RAGEHAMMER – Nie i Anty

Zespół Ragehammer wydał właśnie swoją debiutancką płytę, i o niej też w tym wywiadzie będzie. Ale będzie też o życiu, o metalu, i o tych punktach, gdzie się życie z metalem spotyka. Opowie o nich piosenkarz zespołu, na którego rodzina woła Heretik Hellstörm.

Jak wspominasz okres nastoletniej ortodoksji metalowej, którą każdy z nas boleśnie przechodził? Przypominasz sobie czasem jak się wtedy zachowywałeś i co opowiadałeś? Patrzysz na „dawnego” siebie z radością, politowaniem czy mieszanką obu?

Ech… Kiedy patrzę hen za siebie, na te lata, co minęły widzę przede wszystkim człowieka rozczulająco głupiego w swoim najgorzej pojętym idealizmie. Pamiętam, ze jako 13-14 letni szczaw chciałem być najbardziej złym blackmetalowcem świata i z tego powodu starałem się nie uśmiechać, pamiętam, jak pod wpływem fascynacji Graveland i muzyką z TTF przez cały jeden tydzień biegałem we flyersie z polską flagą, zanim się zorientowałem, że to kompletnie idiotyczne, pamiętam, jak z kolegami z zespołu Devilspäwn (gdzie notabene spełniałem swoje marzenie o grze na perkusji) usiłowaliśmy po pijanemu wywalić witrynę u fryzjera kamieniami, bo braliśmy teksty Gehennah i Hangöver śmiertelnie poważnie. Te wspomnienia są dla mnie bardzo ważne, są częścią tego, co ukształtowało mnie takiego, jakim jestem teraz. Jedną z tych rzeczy było marzenie o zostaniu perkusistą, które zawiodło mnie do mojego pierwszego zespołu, gdzie zostałem wokalistą, myśląc że przez chwilę sobie pokrzyczę, a potem wygryzę ze stanowiska bębniarza. Garowym nie zostałem, za to mordę drę już 13 lat z okładem. Wracając do rzeczy, które robiłem będąc młodym sierściarzem z głową pełną ideałów ze stali, niektóre z tych rzeczy były zabawne, inne groźne (głównie dla mnie), jeszcze inne nawet przetrwały do teraz. Na przykład do dziś nie mam ani jednej płyty Burzum na półce. Ogólnie jednak patrzę z dużą nostalgią, chociaż powtórzyć bym tego nie chciał.

A pamiętasz, kiedy „ci przeszło”? Ten moment, kiedy stwierdziłeś, że inna muzyka też jest spoko… był taki?

Hmmm… Wiesz, tutaj sprawa nie jest tak do końca prosta, bo zawsze słuchałem różnej muzyki i takiego skrajnie ortodoksyjnego momentu w życiu miałem jak się dobrze zastanowić bardzo niedługo. Pamiętam za to, kiedy pewnego dnia przestało mi się chcieć słuchać metalu i przez dwa lata jakoś tak poza Venom właściwie w ogóle nie odpalałem cięższych rzeczy, słuchając raczej Ramones, Social Distortion, Backyard Babies, Johnnego Casha i mnóstwa psychobilly. Nie to, że się uparłem, że przestaję być metalowcem, po prostu zwyczajnie nie odczuwałem potrzeby słuchania Metalu. Bardzo oczyszczające doświadczenie, które tak naturalnie się zaczęło, jak i skończyło. Uświadomiłem sobie wtedy, patrząc wstecz, że słuchając wyłącznie metalu tracę bardzo dużo fajnych rzeczy, które dzieją się naokoło. Od tamtej pory zdążyłem się pootwierać do końca i z ręką na sercu powiem, że jedyna muzyka, jakiej nie mogę znieść to reggae. Poza tym wszystko co dobré pro mne, dobrým jest, jak mawiał Maniac Butcher…

Nie i Anty

Nie i Anty

Metal zbyt mądry nie jest. Nie po to go zresztą wymyślono, aby był. Niemądre rzeczy mają jednak to do siebie, że wzbogacają życie. Są takie sfery, sytuacje, w których metal uczynił cię człowiekiem lepszym, mądrzejszym, bardziej rozgarniętym życiowo?

