RAPE ON MIND – ciemne zakamarki podświadomości

Polska scena muzyczna wzbogaciła się o kolejny, udany debiut z kręgów matematycznego rocka i metalu. Wprawdzie Rape On Mind istnieje już od kilku dobrych lat, jednak dopiero teraz ujawnił się z debiutanckim, nagranym i wydanym własnym sumptem albumem, o którym pisałem już na łamach Violence. „Downwards” to 28 minut solidnej, muzycznej matematyki, ukłonów w stronę „Chmury nie było” i ekstremalnej awangardy a przede wszystkim pokora w postrzeganiu siebie jako muzyków i dystans do całego biznesu. Za konsekwencję, że o umiejętnościach muzycznych nie wspomnę, należy się muzykom szacunek. A przed państwem gitarzysta formacji – Bartek Kaliszczak.

Zasadniczo pierwsze pytanie powinno brzmieć – dlaczego tak długo musieliśmy czekać na debiutancką płytę – co przez te wszystkie lata nie pozwoliło Wam pokazać światu swoich wypocin?

Dlaczego tak długo zeszło nam nad debiutem? Powodów jest kilka. Po nagraniu promo ze świętej pamięci Szymonem Czechem w 2007r. zespół znalazł się w zawieszeniu. Ja wyjechałem za granicę, dla chłopaków skończył się okres sielanki studenckiej i koniec końców każdy wylądował w innym mieście, co znacznie utrudniało granie prób. Wróciłem do Polski w 2009 i dopiero, kiedy zamieszkałem w Krakowie z Wawrzyńcem (dr) postanowiliśmy ruszyć i prędzej czy później nagrać całą płytę. Pisaliśmy kolejne songi i dopieszczaliśmy aranżacje ROM Live2poprzednich a co najważniejsze – znaleźliśmy wokalistę w osobie Jacka Brzozowskiego (Sothoth), dla którego muzyka ROM była czymś kompletnie nowym. Trochę czasu zajęło zgranie się i w maju 2011 zaczęliśmy nagrania (od rejestracji  bębnów w studio Spart…) które zakończyliśmy w Sound Great Promotion (Gdynia) w kwietniu 2013.

Granie muzyki to w pewnym sensie ekshibicjonizm – muzyk obnaża swoje emocje, pokazuje swój talent itp. Szczególnie zaś w przypadku tak trudnych dźwięków zastanawia mnie jaka jest motywacja tworzenia – chęć udowodnienia czegoś, czy jednak osławione „granie dla siebie”?

Ciężko powiedzieć. Nigdy nie twierdziłem, że Rape on Mind to techniczne granie. Takie dźwięki lubimy i takie chcemy grać. Duże znaczenie w trakcie tworzenia utworów ma tzw. chemia. Na pewno musimy sami być przekonani co do pomysłów i aranżacji tego, co robimy. Jeśli gdzieś pojawia się jakieś „ale”, dalej dłubiemy przy danym utworze. W tak pokręconym graniu ważne jest, by nie robić nic na siłę, żeby tylko było inaczej, bo można zwyczajnie przekombinować, co nie jest dobre. Szukamy raczej ciekawych pomysłów i brzmień niż na siłę łamiemy gryfy (śmiech).

ROM dołącza do pozytywnie zakręconych zespołów z kręgu matematycznego metalu; myślisz, że macie do powiedzenia coś nowego maniakom takiego grania?

Ameryki nie odrywamy, uważam jednak, że mamy do zaoferowania 28 min ciekawie zakręconej muzy. Nie zaklasyfikowałbym ROM do matematycznego metalu jak Moja Adrenalina czy Phobh. Na pewno jest takie wrażenie dzięki specyficznej, połamanej grze Wawrzyńca. W Polsce nie mamy takich bandów zbyt dużo i każdy ma charakterystyczny dla siebie element. Jedni idą bardziej matematyczną drogą, inni bardziej post metalowo. W Rape chcieliśmy zawrzeć trochę z każdego nurtu, by w tej pokręconej muzie było również słychać emocje, jakie zawarliśmy w tych utworach.

