztuką dla sztuki. Kawałki nie trwają bóg wie ile, a jeśli gracie solówki to zawsze z melodią i feelingiem, nie dla popisu. Czy trudno jest znaleźć tą odpowiednią przestrzeń między banałem a wirtuozerią?

Daniel: Myślę, że to kwestia wyczucia. Są utwory takie jak „Infinite Liberation” czy „Of Juggler, Viper and Crown”, w których jest pełno gitarowego shredu i są takie jak „Sentient Cage” czy „Endless Circle Of Samsara”, gdzie partie solowe budują klimat i przestrzeń. Powiedzmy, że są bardziej uduchowione. Utwór, jego forma i przekaz jaki ze sobą niesie, determinują ostatecznie jakie będą partie solowe. Wszystko ma swoje miejsce. W przeciwnym razie wychodzą skarpety i sandały (śmiech).

Xaay: Postawiliśmy na żelazny rygor przy aranżowaniu. Wróciliśmy do refrenów, utemperowaliśmy zapędy do umieszczania zbyt wielu wątków i bardzo wiele uwagi poświęciliśmy kwestii brzmienia, stawiając sobie za cel organiczny, naturalny sound. Chcieliśmy, aby odbiorca chłonął całość niczym opowieść. Zmasowany atak agresywnych bodźców zostawiliśmy na inną okazję.

Daniel: Płyta brzmi żywo. Zależało nam na uzyskaniu możliwie naturalnego brzmienia. Jest dużo dynamiki, materiał nie atakuje uszu na jednym, wykręconym na maksa poziomie. Gitary zostały nagrane na pasywnych przetwornikach. Na bębnach nie ma żadnych próbek (jedynie na stopach jest delikatny miks żywych z próbką) i żadnej ingerencji w ślady. Trochę pracy nas to kosztowało, ale za każdym razem kiedy wracam do płyty, czuję ogromną satysfakcję.

W słowniku języka angielskiego nie znalazłem słowa „jugglernaut”. Zdradzicie co się kryje za tym hasłem, być może nawet konceptem?

Xaay: „Jugglernaut” to wymyślony na potrzeby płyty neologizm. Łączący słowa „juggler” i „juggernaut”. Żongler i upraszczając, wielka, niszcząca, niepowstrzymana siła. Tytuł odnosi się do głównego tematu tekstów. Jest nim spojrzenie na rodzaj ludzki, podzielony na chaotyczną masę i zorganizowany establishment. Powstaje pytanie, kto za tym wszystkim stoi, czy jest to tylko ludzka natura doprowadzająca do takiego podziału, demiurg, pozaziemska siła, czy też wyższa inteligencja, dla której rodzaj ludzki to jedynie laboratoryjny eksperyment na tej planecie. Pozostawiamy to na etapie pytania retorycznego, nieco abstrakcyjnego ponieważ pole interpretacji owoców ludzkiej percepcji jest olbrzymie. Jesteśmy niczym żywioł, którym włada ukryta, nieobliczalna, symbolicznie żonglująca tym wszystkim siła. Zawsze na krawędzi błędnego koła kreacji i destrukcji. Rzucamy światło na fakt, iż od zarania dziejów masy i jednostki ludzkie są ze sobą perfidnie konfliktowane. O co w tym wszystkim chodzi? Tak jak my badamy w laboratoriach szczury, wystarczy pójść krok dalej i przenieść to na większą skalę.

Pozaziemska siła

Pozaziemska siła

Jak Krimh dołączył do zespołu? Zagracie wspólnie koncerty?

Daniel: Poznałem się z nim kiedy przyjechał na przesłuchanie do Decapitated. Wcześniej znałem się z Voggiem, razem pracowaliśmy. Zespół potrzebował ekipy technicznej na koncerty. Pojechałem jako technik od gitar. Zobaczyłem Krimha w akcji. W tamtym okresie mieszkał w Krakowie. Spotykaliśmy się od czasu do czasu. Potem, kiedy pojawił się pomysł na płytę Redemptor wybór był oczywisty. Zaczęliśmy wyliczać jakie cechy powinien mieć perkusista: musi mieć cios w łapie, powinien grać blasty przynajmniej 250BPM, powinien grać z groovem. W skrócie powinien umieć wszystko (śmiech). Baliśmy się, że z jakichś powodów będzie musiał nam odmówić, ale na szczęście miał wtedy trochę czasu. Do nagrania przygotował się w cztery tygodnie. Efekty przerosły nasze oczekiwania a nie miał lekko (tu link wideo z nagrywania bębnów). Krimh jest zainteresowany koncertami. Myślę, że najbliższy zagramy w Krakowie na jesieni.

Krimh, na czym polega różnica w bębnieniu dla Decapitated i Redemptor? Który materiał jest trudniejszy, „Carnival is Forever” czy „The Jugglernaut”?