Przede wszystkim metal nauczył mnie w jakiś pokrętny sposób mieć własne zdanie i nie bać się odstawać od reszty. Po prostu zakładając z góry, że nie wszyscy będą mieli po drodze z moim gustem muzycznym i manifestacją takowego w wyglądzie trzeba było się nauczyć zwyczajnie obstawać przy swoim i bronić swojej racji. Nie chcę tutaj truć i pieprzyć jakichś kombatanckich historii, ani tym bardziej przedstawiać siebie jako egzaltującego się sobą wannabe wyrzutka, jednak to jest chyba najważniejsze, czego metal mnie nauczył. Na pewno pokazał mi też, jak kwestionować rzeczy z pozoru oczywiste, na głupotach wyśpiewywanych przez metalowców szlifowałem angielski, no i dowiedziałem się kilku rzeczy z zakresu wiedzy kulturowej, śledząc czym były zainspirowane poszczególne kawałki bądź płyty. W sumie jak tak na to popatrzeć, z pełną świadomością jego wad, ja temu metalowi bardzo dużo zawdzięczam, włącznie z tym, że pomógł mi przejść przez najczarniejszy póki co moment mojego życia. Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym tej muzyki w życiu tyle nie miał i jakoś nadal nie potrafię znaleźć sensownej odpowiedzi.

Pełnoczasowy debiut Ragehammer to granie po linii War Hawks, czyli Impaled Nazarene z thrashowymi riffami. Czy formuła black/thrash metalu w zupełności wystarcza do wyrażenia wszystkiego, co w ramach tego projektu wyrazić chcielibyście?

I tak i nie. Wiadomo, że staraliśmy się utrzymać styl z demo, natomiast cały czas konsekwentnie usiłujemy go rozwijać, dodając elementy choćby klasycznego Heavy/NWOBHM, speed, crust czy hardcore punka. Nie stawiamy na rewolucje, bo i po co. My się dobrze czujemy w tej formule i tej stylistyce, to jest muzyka, jakiej sami na co dzień jesteśmy fanami i słuchamy w dużych ilościach (u mnie właśnie w tle leci Nekrofilth, a w kolejce czeka jedynka Kruiz i Necromessiah), nie zależy nam na kolejnym odkrywaniu noiserocka z pudełka i krzyczeniu o transgresji, zwłaszcza w czasach, kiedy scena świętokradczo odmawia wartości porządnemu riffowi. Nie znaczy to, że będziemy na siłę tkwić w jednej formule, jednak na rozwinięcie jej dajemy sobie czas. Nic na siłę.

Wasz album wychodzi w idealnym momencie, kiedy pierwsza liga black/thrashu nagrywa materiały oględnie mówiąc nie dorównujące ich najlepszym płytom. Nadążasz za nowymi płytami Desaster, Deströyer 666 czy Witchmaster? Podobają ci się one?

Nadążać się staram i o ile Desaster czy Witchmaster faktycznie pozostawiają nieco do życzenia, o tyle „Wildfire” jest zdaje się najczęściej słuchanym przeze mnie materiałem w tym roku. Jeden z najlepszych materiałów Niszczÿciela 666 w moim odczuciu, zwłaszcza niesamowity, epicki „Tamam Shud”. Poza tym zawsze bardzo lubiłem teksty KK. Czy to się jakoś ma do „The Hammer Doctrine”? Na pewno pokazuje, że Czarny Thrash nadal ma się nieźle i nie jest tak kompletnym przeżytkiem, jak chcieliby tego niektórzy. A co lepsze, czy my czy weterani, to już nie mnie oceniać.ragehammer-cover-artwork-1000x1000

„The Hammer Doctrine” to bardzo dobra płyta, ale byłaby w moim odczuciu jeszcze lepsza, gdyby w całości zaśpiewać ją po polsku. Polskojęzyczne „Wróg” i „Spotkanie z Diabłem” to jej najlepsze fragmenty. Czy wybór języka angielskiego nie jest takim trochę postawieniem na najbardziej oczywistą i najbezpieczniejszą kartę?

