PYRRHON – przekraczać granice….

Najważniejsze jest to, by znaleźć równowagę między byciem technicznym a tworzeniem smakowitej muzyki…

Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem death metalową płytę. Poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy. Dziś sam jestem dziadkiem… uupss, nie tak to miało lecieć. Dzisiaj jestem faktycznie bogatszy o tysiące przesłuchanych płyt, dlatego z coraz większym trudem przychodzą mi zachwyty nad kolejnymi setkami zespołów, którym wydaje się, że jeszcze są w stanie coś ugrać na wypchanej do granic możliwości scenie. Dzisiaj docenić mogę wysiłki takich  zespołów jak nowojorski Pyrrhon, który akademicką biegłość łączy z pomysłem na swoje rzępolenie. I choć miejscami poniższy wywiad brzmi jak rozmowa z brodatym profesorem konserwatorium, nie wątpię, że wśród technicznych wymiataczy Pyrrhon zajmuje znaczące miejsce. Nie będzie to może rewolucja na miarę „Spheres” czy „Human”, ale swoimi mariażami z psychodelią i niemal floyd’owskim myśleniem o muzyce, nowojorski kwartet może zaintrygować. Właśnie ukazała się płyta „An Excellent Servant But Terrible Master” i na jej okoliczność wysłuchałem wykładu o tym, jak należy muzykę traktować i dlaczego trzeba poszerzać granice swoich możliwości. Przed państwem prof. Dylan DiLella ze szkoły o nazwie Pyrrhon…

Kilka słów na temat Waszej krótkiej, ale intensywnej historii – co tworzyliście przed założeniem Pyrrhon?

Wszyscy uczyliśmy się w koledżu, jeszcze przed założeniem naszego zespołu. Jeden z nas nadal się uczy… Jeśli chodzi o doświadczenia muzyczne, zaczęliśmy bardzo wcześnie, jako nastolatki  – odkąd pamiętam, coś dłubaliśmy… Niektórzy z nas od czasu do czasu pobierali lekcje gry na instrumentach, inni są samoukami. Osobiście zacząłem uczyć się muzyki w wieku 10 lat i kontynuowałem lekcje także w czasie szkoły średniej, jednak metalu uczyłem się sam. W tym przypadku najlepszym  sposobem, by zrozumieć, o co chodzi w tej muzyce, jest granie kowerów. My wiele godzin rzępoliliśmy numery Metalliki, Megadeth, Death, Atheist, Black Sabbath, Hendrixa czy Morbid Angel i wielu innych, mniej znanych wykonawców, które pozwalały nam wyostrzyć nasz muzyczny cios. Pyrrhon jest naszym pierwszym poważnym i w pełni ukształtowanym zespołem…

Zastanawiam się, czy w waszym przypadku nazywanie zespołu „death metalowym” ma jeszcze sens – czy taka identyfikacja nadal jest potrzebna?

Absolutnie twierdzę, że Pyrrhon to nadal zespół, który może schować się pod parasolem z napisem death metal. Oczywiście, przez lata grania nasza muzyka stała się bardziej eklektyczna, ale nadal jest silnie związana ze stylistyką metalu śmierci. Nawet jeśli stosujemy nietypowe rozwiązania, to takie elementy jak podwójna stopa charakterystyczne tremola gitarowe i growle identyfikują nas jako zespół death’owy.  Nasza muzyka bazuje na takim szkielecie, którego używamy jak budowniczowie –  budujemy na nim nasze kompozycje, złożone z bardzo różnych wpływów. Ale nadal, jeśli będziemy grać, łatwo będzie można nas zdefiniować.

Ok., na scenie metalowej jest sporo zespołów, które określają swoją muzykę jako techniczną – co to dla Ciebie znaczy? Co z Twojego punktu widzenia oznacza określenie „techniczny death metal”?