Kerim-redemptorKrimh: W Redemptor jest więcej gwałtownych zmian tempa i cały zarys bębnów jest mniej sztampowy. Z Decapitated grałem bardziej bezpośrednio, bardzo dużo używając podwójnych stóp. Oba materiały są wymagające technicznie i warsztatowo. Myślę jednak, że znacznie bardziej skomplikowany jest „The Jugglernaut”. Może nie jest to wyjątkowo szybki album, ale dużo się na nim dzieje i zapanować nad perkusją nie było łatwo. Poświęciłem ogromną ilość czasu przygotowując poszczególne partie, liczyłem bity i rozbierałem kawałki na elementy pierwsze.

Dostałeś wolną rękę przy aranżowaniu bębnów?

Krimh: Daniel przygotował dla mnie zaprogramowane komputerowo ścieżki, które wyznaczyły kierunek, w którym miałem pójść. To, co przygotował było właściwie nie do zagrania lub było zbyt skomplikowane, więc przearanżowałem pewne fragmenty, tak żeby to miało sens. Było z tym bardzo dużo roboty, ale jestem niezwykle zadowolony z efektu końcowego.

Opowiedzcie jeszcze o samym procesie pisania materiału.

Xaay: Daniel odpowiadał za tworzenie części instrumentalnej, aranże bezpośrednio konsultując ze mną. Tym sposobem zachowany został charakter i styl tworzenia Daniela, a materiał, jak na techniczny death, jest całkiem przyswajalny. Pułapką tego gatunku jest to, że gitarzyści często tracą percepcję utworu poprzez granie skomplikowanych technicznie riffów, dodawanych jeden po drugim. Niezbędny jest człowiek „świeże ucho”, czyli wytrawny słuchacz, którego pierwszy odbiór i wyobraźnia podpowiedzą właściwy kierunek. Z wokalami było w drugą stronę, ja komponowałem frazowanie, zaś Daniel weryfikował, czy się zgadza. W teksty mi się nikt nie mieszał, bo są po angielsku (śmiech).

„The Jugglernaut” zarejestrowaliście pod okiem Arka „Malty” Malczewskiego w Sound Division. Materiał zmieniał jeszcze swoją postać w studiu?

Xaay: Z mistrzem Maltą znamy się już ładnych parę lat, zatem gdy nadarzyła się okazja zrobić coś razem innego niż alkoholokaust, decyzja zapadła natychmiastowo. Malta zajął się miksem i masteringiem „4th Density” i trafił idealnie w naszą wizję, mimo że nie pracowaliśmy wtedy razem na miejscu. Wiedzieliśmy że przy „The Jugglernaut” Malta będzie również najlepszym wyborem. Warto tutaj także dodać, iż warunki w Sound Division są znakomite. Pod wytrawnym okiem i uchem Filipa „Heinricha” Hałuchy zostały zarejestrowane również ślady bębnów oraz reamping basu. Ponadto w brzmienie płyty wkład mieli również Paweł Grobler (reamping gitar) oraz Krzysztof  Nowowiejski (pomoc przy realizacji nagrań wokalu). Jak widać do studia wchodziliśmy często i w różnych miejscach, ale generalnie zrobiliśmy wcześniej pre-produkcję zamykającą album w formie już przed nagraniami na czysto.

Jednocześnie z premierą „The Jugglernaut” wypuszczacie wznowienie starszych materiałów „None Pointless Balance”, „4th Density” oraz nie wydanego do tej pory dema „Nanosynthesis”. Skąd ten pomysł?

Xaay: Nic tak nie frustruje twórcy jak materiał leżący w szufladzie. Wydanie poprzednich trzech tytułów to zwieńczenie etapu, który był kształtowaniem się obecnego poziomu Redemptor. Te materiały są wciąż ciekawym kąskiem dla maniaków, zaś formuła „trzy w jednym” w ekskluzywnym wydaniu powinna odpowiednio zaostrzyć apetyt.

Mimo faktu, że nie można nazwać Was gołowąsami, jesteście doskonałymi instrumentalistami oraz nagraliście kapitalny album, nie udało się Wam znaleźć labela chętnego do wydania płyty i wydaliście ją sami pod szyldem Guitarmanic Records. Czujecie w jakimś stopniu rozczarowanie?

Xaay: Takie są realia. Techniczny death metal zabrnął w kozi róg. To już nie widowiskowe przekraczanie barier jak kilka czy kilkanaście lat temu. Obecnie to nisza dla maniaków, z coraz węższym kręgiem odbiorców. Konwencja dla większości wykonawców to przede wszystkim pasja i drogie hobby. Jeśli większy wydawca nie jest w stanie zarobić na wydaniu z kilkukrotnym zyskiem, po prostu w to nie wchodzi. Znajomości i układy nic nie zmieniają. Czysty biznes, firma pada jeśli nie jest dochodowa. Nie czuję się rozczarowany. Za długo w tym siedzę, żeby liczyć na coś innego niż własny trud i portfel. Jesteśmy też zbyt uparci i szczerzy względem siebie samych, żeby robić stricte komercyjną muzykę. Założyliśmy, że płyta ma się podobać nam i maniakom, którzy wychowali się na tym samym mieleniu co my.