Wiesz co, to jest tak, że po angielsku pisałem odkąd zacząłem w ogóle się w to bawić. Angielski zwyczajnie wydaje mi się najbardziej naturalnym dla metalu językiem, bo przecież Venom, bo Judas, bo Slayer, Sodom czasem po niemiecku, ale też z reguły w języku Albionu, toteż nigdy z wyjątkiem Cremaster nie próbowałem pisać po polsku. Zwyczajnie nie czułem takiej potrzeby. „Wróg” jest tak na prawdę pierwszą moją próbą napisania w języku ojczystym czegoś na serio, bez parodystycznego wentyla bezpieczeństwa, jak to miało miejsce we wspomnianym Cremaster. Eksperyment wydaje mi się raczej udany, więc na pewno w przyszłości będę więcej pisał po polsku, jednak zdecydowanie najlepiej przekazuje mi się myśli w angielskim. Tak już mam.

Rzeczony „Wróg” to również świeża, ożywcza bryza klasycznie metalowego nihilizmu w czasach, kiedy nawet wielcy indywidualiści od black metalu łykają gotowe zestawy poglądów podsuwane im przez polityków. Nie masz wrażenia, że metal ostatnio za bardzo zbliżył się do polityki?

Zdecydowanie mam. Chociaż z drugiej strony temat nie jest aż tak świeży, no bo przecież polityczne zaangażowanie choćby członków TTF, czy Bundeswehra to tematy z ubiegłego wieku jeszcze. Teraz natomiast z jednej i z drugiej strony tabuny „niezależnych indywidualistów” obrzygują mnie od stóp do głów frazesami i żenującą parodią świadomości społeczno-politycznej, prostymi receptami na wszystko i zestawem naiwnych życzeń, a najgorsze, że obecny dyskurs zakłada jedynie ekstremę i radykalizm, więc coraz więcej zespołów, które psi chwost miały kiedykolwiek wspólnego z polityką nagle nagrywają strasznie radykalne ideologicznie materiały i z prawa i z lewa. A ja się z tym zwyczajnie nie godzę. Mnie wkurwia, kiedy proste ludzkie odruchy muszą być podyktowane jakimiś prostackimi usprawiedliwieniami. Uważam, że nienawiść jest pięknym, ludzkim do głębi uczuciem, więc jeśli ktoś kogoś chce nienawidzić, to bardzo proszę, tylko bez szopki i doklejania mesjanistyczno-historycznej misji do tej nienawiści. Metal zawsze jawił mi się jako kultura promująca „anty” i „nie”. Dlatego też powstał „Wróg”, bo już mi się wywracało od wszystkich poprawiaczy świata. Idźcie gnić w pizdu.Ragehammer 1

Jak to jest, że jedna i ta sama osoba odnalazła się w scenicznym śmieszkowaniu Cremaster i na ultrapoważnym misterium Outre?

Na podobnej zasadzie, na jakiej fan starego Entombed i Amebix rozprawia ze mną o Echo and The Bunnymen, czy Godspeed You! Black Emperor, he, he. Jestem zaangażowany w kilka projektów na raz, ale zawsze bardzo mi zależało na tym, żeby nie funkcjonować w zbyt zbliżonych do siebie obszarach muzycznych, bo to kompletnie bez sensu, po co miałbym powielać coś, co już robię gdzieś indziej. To zakłada nie tylko kwestie czysto wokalne, ale i całokształt podejścia, tak żeby wciąż robić nowe rzeczy w zgodzie z naturą danego projektu/zespołu. Uchowaj Diable, nie będę używał słowa „transgresja”, bo nawet w Outre nie noszę kaptura, jednak lubię w tym wszystkim własne i scenowe granice przekraczać. Co będzie dalej to już będę musiał sprawdzić.

Zgodzisz się z tezą, że ten straszny internet, który miał zabić i zaorać podziemie, w ostatecznym rozrachunku wniósł więcej dobrego niż złego, a underground prędzej dobiją słabe kapele niż modem z Neostrady?