przekraczać granice...
przekraczać granice…

Zawsze interesowało nas poszerzanie naszych umiejętności. Możliwości muzyka to coś, co można zmieniać i szlifować. To nasz cel, jednak myślę , że jeśli grasz ekstremalną, chaotyczną muzykę ważne jest by starać się wychodzić z tej komfortowej strefy, jaką sobie stworzyliśmy by rozszerzać horyzonty. Często czytam jakieś wywiady z zespołami uznawanymi za technicznie i coś, co od czasu do czasu w tych wywiadach się przewija, to wiara, że jeśli nie grasz tak szybko jak możesz, znaczy nie wykorzystujesz możliwości. Staramy się przekraczać granice, ale także trzymać wszystko pod kontrolą, tak, żeby osiągnąć odpowiednią moc. Myślę też, że stajemy się równie zdyscyplinowani co techniczni, jeśli chodzi o kierunek w jakim zmierzamy. Mamy obsesję, żeby grać szybciej…. Od czasu do czasu. Najważniejsze jest to, by znaleźć równowagę między byciem technicznym a tworzeniem smakowitej muzyki. Zespoły takie jak Meshuggah czy Cynic robią to jak nikt inny… Mimo, że ich kawałki są niesamowicie trudne do zagrania, nadal najważniejsza jest kompozycja jako podstawa danego utworu.

Macie doskonałe umiejętności, możecie grać każdy rodzaj muzyki, chociażby jazz. Dlaczego więc zdecydowaliście się na metalowy hałas?

Cała nasza czwórka powróciła po latach do ćwiczenia i grania jazzu i muzyki klasycznej. Alex wrócił do szkoły, gdzie uczy się jazzu właśnie, Erik i ja mamy różne pomysły związane z międzygatunkowym , bardzo eklektycznym graniem.  Mamy też swoje prywatne ścieżki i zajęcia muzyczne, jak udzielanie lekcji. Alex, nasz perkusista, rozwija swoją karierę jako muzyk sesyjny i grał już nieco koncertów z kapelami free jazzowymi. Nasz basista także występuje jako muzyk sesyjny, głównie w zespołach grających blues i funk.  Z kolei ja studiuję jazz od kiedy w ogóle ruszyłem gitarę. Na poważnie zacząłem się skupiać na tym, by zostać dojrzałym gitarzystą jazzowym, ale zdałem sobie w końcu sprawę, że to nie byłaby muzyka, która tkwi w moim sercu. Powód, dla którego zdecydowaliśmy się poświęcić sporo czasu muzyce metalowej jest taki, że to daje nam poczucie spełnienia, którego w innej muzyce nie znajdujemy. W tym zespole jest to wszystko, czego potrzebujemy. Mamy pełną kontrolę nad naszym tworzywem, co pozwala nam na poszerzanie naszych możliwości. Oczywiście, czasami jest to frustrujące, kiedy zdarzy nam się utknąć w miejscu i kiedy coś nie wychodzi tak, jak powinno, ale muszę przyznać, że jesteśmy uparci, wytrwali i zawsze udaje nam się wszystko doprowadzić do końca. Kiedy nasza czwórka zabiera się do tworzenia szalonej i niepowstrzymanej muzyki, energia i charyzma jest nie do przeoczenia, kiedy trzymacie w rękach finalny produkt naszej pracy…

Myślisz zatem, że „An Excellent Servant But A Terrible Master” jest przyszłością metalowej muzyki?

Nie jestem pewien… ale myślę, że ta płyta jest przyszłością dla Pyrrhon. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że na tej płycie spróbowaliśmy zrobić rzeczy, jakich żaden muzyk metalowy wcześniej nie dotknął.  I to właśnie powoduje, że nasze dźwięki są niesamowite. Zawsze myślałem, że fajnie byłoby, gdyby improwizacja spełniała znaczącą rolę w muzyce metalowej i nasz zespół jest terytorium, na którym możemy to wszystko przełamać. Oczywiście to nie tak, że improwizacja nigdy wcześniej nie pojawiała się w takiej muzyce, chodzi raczej o to, że jeśli już była, to w bardzo ograniczonej formie, w stosunku do całości gatunku. Kocham takie zespoły i muzyków, którzy starają się te rozwiązania do sztywnej w sumie formy, jaką jest death metal.

W takim razie powiedź, co jest takim fundamentem dla Pyrrhon – rytm czy riffy, kompozycja? Co jest na początku?

