RARA – Wiejskie serca

Niedawno, w rozmowie z szefem Zoharum, poruszyłem kwestię nowej płyty Rara, jako jednej z ciekawszych, tegorocznych pozycji tej stajni. Teraz postanowiłem bezpośrednio porozmawiać z zespołem/projektem, który niedawno popisał się świetną płytą W//\TR. Połączenie akustycznych przestrzeni z elektronicznymi preparacjami, niesamowity klimat i medytacja to wyznaczniki tej produkcji a Rara może wkrótce stać się równie rozchwytywana jak Stara Rzeka, czego im oczywiście życzę. Z Rafałem Skoniecznym, szefem Rara, poruszyliśmy wiele wątków – od muzyki do pasji literackiej. Zapraszam do lektury.

Początki zawsze są banalne, zatem zacznijmy od Twojej historii muzycznej. Jaki był twój pierwszy instrument i co pchnęło cię w kierunku tworzenia własnej muzyki?

Nie pamiętam dokładnie – albo gitara akustyczna zakupiona przez mojego ojca na rosyjskim bazarze, albo keyboard marki Thompsonic. Musiałem mieć wtedyrara_rehersal_space jakieś 5 lat. No i skoro miałem już ten instrument, to trzeba było zacząć na nim grać.

Pamiętasz pierwszy zagrany kawałek? Co to było? Kower Kraftwerk czy jakiś kawałek Dezertera?

Raczej „Zegarmistrz światła” lub „Whisky moja żono” (śmiech).  „Dom wschodzącego słońca”! W każdym razie – zaczynałem od jakichś potworności.

Przyznam, że głównym powodem naszej rozmowy jest świetny album RARA, ale zanim do niego przejdziemy, zdradź jak to w końcu jest z tą nazwą – Rara czy Przed Państwem Rara?

Jak wolisz, wszystko jedno. Zaczynałem od Przed Państwem Rara, ale odkąd gramy we trzech, przyjęliśmy skróconą nazwę. Dowolność z jaką organizatorzy koncertów wykorzystują jedną lub drugą nazwę jest po prostu wzruszająca. Niestety, mamy zbyt wielu fanów na facebooku, więc opcja zmiany nazwy profilu została zablokowana.

Muzyka jaką słyszymy na nowej płycie jest tak wielowątkowa, że trudno Cię sklasyfikować. Jak doszedłeś do takiej formy muzycznej – czy to były lata poszukiwań czy taką koncepcję po prostu sobie wymyśliłeś? A tak w ogóle – Rara to zespół czy Twój projekt solowy?

Solo pod szyldem Rara zagrałem może trzy koncerty. Ale po pierwszej płycie, którą zrobiłem sam, zacząłem grać z Mikołajem i Michałem i „W//\TR” jest już dziełem zespołowym. Ostateczny kształt tego albumu to oczywiście suma naszych umiejętności i doświadczeń, przemyśleń mieliśmy niewiele. Wymyśliliśmy jedynie, że ma to być bardzo długa płyta i mieć góra trzy kawałki. Jak widać, wyszło inaczej.

rr Ten „lot”, jak ja to nazywam, to najlepszy aspekt płyty. Przyznam, że kiedy jej słucham, mam wrażenie, że mogłaby trwać kolejną godzinę. Ale do rzeczy – jest w tej muzyce pewna, jak to nazwałem „ludyczność”, taka swojska nuta, która kojarzy się z wsią czy poranną łąką. Czy to nietrafione skojarzenia, czy jest coś na rzeczy? Nie posądzam was o wpisywanie się w pewne nurty – o których za moment – ale coś takiego mi tu rezonuje…