Jak pokazała historia, udergroundu nie dobije nic, od tego zacznijmy. A internet nadal jest dla mnie sprawą bardzo dwoistą i niejednoznaczną. Z jednej strony jeszcze nigdy nie było tak łatwego i powszechnego dostępu do materiałów, czy to prasowych, czy muzycznych. O niektórych istnieniu krążyły wręcz legendy, a teraz wystarczy włączyć Youtube, Spotify, czy poszperać na Blogspocie i natychmiast można chłonąć kult. Poza tym jako narzędzie promocji i rozprzestrzeniania informacji net bije wszystko na łeb. I ja to rozumiem, widzę i nawet pochwalam. Z drugiej, Ragehammer nadal nie ma profilu na Facebooku, a scena roi się od „znawców” z wirtualną kolekcją z azjatyckich torrentów. Internet bardzo rozleniwił słuchacza. Do tego stopnia, ze ten słuchacz przestał szanować swoją muzykę, przestał na nią zwracać uwagę, raczej zaczął iść w ilość odsłuchów odnotowywanych na last.fm, czy innym „społecznościowym” barachle. Nie wiem, być może to naiwne, jednak ja wierzę w swoisty elitaryzm tej muzyki, dokładnie taki, jakim w pejoratywnym sensie posługują się dzisiejsi „metalowcy” na forach internetowych. Nie lubię, kiedy zewsząd dostaję sygnały, że metal to jedna wielka rodzina i scena to tak naprawę przytulisko dla wszelkiego typu niedorajd życiowych, dla których internet właśnie jest taką alternatywną rzeczywistością. Szczęśliwie czasy zweryfikowały wpływ internetu na podziemie i wytrąciły zeń tę jego część, która mnie osobiście interesuje.

Jakiś czas temu mignął mi rant zinorobów, którzy narzekali, że ktoś tam z jakiegoś zespołu stwierdził, że ziny w 2015 to lampa naftowa i gołębie pocztowe. Przyjmijmy na moment, że się mylił, i że kulturotwórcza rola redaktorów zinów jest współcześnie kluczowa i bez nich metal umrze. Czym twoim zdaniem powinien być dobry zin wydawany współcześnie, aby nie zamienić się w zbędny skansen dla 15 osób?

Wydaje mi się, że zasadniczo tym, czym każdy dobry zin. Jako nieregularnik zin wykształcił swoisty rodzaj przepytywanki interlokutora, o wiele bardziej ogólnikowy i dogłębny, co ma wpływ na „świeżość” i aktualność wywiadu, nawet mimo dłuższych okresów między poszczególnymi numerami. Poza tym żeby zin nadal stanowił o scenie musi grzebać głębiej niż reszta i wynajdywać wartościową muzykę nawet tam, gdzie żaden pies z kulawą nogą a przy zdrowych zmysłach by nie grzebał. Poza tym zin musi być zbalansowany merytorycznie i nie dać się ponosić aktualnym trendom zanadto, za to powinien na pewno się w nich orientować. Jeśli spełnia powyższe kryteria, to jak dla mnie będzie się bronił nawet w dzisiejszych niewdzięcznych dla kserowańców czasach.

Znakiem czasów są reedycje – na każdym nośniku, w piętnastu wersjach i wszystkiego co się da wtłoczyć na winyl, choćby w swoim czasie uchodziło za kupę gówna. Dajesz się czasem porwać tej sympatycznej skądinąd, ale bardziej „gadżeciarskiej” niż „fanowskiej” modzie?