Wszystkie nasze kawałki zaczynają się od riffu. Doug, Erik i ja staramy się pisać jak najwięcej, zanim jeszcze rozpoczniemy szlifowanie utworów na sali prób. Generalnie większość z nas ma zawsze sporo różnych riffów, które potem staramy włączyć w proces komponowania. Są to oczywiście fragmenty, jakieś pomysły, które łączymy z rytmami, basem i wokalami, tworząc aranżacje. Choć zdarza się też, że osoba, która przynosi jakiś riff, kompozycję, ma w głowie gotowy, klarowny pomysł na utwór, wie jak ma wyglądać rytmika czy układ kawałka. Im dłużej ze sobą gramy tym efektywniej przychodzi nam wspólna praca nad muzyką…

Skoro tak, to opowiedz, jak wyglądało tworzenie tych najdłuższych  kawałków – „Flesh Isolation Chamber” czy „A Terrible Master” – moim zdaniem, najciekawszych utworów na płycie?

Obie piosenki były przez nas dokładnie przemyślane, bo chcieliśmy w nich pokonać bariery i wprowadzić metal na wyższy poziom. „Flesh Isolation Chamber” to utwór moim zdaniem dość oszczędny, bardzo dokładnie przemyślany, jeden  z najlepszych na płycie. Prawdopodobnie pojawi się w stosunku do niego określenie death metalowa ballada. Mieliśmy pomysły na różne fragmenty, które zaczęliśmy dopracowywać i łączyć, przez co kawałek długo ewoluował w stronę coraz dłuższej formy, zdecydowanie porzucając schemat „zwrotka – refren – zwrotka”. Myślę, że wspomniane przez ciebie kawałki są znakomite, bo kontrastują z resztą płyty. Ale i pozostałe są bardzo rozedrgane i może nieco klaustrofobiczne. „Flesh…” ma za to dużo przestrzeni i miejsca na prowadzenie niespiesznej narracji. „A Terrible Master” to ostatni kawałek, jaki napisaliśmy na tę płytę. Był to też najprawdopodobniej najtrudniejszy do skompletowania utwór. Staraliśmy się, żeby powstało coś dziwacznego  brzmieniowo i abstrakcyjnego w treści. Kawałek ten jest w równej mierze inspirowany jazzem jak i metalem. Chcieliśmy po prostu zmieszać nasze inspiracje i przykryć je wspólnym aranżem, który połączy te odstające od siebie pomysły w zwartą całość. Finałowy fragment z solem gitarowym jest w całości improwizacją  – zależało nam na takim właśnie luźnym i pełnym rozmachu zakończeniu płyty.

Dla mnie, jako fana metalu sporym zaskoczeniem były psychodeliczne wpływy, jakie można odnaleźć na waszej płycie. Miejscami muzyka brzmi niczym „Pink Floyd grający death metal”. Co o tym myślisz?

Tak, kochamy Pink Floyd, dlatego to dla nas ogromny komplement! Ja nigdy nie myślałem o Pyrrhon w kontekście takich inspiracji, jednak muszę przyznać, że to ma sens. Psychodeliczne elementy, jakie znajdujesz w naszej muzyce znacząco rozszerzają zestaw smaków. Lubimy takie podróże, które wykręcają nasz umysł w nieznane strony, dlatego musimy wręcz bawić się takimi dziwnymi może mariażami  – to nasze wydanie muzycznej progresji. Tacy artyści jak Fredrik Thordendal czy Trey Azagthoth mają ogromny wpływ na naszą muzykę, ale nie można zapomnieć też o Sonic Youth, Mahavishnu Orchestra, Aphex Twin, Neurosis, Tool, Led Zeppelin czy Godspeed You! Black Emperor…

Macie jakieś ulubione fragmenty nowej płyty?

Jako, że włożyliśmy w budowę tej płyty masę energii i czasu, zdecydowanie patrzę na nią jako pewną całość, bez odrywania od siebie poszczególnych kawałków. Dlatego ciężko mi wybrać jakiś jeden kawałek, który mógłbym określić jako ulubiony… To prawdziwe wyzwanie, jeśli miałbym jednak sprostać twojemu pytaniu, wybrałbym „A Terrible Master” – w dużym stopniu dlatego, że jest dziwaczny, psychotyczny na tle innych numerów z płyty. Po krótkim namyśle mogę dołączyć jeszcze kawałek „Idiot Circles” – to prawdopodobnie najbardziej „potłuczony” utwór w tym zestawie.