Dobre skojarzenia. Ja bym dodał do tego jeszcze „organiczność”. Baza naszej muzyki – przynajmniej na tych dwóch płytach – to gitary akustyczne. One same w sobie wnoszą już trochę tej sielskości, ale wszyscy trzej, chociaż mieszkamy w dużych miastach, mamy chyba „wiejskie” serca. Nie zamierzam do tego dorabiać filozofii, bo jej tam nie ma. Wiedzieliśmy, że niezależnie od tego, co nagramy, będzie to hymn na cześć natury. Natury, która odradza się na gruzach cywilizacji. Mam nieodparte wrażenie, że karygodne ludzkie rządy na tej planecie lada moment się skończą i wówczas zacznie powracać pamięć o czymś pierwotnym, co zapisane jest głęboko w ziemi. W wymiarze fabularnym – o ile ktoś miałby ochotę podjąć się interpretacji – „W//\TR” ma zwartą i zamkniętą konstrukcję. Z ponurym wstępem i optymistycznym, podniosłym wręcz, zakończeniem. Echo po wielkim wybuchu na początku. Gen na końcu jako gwarant, że to, co istotne, nigdy nie zginie.

Ha, jest w tym coś ciekawego. Czytałeś „Świat bez nas” Alana Weismana? Bo słuchając płyty wyobrażałem sobie właśnie taki czysty  świat nie skażony ręką ludzką. Jest w tym też pewna przewrotność, bo swoją muzykę częściowo opieracie przecież na elektronice, czyli tzw wysokiej myśli technicznej…

O widzisz, a ja właśnie mówię o świecie skażonym ludzką ręką! Jestem mocno wyczulony na architekturę, na to, co ona do nas i o nas mówi, jak koresponduje z naturą. Wizja ruin stopniowo przejmowanych przez dziką roślinność jest tak przejmująca, że w takich miejscach czuję się… nie wiem jak to nazwać – usatysfakcjonowany, bezpieczny. Jednocześnie mam poczucie, że w kryje się w nich pamięć, którą utraciliśmy. Nawet więcej – pamięć, do której nigdy nie mieliśmy dostępu. Ale masz rację, „W//\TR” to muzyka świata już bez nas. We wkładce do płyty zamieściliśmy fragment „Melancholii sprzeciwu” – wybitnej powieści Krasznahorkaia. Z grubsza jest tam mowa o tym, że dopiero w ruinach można zobaczyć całość, zamysł jaki był na początku. W ruinach jest wszystko, co zbudowane. To jest dla mnie najważniejsza myśl XXI wieku i nie dziwi mnie to, że padła z ust węgierskiego powieściopisarza opiewającego węgierskie zadupia, które nota bene miałem okazję zobaczyć. Jeśli zaś chodzi o elektronikę – jest jej naprawdę niewiele. Właściwie jest jej tak mało, że aż głupio widzieć swoją płytę w dziale „elektronische musik”. Większość dźwięków i brzmień to niestety gitary, do tego akustyczne i tylko czasami preparowane.

To ciekawe, dopiero taka rozmowa rzuca światełko na muzykę… Nie ukrywam, że porównuję „Wiatr” do ostatniej płyty Starej Rzeki. Nawet ostatnio rozmawiałem o tym z Michałem/Zoharum… Uważam, że to dość podobny koncept, choć nie wiem, czy Kuba aż tak bardzo chce się uwolnić od człowieka. W każdym razie – nie uważasz, że takie płyty jak Twoja są czymś w rodzaju pomostu między muzyką medytacyjną, eksperymentalną a folkiem, jako swego rodzaju tęsknotą za naturą? Ambientowy folk brzmi durnowato, ale nie mam na ten moment innego określenia…