Trochę tak. Na pewno nie widzę nic złego w fakcie, że obecnie perełki typu „Strappado” Slaughter, „Court in the Act” Satan czy „Chasing the Storm” Tröjan mogę sobie kupić po przyzwoite pieniądze w lokalnym Media Markcie, a kiedyś było to kompletne science fiction. Inna sprawa, że czasem takie reedycje wydawane są w jakości mówiąc oględnie nienajlepszej, jednak fajnie, że niektóre w ogóle są. Czasami jednak, zwłaszcza przy tych pospłaszczanych, nie różniących się brzmieniowo od CD gadżetach z Back on Black, czy kolejnych „jeszcze bardziej Die Hard edycji” różnego rodzaju wznowień wznowień to się przestaje robić zabawne, a jest ewidentnie obliczone na kaleczenie portfela, przy jednoczesnej reperacji ego „fanów”, którzy własne oddanie kapeli mierzą ilością nieodfoliowanych wydań danej płyty na półce. Sorry, ale wydawało mi się, że tu idzie o muzykę. Także reasumując, moda na reedycje nie jest zła, jednak wskazany jest rozsądek. To trochę tak, jak sytuacja z internetem. Wszystko ma swoje zady i walety.Ragehammer 2

Przyszła mi do głowy refleksja, że tony reedycji więcej mówią o tym, jaki jest dzisiejszy metal niż o tym, jaki był kiedyś. Może ze współczesną muzyką jest rzeczywiście jest aż tak słabo, że trzeba podpierać się narosłym przez lata kultem?

Tutaj nie byłbym tak krytyczny. Obecnie przeżywamy zalew świetnej muzyki na niespotykaną dotąd skalę. Problemem jest zatrważająca ilość płyt, za którymi człowiekowi zwyczajnie nie chce się gonić i z tego wszystkiego osłonowo zaczyna częściej sięgać po klasyki. Ja sam już jakiś czas temu odpuściłem obecny scenowy wyścig zbrojeń i właściwie poza Temisto, Stargazer, Alchemyst i Beyond raczej ostatnio nie słucham zbyt wielu rzeczy wydanych po 2010. Gorzej tylko, że nierzadko zespoły wydające świetne materiały rozpadają się tak szybko, jak się zawiązały (Morbus Chron, Stench, wspomniany Alchemyst, czy In Solitude), albo tak radykalnie zmieniają, że właściwie nie idzie stwierdzić, że to ten sam band (choćby żenujący ostatnio Ketzer, czy Tribulation, fenomenu którego nie jestem w stanie zrozumieć, jako drewnianouchy profan). Problem sceny nie tkwi w kondycji muzycznej, ale w podejściu. Stare kapele miały coś, co anglosasi określają mianem „integrity”. Dziś to jest niestety towar deficytowy, wydaje mi się.

Kto by się w latach 90. spodziewał rzeczy, które oglądamy dziś. Nergal opowiada o swojej niszowości w wywiadzie dla gazetki z drogerii. Rob Darken z dumą oznajmia, że ma fanów w Izraelu, Iranie i Indiach. Sensacją roku jest płyta Hermh wydana pod innym szyldem. Gdzie ty widzisz siebie za 15-20 lat?

Hah, to co się dziś odpierdala faktycznie jest co najmniej mocne. Lemmy’ego nie ma, to myszy harcują. A gdzie ja siebie widzę za 20 lat? A nie zastanawiałem się nad tym. Dopuszczam jednak możliwość muzycznej emerytury, bo nigdy nie chciałbym się stać parodią samego siebie, jak np. idol lat moich szczenięcych Axl. Poza tym jako wokalista, w dodatku operujący raczej w ekstremalnych rejonach dźwiękowych mam świadomość, że kiedyś gardło może mi zwyczajnie wysiąść, a nie chcę robić rzeczy, które robię na pół gwizdka, dlatego jeżeli zauważę, że pewnych zmian nie będzie się dało zatrzymać, odpuszczę czynne muzykowanie i zajmę się na przykład pisaniem o muzyce, tak jak teraz mi się to zdarza. Na pewno nie porzucę metalu, ani muzyki w ogóle, bo jest ona dla mnie priorytetem przez 2/3 mojego dotychczasowego życia, odkąd mając 8 lat usłyszałem Kreator, jednak jeżeli faktycznie zdrowie i kondycja dojdzie u mnie do poziomu Blackiego Lawlessa 2015 AD, to taktownie się ukłonię, zejdę ze sceny i zajmę się tym, czym staruszkowie z bębnem winni się zająć, o ile nie nazywają się Angry Anderson…

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Kuba Wierzchowski