Jak wyglądały Wasze początki – co pchnęło Was do tworzenia takiej muzyki?

Zespół założył Marcin z Wawrzyńcem i – o ile mnie pamięć nie myli – chcieli iść w kierunku technicznego metalu a la Yattering. Ja dołączyłem w 2004 i jako, że nigdy nie grałem najlepiej, stawiałem raczej na ciekawe a zarazem proste pomysły na aranżację drugiej gitary. Duży wpływ na naszą twórczość w tamtym okresie miały Kobong, Antigama i Nyia, której po prostu mogę słuchać w kółko. Ekstrema w najlepszej formie.

Wiem, że staracie się unikać porównań do pewnych zespołów, jednak chyba nie da się tego uniknąć. Zacznijmy może od Kethy, z którą łączą was więzy personalne. Osobiście uważam, że „Downwards” to rozwiniecie pomysłów, które pojawiły się na pierwszym albumie tego zespołu – można znaleźć taki punkt wspólny?

Nie zgodzę się z Twoim ostatnim stwierdzeniem. Fakt faktem, bardzo dużo nas łączyło z Ketha i poprzez osobę Wawrzyńca, Maćka, który pomógł nam zarejestrować pierwsze demo i promo, Sebastiana, który zarejestrował partie basu. W Ketha za całość muzy odpowiedzialny jest Maciek. On tworzy gitary, ma wizję bębnów i wokali. W ROM aranżacje tworzę ja z Wawrzyńcem i Marcinem. Chłopaki bardzo nam pomogli przy nagraniach bo świetnie czują taką muzę a to jest najważniejsze. Bardzo mi zależało aby brzmienie było inne niż na Ketha, szczególnie jeśli chodzi o bębny. Od początku bębny miały być jak najbardziej naturalne. Wiedziałem jakich blach i naciągów użyjemy. W Ketha Wawrzyn grał bardziej wyliczanki, w ROM ma więcej swobody – może grać etnicznie, opierając rytm np. na samych kotłach.

 ciemne zakamarki podświadomości

ciemne zakamarki podświadomości

Nie sposób też uniknąć cienia Kobonga, który także jest wyraźnie słyszalny w tych nagraniach. Czy to Was denerwuje, bo chcąc tworzyć muzykę – jakby nie patrzeć – oryginalną, cały czas narażacie się na takie porównania, które gdzieś tam w podtekście mają podkreślić, że nie jesteście kurą, tylko jajkiem…

Kobong był, jest i będzie dla nas wielką inspiracją. Dla mnie to zespół, którego nie da się doścignąć i nawet nie warto próbować. To są miłe porównania i cieszy fakt, że słuchacz słyszy takie rzeczy. Wcale się tego nie wstydzimy, uważam to za komplement. „Chmury nie było” to po prostu geniusz. Tej płyty można słuchać w kółko a jak ją na chwilę odstawisz i wrócisz ponownie, na pewno usłyszysz coś, czego wcześniej twoje ucho nie wyłapało w gęstwinie dźwięków. Sam już dawno nie słuchałem Kobonga, więc chyba czas przypomnieć sobie lekturę obowiązkową  (śmiech…).

Gitarowe partie na tej płycie to mistrzostwo instrumentalne – czy przygotowywanie takich dysonansowych, trudnych elementów w większej mierze opiera się o przypadek, czy też wymaga ślęczenia nad instrumentem i mozolnego poszukiwania brzmień czy harmonii?

Tu mnie zaskoczyłeś, przyznaję bez bicia (śmiech). Przygotowując się do płyty miałem w głowie wyobrażenie, jaki sound gitar chcę uzyskać, jakich kombinacji wzmacniaczy użyć i gdzie zastosować efekty. Aby nie mieć brzmienia fabrycznego, pochodzącego z jednego wzmacniacza, od początku nagrywaliśmy ślady na dwie, różne „głowy” i 2 kolumny, tak by mieć większe pole manewru przy mixie i nadać gitarom choć trochę własnej tożsamości. Gdy Wawrzyn nagrał bębny, spotkaliśmy się parę razy z Marcinem i „przegrywaliśmy” same partie gitar, szukając ciekawych rozwiązań, harmonii, brzmień i ustawień różnych efektów. Wszystko to starannie spisaliśmy, aby móc potem odwzorować w studio, więc jak pojawiliśmy się w SGP, mieliśmy ze sobą zeszycik z rozpisanymi, poszczególnymi motywami w każdym kawałku i przeróżne kombinacje efektów. Przyznam, że wyjeżdżając z Gdyni byliśmy mega zadowoleni z tego, co udało się „ukręcić” w studiu.