Wiesz co, nie jestem pewny, czy za naszą muzyką kryje się jakakolwiek tęsknota. Nie wiem, co Mikołaj i Michał mają do powiedzenia na ten temat, ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że naczelnym tematem moich działań artystycznych jest pamięć i tej pamięci zanikanie. Nie inaczej jest i z moją intencją względem drugiej płyty Rary. Nie chodzi o utrwalanie pamięci „o czymś” – raczej o zjawisko jako takie. Geny jako nośnik pamięci oraz czas jako oponent zacierający ślady. W ogóle dużo na temat „czasu” można by powiedzieć przy okazji „W//\TRU”, często odwoływaliśmy się do tej kategorii grając i konstruując płytę. Dlatego też – w warstwie ogólnej atmosfery – nawiązujemy do „Czarodziejskiej góry” Manna. A jeśli chodzi o Starą Rzekę, to myślę, że jest tam więcej słowiańszczyzny i jednocześnie więcej zachodnioeuropejskiej tradycji, niż u nas. Mi się nasza muzyka kojarzy bardziej z jakąś Australią i wczesnym kinem Petera Weira. Ale faktycznie, wspólny mianownik jest – czy to folk? Nie wiem, skłaniałbym się raczej ku takim pojęciom jak „trans” i przywołany już przez Ciebie „lot”.

Wiejskie serca

Wiejskie serca

To wszystko co powiedziałeś układa się właśnie w dwa słowa – trans i medytacja. Bo tak odbieram płytę – jako zawieszenie w przestrzeni, przejście do innego wymiaru. Być może to jedyna obawa związana z krążkiem – że w dzisiejszym, zabieganym świecie mało kogo stać na luksus poświęcenia muzyce odpowiedniej ilości czasu. Po łebkach się nie da…

Co ja mogę na to odpowiedzieć? Jak ktoś słucha po łebkach, to niech nie zawraca sobie głowy naszą płytą i posłucha innej. Nikt się nie pogniewa. Moja siostra mówi, że jej półtoraroczny synek najlepiej zasypia przy „Pasażerach wiatru”. To jest jakaś opcja, jest pożytek z tej muzyki.

Z drugiej strony można na płycie znaleźć jednak trochę odwołań do, hmmm, kultury masowej, do tej zbiorowej ekstazy, mówię o finale „Pasażerów wiatru” – tak a propos siostry – gdzie mamy ekstatyczny techno bit. Dość zaskakujący jak na tę płytę element. Co oczywiście cieszy…

No tak, druga część to już hulający wiatr. Zresztą, coraz więcej u nas rytmiki. Nowe rzeczy, które majaczą na horyzoncie, bazują na rytmach, ale nie wiem, czy to jest kierunek, w którym będziemy zmierzać. Zaś jeśli chodzi o kulturę masową, to ja po prostu jestem jej dzieckiem, nie ucieknę od odwołań, choćby nieświadomych. Czytam i kolekcjonuję tzw. powieści graficzne, ale też komiksy superbohaterskie. Uwielbiam kino nowej przygody, włoskie horrory, postapokaliptyczne arcydzieła tandety w stylu „The Knights” Pyuna, ale cały czas na nowo przeżywam dzieła Bergmana czy Kurosawy. No a oprócz tego słucham poważki, jaram się awangardą nowojorską i czytam klasyków. Jestem barbarzyńcą w ogrodzie i jednocześnie słoniem w składzie porcelany.

Właśnie – mówisz o tworzeniu muzyki – jak to wygląda w przypadku Rara? Od czego się zaczyna? Kiedy impuls powoduje, że muzyka zaczyna rezonować w głowach i przybierać konkretne kształty?

Rara to przede wszystkim intuicja, instynkt, brak planu, lot. Czasami rozwijamy czyjś pomysł, a czasami improwizujemy, łapiemy co lepsze momenty i później wokół nich kombinujemy. „Pasażerowie…” to był pierwszy kawałek jaki zrobiłem solo, ale nie wszedł na pierwszą płytę, bo nie miałem pomysłu na drugą część. Dopiero z Mikołajem i Michałem byliśmy w stanie nadać mu ostateczny kształt. Z kolei „Szepty w głowie Elly Brand” powstały całkowicie w studiu na podstawie mglistego wyobrażenia o tym jak można by zagrać na gitarze klasycznej w samym sercu Sopotu, czyli na Monciaku. Kuba Ziołek, który gościnnie zaśpiewał w tym numerze, wymyślił swoją linię w ciągu parunastu minut i od razu ją nagrał. A już „Budowniczego ruin” rozwijaliśmy na koncertach przez co najmniej rok. I tak to z grubsza wygląda.

