RADEK WOŚKO ATLANTIC QUARTET  – Przekraczanie granic

Po raz kolejny jazz na naszych łamach i chyba już nikogo to nie dziwi. Tym razem udajemy się do Danii, gdzie stacjonuje Radek Wośko, perkusista, kompozytor i aranżer, którego ze Szczecina przywiało do Kopenhagi. Tu kończył muzyczne studia, które otworzyły mu drzwi na świat i tak też prowadzi swoją karierę, grając z muzykami z różnych zakątków globu. Aktualnie promuje drugą płytę nagraną z Atlantic Quartet. „Surge” to rzecz rozpięta między poszanowaniem historii jazzu a nowoczesnym spojrzeniem na improwizację i kompozycję. Z szefem całego zamieszania rozmawialiśmy o znaczeniu tradycji, studiach w Danii i innych niuansach bycia współczesnym muzykiem jazzowym. 

Rozpocznę może od tego tekstu/odezwy z wkładki, traktującego o tym, że Twój zespół może zagrać każdy rodzaj muzyki. Przyznam, odważne. Myślę, że ktoś mógłby nawet posądzić cię o arogancję. Z czego wynika takie przeświadczenie?

Z doświadczenia (śmiech). Zagraliśmy z zespołem trochę koncertów i oprócz grania materiału, właściwie rozwijaliśmy te numery w każdą stronę. Graliśmy swing, free, groove, klasykę. Zrozumiałem, że nareszcie mam band, dla którego mogę napisać cokolwiek, nawet dwie nuty, a oni z tego zrobią muzykę.

Zadam złośliwe pytanie: a gdyby ktoś powiedział – oho, skoro tak, to niech zagrają thrash metal. Co byś odpowiedział?

Jasne, puść sobie numer Vigilant (śmiech). A tak na serio – bardziej chodziło mi o odcienie w muzyce, o to, że możemyRadek Wośko zagrać delikatnie, ostro, bardziej lub mniej uporządkowanie. Wiadomo, że nie zabrzmimy jak Behemoth, Parliament czy Funkadelic, ale w pewnych granicach estetycznych ten zespół ma bardzo szeroki horyzont – i to miałem na myśli.

Jak dochodzi sie do takiego poziomu? Czy to wykształcenie? Koncerty? Przeliczysz to zgranie na ilość godzin spędzonych na sali prób i deskach scenicznych?

Myślę, że każdy z nas ma radar do przyciągania osób myślących podobnie i podobnie patrzących na świat. U nas w zespole do tego dochodzą osobiste doświadczenia i czas spędzony razem na scenie i poza nią. Swoją drogą, każdy z nas skończył tu w Danii studia solistyczno-researchowe, tzw. Advanced Postgraduate Diploma, które trochę na wyrost można by nazwać duńskim doktoratem z muzyki. Więc na pewno łączy nas jakieś dążenie do rozwoju, poszukiwania, przekraczania granic. Tak naprawdę to prób mamy bardzo mało, na pewno kilka razy mniej niż koncertów. Chłopaki na tyle dobrze ogarniają nawet trudny materiał, że nie ma potrzeby siedzieć i rezać. Ta muzyka świetnie „się próbuje” na koncertach, gdzie dopiero widzimy „w boju” co działa a co nie i ewentualnie gadamy o tym przy winie lub następnego dnia w busie. Osobiście mam dosyć szerokie zainteresowania muzyczne, od rzeczy ciężkich do bardzo delikatnych i chyba tak dobieram sobie ludzi do współpracy, żeby oni myśleli podobnie.

Wspomniałeś o studiach w Danii. Zauważyłem, że sporo polskich muzyków jazzowych wybiera ten kierunek. Dlaczego Dania przyciąga jazzmanów?

To jest w ogóle bardzo długi temat, ale w dużym skrócie – w moim przypadku chodziło o to, że nie dostałem się w Polsce na studia jazzowe do Katowic, a w Danii mnie przyjęto. Mam wrażenie, że konkurencja w Polsce była taka, że na studia dostawali się już w pełni ukształtowani muzycy a w Danii zbierali Cię z trochę niższego pułapu i dawali całą masę środków do rozwoju. Kiedy wyjeżdżałem, Katowice wciąż były głównym ośrodkiem akademickim jeśli chodzi o jazz w Polsce i chociaż nigdy tam nie studiowałem to słyszałem opowieści o dużym zróżnicowaniu jakości nauczania w zależności od profesora i instrumentu. Swoją drogą, mam osobiste, fantastyczne doświadczenia z profesorami stamtąd, np. Grzegorzem Nagórskim czy Piotrem Wojtasikiem, którego spotkałem w relatywnie młodym wieku i było to bardzo rozwojowe doświadczenie. Ale wracając do Danii, tak naprawdę po prostu wszedłem do tego biznesu trochę kuchennymi drzwiami, ale dzięki temu zbudowałem silną wiarę w to co robię, bo zaczynałem niejako od początku. Fajnym doświadczeniem było wygranie konkursu Jazzu Nad Odrą z polsko-duńskim projektem Entrails United – po tym uwierzyłem, że mogę być w jednej lidze z chłopakami, którym kilka lat wcześniej mogłem nosić blachy (śmiech).

Czy studia i granie w Danii dają wg. ciebie lepszy start do grania „na świecie”?

Myślę, że w Danii jest większy nacisk na to, żeby Twoja muzyka była aktualna na świecie i wnosiła coś do światowego dziedzictwa. W Polsce są muzycy będący istotną częścią światowego dorobku, jednak mam wrażenie, że rynek wewnętrzny jest na tyle duży, że nie trzeba się w ogóle na świat orientować. Nie mówię, że ludzie tego nie robią, mówię tylko, że warunki tego nie wymuszają, w przeciwieństwie do Danii.