W gruncie rzeczy, zawsze podczas przygotowywania pytań do takich zespołów, jak Wasz, zastanawiam się, co w zasadzie chcecie powiedzieć swoim słuchaczom? Czy jest coś, o co nigdy Was nie zapytano, a Wy strasznie chcielibyście to powiedzieć?

Chyba nic w tej kwestii nie przychodzi mi do głowy. Miło nam, że ktoś docenia nasze starania i chce pomoc, jak choćby przez ten wywiad zachęcić czytelników do zapoznania się z naszą muzyką. Nie każdemu ona „podejdzie”, ale w tej niszy fajnie jest pokazać, że można coś jeszcze zrobić.

 zagramy, być może, parę koncertów...

zagramy, być może, parę koncertów…

I w drugą stronę – czy są spawy, których obecność w wywiadach was wkurwia?

Za mało wywiadów udzielamy. Zapytaj mnie o to, jak będziemy po wizycie w jakieś telewizji śniadaniowej (śmiech).

Płyta została  wydana przez Was własnym sumptem – czy faktycznie nie pojawił się żaden sensowny wydawca, który mógłby Wam pomóc?

Jesteśmy w trakcie poszukiwań wydawcy, ale trochę to trwa. Jak sam wiesz, jest to muzyka niszowa, co równa się nieopłacalna. Mało słuchaczy kupuje dzisiaj fizyczne płyty. Nawet te największe wytwórnie trochę zmieniły swój target. Paranoją jest dla mnie to, że pojawiają się wydawcy, którzy mówią, że wydadzą Ci płytę, ale musisz za to zapłacić. Nie dość, że człowiek  z własnej kieszeni opłaca nagranie, mix i master (dla osób niewtajemniczonych to koszty rzędu paru lub parunastu tysięcy złotych…), to jeszcze na koniec musi wydać kolejne, ciężko zarobione pieniądze, żeby ktoś zechciał to wydać, nawet jeśli odzew na materiał jest pozytywny…

Czy jest jakiś model kariery, który byłby Waszym zdaniem najodpowiedniejszy dla zespołów typu ROM? Pytanie istotne w kontekście raczej słabej promocji i co za tym idzie  – działalności głównie weekendowej…

Ten model kariery funkcjonuje tylko na zachodzie. Żaden z nas nie nastawiał się na karierę, bo od początku wiedzieliśmy w jakiej niszy działamy. To nasza odskocznia od normalnego życia i pewnie większość zespołów, robiących ambitną muzę tak ma.  Internet pomaga promować własną twórczość i jak dla nas, o to chodzi, żeby dotrzeć do jak najszerszej grupy ludzi w sieci. Jeśli zaś chodzi o koncerty, są to głównie weekendówki. Mówię tu nie z perspektywy ROM, tylko zespołów, z którymi jeżdżę jako technik czy stage manager. Pracuję przy rożnego typu eventach i niezależnie od bandu, branża koncertowa bardzo upadla ostatnimi czasy. Zapytaj duże zespoły…

Skoro przy modelach biznesowych jesteśmy – rynek i media muzyczne zmieniają się i w zasadzie 70% zespołów niezależnych premiery swoich płyt odtrąbia na bandcampie, tylko niektórzy nadal wydają płyty. Nie uważasz, że to pójście na łatwiznę? Czy macie jakąś wizję tego biznesu? W jaką stronę to wszystko zmierza?