Zdarza się Wam na koncertach „odlecieć”, wyjść tak dosłownie poza czas i ciągnąć jakiś kawałek w nieskończoność? Cały czas marzy mi się właśnie taki koncert, gdzie zapomina się o czasie i leci w nieznane…

Owszem. Nie skłamię jeśli powiem, że praktycznie każdy koncert kończymy jakimś odlotem – mniej lub bardziej udanym. No ale to jest wliczone w naszą działalność. Próby gramy rzadko, każdy z nas mieszka w innym mieście. Kiedy już się spotykamy, musimy grać na najwyższych obrotach, bo wiadomo, że dubla nie będzie, albo będzie nie wiadomo kiedy. Takie podejście uczy dyscypliny, ale też nie wróży dynamicznej kariery.

No właśnie – poruszyłeś drażliwy wątek. Kariera. Decydując się na tworzenie muzyki w pewnym sensie niekomercyjnej, ustawiacie się w szeregu głodnych artystów, co żyją sztuką. To trochę denerwujące, nieprawdaż? A jednocześnie sukces Starej Rzeki mówi, że można na tej muzyce coś „ugrać”. Czy Poczynania kolegi Ziołka dają Wam nadzieję, że może i Rara zostanie zauważona w nieco szerszym kontekście?

Ciężko mi jest odpowiedzieć na to pytanie, bo pojęcie „kariery” już dawno usunąłem ze swojego słownika. Ani o nią nie zabiegam, ani na nią nie liczę. Na całym świecie są przykłady artystów tworzących muzykę ambitną, wymagającą, którzy cieszą się estymą i uznaniem. Ale mówimy o undergroundzie, jestem niemal pewny, że nie ma to przełożenia na kwestie finansowe. Kuba ciężko sobie zapracował na swój sukces i nie mam wątpliwości, że sprawiedliwości stało się zadość. Założę się jednak, że też płaci za to swoją, pewnie niemałą cenę. Ja tak nie pracuję, mam jeszcze inne zainteresowania i aktywności równie absorbujące. Jeszcze dziesięć lat temu nie przeszłoby mi to przez gardło. Ale teraz – jestem już za stary, żeby osiągnąć to, co chciałem osiągnąć jako nastolatek z głową pełną ambicji i sercem wypchanym uczuciami. Wiem też, że nie mam tyle talentu, żeby nagle olśnić wszystkich wkoło. Jeśli w moim graniu jest coś wartościowego, to wierzę, że ludzie to zauważą i docenią – bardziej im w tym już nie mogę pomóc. Pewnie Mikołaj się obruszy na to, co teraz powiem, bo to on najmocniej ciśnie na to, żebyśmy poświęcili się całkowicie graniu, ale sądzę, że Rara przejdzie bez echa, a raczej będzie wybrzmiewać jak echo po wybuchu bomby kogoś innego, na przykład Starej Rzeki, he, he…rara2016

No to sam się „wkopałeś”. Jakie „inne aktywności”? Opowiadaj, żeby udowodnić, że muzyka to nie wszystko. Tym samym będzie trochę prywaty, czyli artysta obdarty z scenicznych szat…