Xaay, być może w środowisku metalowym jesteś lepiej znany jako autor grafik dla Nile, Behemoth, Decapitated, Kamelot, Necrophagist, Jelonka, Nomad, Crionics, Lost Soul czy Traumy niż jako wokalista Redemptor. Przede wszystkim myślisz o sobie jako o muzyku czy grafiku?

Xaay: Nie uważam się za muzyka. Do tego trzeba mieć solidne przygotowanie i codzienną praktykę. Aczkolwiek tworzenie muzyki i jej wykonywanie, to dla mnie dodatkowe realizowanie się. W konwencji, na której wyrosłem i która sprawia mi wciąż masę frajdy. Muzyka konserwuje i zachowuje ludzi młodymi, szczególnie duchem. Grafika zaś to moja druga pasja, z którą dosyć dawno temu połączyłem swoje życie zawodowe, wypełniające większą część dnia. W każdym razie obie rzeczywistości są w moim przypadku ze sobą silnie splecione.

Daniel: Skromnyś aż nad to! Xaay ma od lat swój projekt Nepenthe. W 2006 roku nagrał debiutancką płytę. Wszystko zrobił sam. Wystarczy, że weźmie gitarę do ręki i gra. Ja, żeby coś sensownie zagrać muszę poćwiczyć, a ten bierze gitarę i wszystko mu się zgadza!

W 2010 w Krakowie założyliście heavy metalową szkołę nauki gry na gitarze elektrycznej Guitarmanic. Pracuje w niej Daniel i Hubert Więcek, a także Jacek Hiro oraz Maciek Howaniec. Skąd wziął się pomysł?

Daniel: Pomysł tlił się w mojej głowie przez kilka lat, ale dopiero w 2010 roku byłem na tyle zdeterminowany, aby ją założyć. Wszyscy mieliśmy wcześniej doświadczenie w prowadzeniu prywatnych lekcji. Wiadomo jak to z reguły wygląda, jedziesz do ucznia, albo on do ciebie, wszystko jest na gębę. W Guitarmanic jest zupełnie inaczej. Obecnie, siedzibą szkoły jest duży, piętrowy dom z trzema salami dydaktycznymi i dwoma salami prób. Zajęcia odbywają się indywidualnie. Jacek i Hubert są ze mną od początku. Każdy z nas ma grupę uczniów, za którą jest odpowiedzialny. Znamy się od lat, jesteśmy kumplami, razem gramy. Hubert ma Banisher, ale gra też w Redemptor. Z kolei ja gram z Jackiem w Sceptic. Maciek jest z nami odredemptor fot. Monika Osuch niedawna, ale już się zaaklimatyzował. Żeby zamknąć okrąg musiałby jeszcze grać z Hubertem w Banisher (śmiech)!

Daniel, Ty i Hubert jesteście oficjalnymi gitarzystami Ibaneza. Jak zdobywa się taki deal i z czym się on wiąże?

Daniel: Wszystko zaczęło się od Guitarmanic. Nawiązałem współpracę z Meinl Distribution Germany, dealerem gitar Ibanez w Europie. Nasze wspólne działania na rzecz marki, promocja zarówno w Polsce jak i za granicą przyczyniły się do tego, że staliśmy się oficjalnymi przedstawicielami Ibaneza (tzw. endorsement). Deal polega na szeroko pojętej promocji i obustronnym wsparciu. Osobiście czuję ogromną wdzięczność za docenienie mojej ciężkiej pracy i za zaufanie jakim obdarzyli mnie koledzy z Meinl Distribution.

Nie trzeba być geniuszem, aby po przesłuchaniu „The Jugglernaut” domyśleć się, że wśród Waszych ulubionych kapel są Death, Gorguts, Cynic, Pestilence czy Atheist. Czy każdy może nauczyć się matematycznej dokładności i nienagannej techniki czy do tego trzeba czegoś więcej?

Daniel: Wymieniłeś wspaniałe zespoły. Inspiracja to motor do działania. Od paru lat fascynują mnie również takie zespoły jak: Gojira i Ulcerate. Jestem też fanem polskich zespołów, Decapitated, Lost Soul i oczywiście Sceptic. Każdy, kto sumiennie ćwiczy, może być dobrym rzemieślnikiem. To „coś więcej” powoduje, że muzyka staje się wyjątkowa. To cechuje wszystkie wyżej wymienione zespoły. Czy w naszym przypadku jest tak samo? Niech każdy przekona się sam.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu/Monika Osuch