ROM drZrobienie płyt również kosztuje. A jeśli wydałeś trochę grosza na nagrania i produkcję, to teraz musisz wydać jeszcze trochę, aby zrobić fizyczną formę swoich, muzycznych wypocin. Nakład minimalny to przeważnie 200 sztuk, co równa się ponad 1000 zł min. Zgadzam się, że to pójście na łatwiznę, ale z drugiej strony w dobie Internetu to najszybsza i darmowa promocja. Na, powiedzmy, 100 osób, które przesłuchają twoją twórczość na bandcampie, może z 10 doceni Twoje starania i kupi utwory, albo napisze do Ciebie, czy jest opcja zakupu płyty. Ale to rzadkość. Najchętniej wydałbym ROM jako dodatek do gazety jak dawniej robił Trash’Em All. Idealna promocja dla zespołu takiego jak my. Przynajmniej trafiało się do sporego grona słuchaczy…

Trochę smutno się zrobiło, a przecież gitarowy rock’n’roll to zabawa, sex, dragi itp. Czy jesteście zatem prawdziwie rockowym bandem – zdarzają się utraty świadomości, czy też należycie raczej do zarozumiałych nerdów, co to przy piwku raczej nie usiądą?

My mieliśmy swój rock’n’roll mieszkając wspólnie w akademiku czy na wspólnych wyjazdach (śmiech). Niektórym z nas zdarzają się czasem urwane filmy, ale to już rzadkość. Prowadzimy raczej  stateczne życie mężów i ojców.

Odeszliśmy trochę od głównego wątku  – umieść zatem Wasz zespół w kontekście krajowej sceny muzycznej. Jest jakieś miejsce, które należy do Was, czy czujecie się totalnymi outsiderami?

Nie mnie to chyba oceniać, tylko takim osobom ja Ty – recenzentom, dziennikarzom, znawcom branży. Miło znaleźć się w niszy z zespołami naszych znajomych, których sami słuchamy i doceniamy ich twórczość. Chyba odważę się stwierdzić, że balansujemy między tym matematycznym połamaniem a klimatem post metalowego grania. Przynajmniej tak chciałbym żeby Rape On Mind był postrzegany.

Czy wiążecie z płytą jakieś nadzieje, czujecie jej możliwości? Wiadomo – zawsze własne dziecko jest najlepsze i najmądrzejsze, ale jesteście w stanie obiektywne spojrzeć na swoje dzieło?

Jasne, że jesteśmy. Już wiemy, że gdybyśmy mogli, pewne elementy na płycie brzmiałyby inaczej. Tak jest chyba zawsze. Za dużo czasu zajęło nam zarejestrowanie wszystkich partii. Ze względu na ograniczony budżet, część nagrań powstawała w naszej sali prób z przyjacielem Pawłem Groblerem (Forgotten Souls). Sam okres rejestracji poszczególnych partii trwał rok. Potem mix i master, co powoduje, że ulatuje energia i zaczynasz szukać dziury w całym. Jeśli powstanie jakieś kolejne nagranie ROM, chciałbym aby miało trochę inną formę. „Downwards” to zamknięcie pewnego okresu, gdzie słychać, jak zmieniały się nasze muzyczne inspiracje. Czas pokaże, czy uda się coś jeszcze nagrać. Nie nam oceniać, czy jest do dobra muza czy jakieś gówno. My jako zespół jesteśmy zadowoleni z efektu końcowego.

Czy jest jakaś myśl przewodnia, idea, którą można uznać za mentalny fundament płyty?

Jacek Brzozowski  (wokal) – Jeśli chodzi o warstwę tekstową, dużą inspiracją tej płyty był film „Lokator” Romana Polańskiego. Teksty pokazują za pomocą zbioru postrzępionych obrazów próbę powrotu do normalności. Ich bohaterem jest człowiek z bagażem traumatycznych wspomnień, powracających w skojarzeniach pobudzonych przez nawet najprostsze wycinki codzienności. Jest to opowieść o próbie wyzwolenia i odwadze, która każe zmierzyć się z tym, co pozostawało nierozliczone. „Downwards” to podróż w ciemne zakamarki podświadomości, u końca której czeka wolność lub zatracenie.