Piszę. Jakoś tak wyszło, że piszę, albo mówiąc szerzej – wykazuję aktywność literacką. To zajęcie o wiele bardziej wymagające, czasochłonne i wyczerpujące. Piszę opowiadania o fatum, utracie pamięci i czasie oraz oczywiście wiersze. Żeby czytelnicy mogli posmakować tej prozy, musieliby czytać periodyki kulturalne. Masz tu takich czytelników? W przedostatnim eleWatorze na przykład ukazał się długi kawałek o… traceniu pamięci.  Tytuł – „Sekwencja”. Relatywnie niedawno zredagowałem wybór wierszy Grześka Każmierczaka z Variete, a jeszcze w tym roku ukaże się moja trzecia książka z wierszami – „Antologia hałasu”. No tak, to pisanie i muzykowanie jest w jakimś przedziwnym splocie. Jedno wynika z drugiego, te dwa wymiary się przenikają. Ja po prostu mam swój naczelny, życiowy temat i go wałkuję na wszystkie możliwe sposoby. Ale gwarantuję, że komiks, który teraz piszę, będzie odjeżdżał już w inne rejony. Więcej się będzie działo. Oczywiście, bez apokalipsy i fatum się nie obejdzie, ale pojawią się również wątki komediowe.

No to wróćmy jeszcze do muzyki, bo jest taki wątek – „Przynieś to z nocy”, kawałek bardzo piosenkowy, cały czas mocno rezonuje mi nu gaze’owym klimatem. Te senne wokalizy, miękka elektronika itp. Przypadek, czy shoegaze gdzieś tam się dobrze kojarzy?

Przypadek. To miał być prosty, folkowy kawałek. No ale jak już zaczęliśmy dokładać te klawisze… I jeszcze Ola Bilińska ze swoim anielskim głosem. Jak zwykle wpłynęliśmy na nieznane wody.

Jak wyglądają koncerty – dużo sztuk gracie? Jakie muszą być spełnione warunki, żeby Rara mogła pojawić się w mieście? Macie jakieś specjalne wymagania, rider bogaty?

Gramy niewiele koncertów, bo jesteśmy w rozjazdach, mamy inne zobowiązania i własne życia. Mikołaj – jak wiadomo – gra również w Alamedzie 5 i T’ien Lai. Michał jeździ po świecie, bo szuka przygód. A ja od niedawna poświęcam sporo czasu swojemu półtoramiesięcznemu synkowi, próbując być najlepszym ojcem jakim się tylko da. Ale oczywiście, koncerty to nasz żywioł, więc kiedy już gramy, wkładamy w to maksimum energii i serca. Jeśli gramy jako trio, potrzebujemy nagłośnienia i uczciwego wynagrodzenia. Ale jeśli ktoś chciałby zobaczyć Rarę w wydaniu rozszerzonym – z Kubą i Olą – no to już musiałby rozbić większą świnkę skarbonkę. Jak już mówiłem – jesteśmy rozsiani po Polsce, wręcz po świecie, więc bez konkretnej logistyki się nie obejdzie. Koncert premierowy graliśmy w Gdańsku w pięcioosobowym składzie i to było piękne przedsięwzięcie. Mogła wyjść kompletna klapa, albo sztos. Wyszła taka petarda, że do dzisiaj zaczepiają mnie obcy ludzie, żeby mi o tym powiedzieć (śmiech). Mam to szczęście, że gram z bardzo utalentowanymi ludźmi, którym wystarczy instrument i źródło prądu, żebyśmy mogli wspólnie wykreować światy równoległe bez specjalnego przygotowania.

I tradycyjnie na koniec – parę słów o tym, co czeka nas ze strony Rara w najbliższych miesiącach?

We wrześniu robię oprawę muzyczną festiwalu Biura Literackiego – Stacja Literatura 21 w Stroniu Śląskim, a na jesieni pewnie zagramy w dwóch, trzech miejscach, jeśli uda nam się dograć szczegóły. Działamy nieśpiesznie, bez managera. I tak wiadomo, że większej kasy z tego nie będzie, więc bardzo pieczołowicie wybieramy oferty koncertowe, żeby to wszystko miało chociaż artystyczny sens.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Jakub Knera (foto koncertowe)/archiwum RARA