Radek Wośko Atlantic Quartet 2019 by Lenka Prochazkova

Przekraczanie granic

Ok., precyzując – jak to wyglądało w praktyce u ciebie? Gdzie cię „popchnęły” studia w Danii?

Dały mi styczność z muzykami z Nowego Jorku i w ogóle całego świata oraz wiarę w to, że to tacy sami ludzie jak ja.  Poza tym, mieszkałem kilka miesięcy w Nowym Jorku i kilka miesięcy w stolicy Ghany, Akrze, w ramach specjalnego roku na pogłębienie wiedzy.

Bardzo dużo doświadczeń… Może będzie to dziwne pytanie, ale czy czujesz się bardziej polskim muzykiem czy związek z krajem jest mniejszy?

Totalnie polskim. ?Nawet nie mam wątpliwości co do tego…

To zapytam tak – co jest dla ciebie największą wartością polskiego jazzu?

Tomasz Stańko. Zawiera wszystkie te elementy, które są najważniejsze dla polskiego jazzu: lirykę, melancholię, swoistą bliskość dotykającą emocji, poza tym wolność, zadziorność i burzliwą ekspresję. Wszystko to co nas określa…

Skupmy się zatem na muzyce. Napisalem w recenzji, że to z gracją zagrany, wspóczesny jazz, który nie jest wbity w „garnitur tradycji”. Tradycja to w ogóle ciekawe słowo. Czym ona dla ciebie jest, oczywiście w muzyce. Traktujesz ją jako kontekst czy pewien fundament?

Raczej jako fundament. Wykonując jazz w 2019 roku warto zdawać sobie sprawę z tego co się w tej muzyce działo, przynajmniej przez ostatnie 100 lat. Standardy jazzowe to mój chleb powszedni. Podobnie muzyka Milesa, Coltrane’a, Hancocka itp. Ale mimo wszystko, chcę tworzyć muzykę swoją, o której nikt nie będzie mówił, że jest kopią czegoś innego. Jak się nie zna tradycji to się później wyważa otwarte drzwi. ? Po duńsku mówią: „wynaleźć głęboki talerz”.

Czym wyraża się, twoim zdaniem, wspołczesny jazz w stosunku do tradycji? Czy chodzi o pewną szerszą wizję z jaką traktujemy muzykę czy raczej o technikę i bardziej otwarte podejście do wykorzystania instrumentu?

Wiesz co, trudno tak powiedzieć, bo tradycja staje się bogatsza o każdy kolejny dzień tworzenia muzyki. Poza tym, każdy instrument ma swoją ścieżkę rozwoju. Na przykładzie perkusji powiem, że moim zdaniem współcześnie warto korzystać zarówno z dokonań muzyki opartej na groovie, ale też na bebopie, kulturach brazylijskich, kubańskich, nieparzystych metrach, graniu free, czy nowoczesnych technikach sonorystycznych, branych z muzyki współczesnej. Wydaje mi się, że jazz był taki zawsze. Brał wszystko co było, wrzucał do jednego garnka i otrzymywał nową, świeżą jakość. To dla mnie istota jazzu, tradycja, która nie zmienia się od dawna, tylko niektórzy w ogóle tego nie widzą ?Grając bebop, fusion czy dixieland nie grasz już jazzu, tylko odgrywasz gatunki muzyki z przeszłości, tak jakbyś grał Bacha czy Mozarta. Niemniej jednak jest to olbrzymia skarbnica wiedzy i środków. Mówiąc inaczej – jeśli gram bebop, staram się go grać z duchem współczesnym…

Skoro przy perkusji jesteśmy: lider – perkusista to ciekawy układ. Bębny są z tylu i rzadko kiedy to fizyczny dowodzi zespołem. Łatwo perkusiście być liderem?

mpj025Przynoszę kompozycje i od tego momentu jestem w zespole perkusistą, liderem jestem jedynie na etapie tworzenia muzyki. Można by powiedzieć, że jestem kompozytorem i perkusistą w tym zespole, ale nie czuję się liderem, bo muzycy, z którymi gram, są nie mniej jeśli nie bardziej doświadczeni ode mnie. Ale przynosząc utwory nadaję kierunek rozwoju zespołu i to mi wystarczy.

Jak współpracuje się w takim międzynarodowym składzie? Jakie są zalety takiego składu i co musieliście „przepracować” żeby wszystko dobrze w zespole działało?

Mieszkając od ponad dziesięciu lat w Danii traktuję Duńczyków jak swoich. Norwegów też (śmiech). Tak naprawdę to jesteśmy częścią lokalnego środowiska, które jest międzynarodowe i nikt się nad tym nie zastanawia. To jest po prostu jedna z cech sceny kopenhaskiej. Zatem, jeśli coś przepracowywałem w kontekście różnic kulturowych to pewnie ze wszystkimi dotychczasowymi zespołami. Aczkolwiek wzajemnie uczymy się swojej kultury – oni się interesują polską, ja pytam o niuanse duńskiej itp.

Jakie macie plany promocyjne w zwiazku z nową płytą?

Mieliśmy release koncert we wrześniu w Kopenhadze, zagraliśmy trasę w Polsce w listopadzie, pracujemy dalej nad koncertami na 2020 rok. Staramy się też dotrzeć do maksymalnej ilości mediów.

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: Joanna & Jakub Łojewscy/Lenka Prochazkova