Opowiedz coś na temat pracy w studiu nagraniowym – czy praca nad taką wielowątkową muzyką jest trudna w laboratoryjnych, studyjnych warunkach?

Kiedy zaczęliśmy…  to były jedne z najintensywniejszych tygodni w naszym życiu. Hotel w którym się zatrzymaliśmy był iście obrzydliwy, mojej głowie utrwalił się smród starych papierosów zmieszany z środkami czyszczącymi. Ciągle to pamiętam, mimo, że już sporo czasu upłynęło od sesji nagraniowej. Takie atrakcje są chyba wliczone w nasz zawód… Po intensywnym dniu nagrań musieliśmy wracać do tej gównianej dziury i nie pozostawało nam nic innego do roboty jak sączyć whiskey i oglądać jakiś durny program o życiu  pensjonariuszy w więzieniu federalnym. Było sporo różnych, „tłustych” sytuacji w tych tygodniach, ale tego nic nie przebiło. Nie pamiętam jakichś szczególnie wesołych czy komicznych sytuacji z tego okresu ale nie zapomnę jednego z ostatnich dni sesji. Był to moment, kiedy z powodu wyczerpania miałem już halucynacje. Po kolejnym, długim dniu nagrywania, wbijania trudnych fragmentów jakiegoś kawałka, nie byłem w stanie sklecić poprawnego zdania. W trakcie rozmowy ktoś pyta się mnie czy widziałem jakiś film. I ja wtedy wypalam „Tak… widziałem… filmy…”, kompletnie bez sensu. Wszyscy mieli spory ubaw, widząc jak bardzo jestem oderwany od rzeczywistości.  W sumie było wiele takich momentów kiedy odpływałem i dzisiaj wspominając te momenty też się z siebie śmieję.

Odpisaliście papiery z polskim wydawcą Selfmadegod – jakie macie oczekiwania? Mnóstwo koncertów we wschodniej Europie i sporo kasy, czy może kompletnie coś innego?

Robiąc płytę dla Selfmadegod zależało nam po prostu na poszerzeniu bazy naszych fanów, dotarciu w nowe miejsca. Jesteśmy podekscytowani, że możemy zdobywać nowe rejony, gdzie dociera teraz  nasza muzyka. Bardzo chcemy też przyjechać z koncertami do Europy, jednak na razie będziemy zajęci na trasach u nas w USA. Mamy nadzieję, że już wkrótce się spotkamy…

Skoro o koncertach mowa – muzyka metalowa bazuje na graniu na żywo, w zasadzie większość zespołów właśnie na scenie  potwierdza swoje możliwości i klasę – jak jest z waszą aktywnością?

Gramy od pierwszego dnia, kiedy powstał zespół. Powstaliśmy pod koniec 2008  a już w styczniu 2009 zagraliśmy pierwszy koncert. Nigdy nie odpuszczamy żadnej okazji, chyba  jedynie konflikty czasowe mogą spowodować, że z jakiegoś gigu rezygnujemy. Pamiętam, że jeden z najfajniejszych koncertów zagraliśmy razem z naszymi przyjaciółmi z eksperymentalnego zespołu z NY – Flourishing. Pomijając muzykę, była wtedy niesamowicie czujna publiczność, która wiedziała czego się po nas spodziewać i doskonale chwytała nasze pomysły. Drugą stroną monety są koncerty, których nie zaliczę do udanych. Np. koncert w VFW Hall (Keyport). Dosłownie graliśmy wtedy dla dwóch osób i byli to członkowie grupy, która miała grać po nas…

Plany na przyszłość?

Pracujemy intensywnie nad nowym materiałem. Mamy gotowe dwa nowe utwory i kilka kolejnych rozgrzebanych. Chcemy też wydać ep – kę z kowerami i jednym naszym kawałkiem. Chyba uda się wydać taki materiał gdzieś w początkach 2012 roku. Zimą, pod koniec tego roku planujemy jeszcze małe, lokalne tour po wschodnim wybrzeżu. Na jakieś większe sztuki przyjdzie czas, choć nie planujemy zbytnio do przodu, bo jeden z nas nadal się uczy, wiec mogą był tzw. problemy logistyczne. No i ciągle czekamy na odzew, jaki wzbudzi nasza płyta, bo to w tej chwili jest najważniejsze…

Rozmawiał Arek Lerch