Bartek – Bardzo ważna jest też dla nas kolejność utworów i próba połączenia ich w paru miejscach, aby choć trochę przypominało to koncept album. Chcieliśmy by słuchacz miał momenty refleksji i odpoczynku od tego hałasu, jakim go atakujemy.ROM Live3

Matematyczna muzyka wymaga zapewne innego sposobu komponowania – ile w tym wszystkim jest liczenia i układania poszczególnych dźwięków a ile tzw. flow, swobodnego i naturalnego grania? Rozumiem, że improwizacji tu nie znajdziemy?

Cytując Kubę Mańkowskiego w trakcie nagrań gitar: „Co wy, kurwa, robicie te numbery z kalkulatorem?!” (śmiech…). Jest w tym dość sporo tzn. flow, bo to podstawa muzyki. Nie robimy nic na siłę. Jeśli jeden motyw wydaje nam się ubogi, ale fajnie gra jedna gitara, szukamy ciekawych rozwiązań na drugą, aby dany fragment był pełniejszy. Bardzo ważny jest wokal, który w całym tym gąszczu hałasu musi odnaleźć swój własny tor i przebijać się na pierwszy plan. Jacek wykonał kawał świetnej roboty. Wokale są wyraziste, dopełniają całości, ukazują emocje, jakie staraliśmy się przekazać słuchaczowi.  A wszystkie hałasy na płycie to jedna, wielka improwizacja; dużo bardzo fajnych, dziwnych dźwięków powstało już w studio, jak choćby partie trzech gitar w „Nothing” czy „Lost”.

Przeczytałem niedawno śmieszną powieść „Kochanowo i okolice”. W skrócie rzecz jest o tym, jak w jakiejś małej mieścinie lokalny zespół death metalowy psim swędem dostaje od burmistrza pieniężną nagrodę, dzięki której mogą wreszcie nagrać płytę, ale w zamian za to musi… wystąpić z nieco „lżejszym” repertuarem na kilku lokalnych festynach. Pomijam perypetie i finał, zastanawiam się jednak, jak to jest  – czy są jakieś granice, których nie przekroczylibyście w ramach promowania własnego zespołu? Co jest  do przyjęcia, a co uważacie za „sprzedanie się”, jeśli coś takiego istnieje…

OkładkaHmmm… ciężko nam odpowiedzieć na to pytanie, bo nie miewamy takich propozycji. Jest to wspólna decyzja, więc nie mogę mówić za resztę chłopaków. Jeśli dostalibyśmy propozycję wystąpienia w programie tv np. o godzinie 22:30, ale muza ma być grana playbacku, ja nie mam nic przeciwko. Może wiele osób teraz stwierdzi, że jestem sprzedajną dziwką itd., ale realia tv są kompletnie inne i nie ma już w chwili obecnej grania live na szklanym ekranie. Jest to po prostu zbyt kosztowne dla stacji. A dzięki takiemu wystąpieniu trafiasz do bardzo dużego grona słuchaczy, z których może 10%  twoja twórczość się spodoba. A to już 10 % więcej lajków na FB (śmiech).

Jest płyta, jest impreza – na zakończenie kilka słów o tym, gdzie będzie Was można spotkać i co macie zamiar zrobić z tak dobrą płytą?

Spotkać nas można czasem na Kazimierzu na zapiekankach (śmiech). Poważnie mówiąc, mamy plan na klip i już zaczęliśmy coś w tym kierunku działać. Poza tym planujemy zagrać wspólnie z większym zespołem parę koncertów w grudniu, ale na razie nie mogę zdradzić z jakim (śmiech). Robienie autorskich koncertów to trochę słaba opcja, bo dużo trzeba poświęcić czasu i nerwów, żeby to ogarnąć terminowo i logistycznie a i graty się same nie zawiozą. Może uda się gdzieś zagrać jako support…

Ostatnie słowo pozostawiam Wam – wolne wnioski itp.

Dzięki za poświęcony czas, Arek, zapraszam czytelników do zapoznania się z „Downwards”. Pozdro i do zobaczenia na koncertach!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu