PYORRHOEA – Odzierając górnolotne idee z wszelkich złudzeń

Pyorrhoea to zespół, dla którego płyt zawsze znajdzie się miejsce na mojej półce. Powtarzałem to wielokrotnie, powtórzę raz jeszcze – debiut tego bandu uważam po dziś dzień za jedną z najlepszych, brutalnych produkcji jakie widział muzyczny świat. Dziś gdy od kilku tygodni zasłuchuję się w najnowszym krążku grupy I Am The War wypada mi stwierdzić tylko jedno: oto wrócił zespół, którego mi na naszej scenie brakowało. Odmienione Pyo to dziś grind’owy potwór pełną gębą o istocie tej zmiany, o nowych i starych dźwiękach oraz paru nie mniej ciekawych rzeczach rozmawiałem z A.D.Gore…

Witaj Adrian! Końcówka roku 2013 to bardzo dobry czas dla Pyorrhoea, ukazał się długo oczekiwany trzeci album, zgraliście trasę u boku Hate i Vedonist; możemy zatem powiedzieć, że zespół w pełni wrócił do gry?

Cześć! Zdecydowanie przeszliśmy do ofensywy i nie będziemy odpuszczać. Końcówka 2013 to był nasz czas na rozpęd: płyta, trasa i solidne plany na przyszły rok. Wracamy do dawnej formy.

Dużo się dziś mówi o marnym zainteresowaniu ludzi muzyką na żywo, szczególnie w kontekście grania ekstremalnego, jak więc oceniasz Rebellion Tour III? Podobno podczas tej objazdówki niczym gwiazdy z pierwszych stron gazet zagraliście nawet dwa koncerty jednego wieczoru…

Specjalnie poczekaliśmy z premierą nowego albumu do trasy, co pozwoliło nam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ogólnie oceniam Rebellion Tour bardzo pozytywnie. Raczej nie brakowało frekwencji, czasem ktoś się obił, najebał albo coś podpalił, ale poza tym zagraliśmy w czasie tych niemal dwóch tygodni kilka niezłych sztuk w nabitych ludźmi klubach, więc nie jest aż tak źle jak się mówi. Myślę, że trasa wiele zawdzięcza profesjonalnej organizacji ze strony Daniela z Sophiria Management, który stanął na głowie by wszystko odbyło się jak należy. Co do podwójnego koncertu – jako, że naszym nagłośnieniowcem i towarzyszem podróży był Poli, szef klubu Rudeboy, to po koncercie w Tychach przejechaliśmy się do pobliskiej Bielska-Białej, gdzie zagraliśmy drugi set i bardzo miło spędziliśmy wieczór, który zakończył się o poranku.

Wszyscy, którzy widzieli Was na trasie, mają już wiedzę iż na stanowisku wokalisty Pyo nastąpiła zmiana. Dlaczego porzuciłeś gitarę na rzecz mikrofonu? Jest to   stała sytuacja czy tylko czasowe rozwiązanie z powodu odejścia z zespołu Chryste?

 Bardzo długo szukaliśmy następcy Chrystego, którego po dziś dzień uważam za jednego z najlepszych wokalistów w Polsce. Może ze względu na wysoko postawioną poprzeczkę było trudno znaleźć nowego gardłowego z zewnątrz. Dodatkowo materiał z “I Am The War”, który dominuje na koncertach, jest wymagający pod względem wokalu. Po przetestowaniu różnych typów, wciąż mieliśmy niedosyt i zdecydowałem się spróbować sam, tak naprawdę by sprawdzić w czym tkwi problem. Zadanie okazało się trudne, ale nie niemożliwe do realizacji, choć jeszcze sporo wody upłynie zanim będę w 100% zadowolony z efektów. Do gitary zamierzam wrócić, kiedy tylko uda mi się połączyć granie z wokalem.

Gdy Chryste opuścił zespół nie miałeś pokusy by na nowo nagrać wokale na „I Am The War”, tym razem tylko i wyłącznie swoje?

Nawet przez sekundę nie przeszło mi to przez myśl. Chryste zrobił świetną robotę na „I Am The War”, wiele godzin spędziliśmy wspólnie na aranżacji wokali, był autorem części tekstów. Poza tym po co niszczyć coś, co wyszło rewelacyjnie?

Trzeci album Pyo anonsowałeś już na jesień ubiegłego roku, dlaczego czekaliśmy na tą płytę tak długo? Ostatecznie materiał wydaliście sami – to była konieczność czy najlepsze rozwiązanie na daną chwilę? Jak oceniasz z perspektywy czasu współpracę z dość mocno w swoim czasie krytykowanym Empire Records /Thrash’em All/Massive Music?

Jeśli już to Empire Records, he, he, he… Zaczynając od końca – współpraca z Mariuszem wiele nam dała i pozwoliła wypłynąć na szersze wody. Empire wywiązała się ze wszystkich zobowiązań i kiedy zwinęła działalność, rozwiązanie współpracy odbyło się w kumpelskiej atmosferze. Jeśli ktoś krytykuje to jego biznes, u nas było ok. Po kilku latach zmienił się rynek i podjęliśmy decyzję o wydaniu albumu pod szyldem naszej własnej wytwórni, gdyż zwyczajnie to nam się najbardziej opłacało i pozwalało zachować pełną kontrolę nad materiałem. W Polsce obecnie CD jest dostępne w dystrybucji wielkaplyta.pl i bezpośrednio u nas – proste i klarowne rozwiązanie. Na zagranicznych rynkach będziemy stosować podobny model. A co do czasu, który upłynął odkąd weszliśmy do studia do momentu wydania… Nie mając terminów wiążących nas z wytwórnią, mieliśmy możliwość dopieszczenia wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach. Nigdzie nam się nie spieszyło.

Odzierając górnolotne idee z wszelkich złudzeń

Odzierając górnolotne idee z wszelkich złudzeń

Nowe dziecko Pyorrhoea „I Am The War” mnie osobiście zaskoczyło, przyznam, że nie spodziewałem się aż tak zdecydowanego kroku w kierunku pierwotnie grindowego sznytu jakim emanuje ta płyta. Wyczuwam inspiracje szwedzką sceną, General Surgery, Sayyadina… Komponując materiał na płytę nie oglądaliście się na poprzednie krążki Pyo? Twoim zdaniem to, że każda z płyt Pyorrhoea jest właściwie zasadniczo różna świadczy iż zespół cały czas się rozwija?

Zawsze inspirowała nas szwedzka scena, ekipy takie jak Nasum, Disfear czy Skitsystem. Po prostu na nowym materiale daliśmy tej inspiracji najsilniejszy wyraz. Na poziomie brzmienia dotychczas było różnorodnie. Jedynka to stricte wyziew, dwójka jest bardziej technicznym materiałem… Ale trzecia płyta jest najbardziej NASZA. Doszliśmy do etapu, kiedy moc jedynki miksujemy z techniczną finezją dwójki i nadajemy temu połączeniu crustowego czy wręcz punkowego charakteru.

Podoba mi się to, że nowy materiał to płyta cholernie dynamiczna, więcej tu rytmiki rodem z crust/punka czy d-beatu niż tradycyjnie ujętych blastów. Jesteś zadowolony z tej surowej energii, którą aż kipi „I Am The War”?

Staraliśmy się by było jak najbardziej analogowo, żywo, wręcz chaotycznie, by materiał był na maksa wkurwiony i szczery… Postawiliśmy na moc i energię, nie chcieliśmy zrobić kolejnej płyty, wypełnionej karabinem maszynowym na bębnach. Ale też nie nastawialiśmy się na konkretny efekt w 100%. W jakimś stopniu nauczyliśmy się nas samych w trakcie tej sesji, a dzięki temu udało się nam osiągnąć więcej niż mogliśmy oczekiwać. W tej muzyce pierwiastek chaosu jest wartością samą w sobie.

Nowy materiał z pewnością nie kopałby tak mocno gdyby nie bardzo specyficzne, organicznie, wręcz surowe i mocne brzmienie, za które odpowiedzialne jest studio Hertz. Dziś, z perspektywy kilkunastu miesięcy od sesji nagraniowej, uważasz, że wybór studia z polskiej stolicy grindu (jak niegdyś zwany był Białystok) był strzałem w dziesiątkę? Korzystaliście podczas sesji z jakiegoś wyjątkowo interesującego sprzętu?

Studio to nie tylko sprzęt, to także ludzie i atmosfera. Hertz jest obecnie jednym z najlepszych miejsc do nagrywania muzyki metalowej czy rockowej w całej Europie i chyba nie muszę wymieniać zespołów, których sesje nagraniowe są tego potwierdzeniem. Czujemy się tam jak w domu. Moglibyśmy nagrywać nowy materiał wszędzie, ale zdecydowaliśmy się na to by nie korzystać z półśrodków – na tyle ważna była dla nas nowa płyta. Pyorrhoea nigdy nie nagrywała nigdzie indziej, ale my sami mamy wiele doświadczeń z innymi studiami i Hertz był po raz kolejny świadomym wyborem. Charakter brzmienia i różnorodność naszych materiałów świadczy o tym, że to studio łączy jakość z wszechstronnością. Tym razem zdecydowaliśmy się na brud, totalnie akustyczne brzmienie bębnów, old schoolowe efekty gitar, z których zazwyczaj korzystają zespoły stoner rockowe, a bracia Wiesławscy po raz kolejny pokazali, że są w stanie z nietypowego jak na nowoczesny death/grind podejścia wykręcić jakościową produkcję. Myślę, że po raz kolejny zadaliśmy kłam obiegowej opinii o plastikowym brzmieniu tego studia. Zasada jest prosta – jeśli wiesz w którym kierunku chcesz podążać to para realizatorów z najwyższej półki pozwoli ci osiągnąć wyjątkowy efekt.

 Postawiliśmy na moc i energię

Postawiliśmy na moc i energię

Tytuł płyty brzmi bardzo buntowniczo i wczytując się w teksty raczej nie doszukamy się w nich tematów lekkich, łatwych i przyjemnych. Opowiedz coś więcej o koncepcie, wokół którego zbudowany jest przekaz „I Am The War”?

“I Am The War” to metafora ludzkości, którą rządzi konflikt. Większość z nas nie dość, że toczy nieustanną wojnę z otaczającym ich światem, to walczy ze swoimi prawdziwymi potrzebami, swoim jestestwem. Tytuł płyty funkcjonuje na wielu poziomach… Z jednej strony pokazuje konflikt jako wrodzoną cechę ludzi, z drugiej jako coś, co odrzucamy, nie jesteśmy w stanie zaakceptować, gdyż wychowano nas w przeświadczeniu, że jesteśmy z natury dobrzy. Otóż nie jesteśmy, a okrucieństwo, chciwość i żądza władzy jest ponad ustanowionymi powszechnie normami społecznymi. W tym też tkwi WOJNA. W braku akceptacji naszej zwierzęcej, bezlitosnej natury. Każdy z tekstów tej płyty inspirowany jest autentycznymi wydarzeniami lub stanowi wizję globalnych zjawisk, które mogą mieć miejsce w niedalekiej przyszłości, bo szans na zmianę naszego charakteru nie ma. Przykład – kiedy byłem dzieciakiem Polskę obiegło doniesienie o pewnym przerośniętym uczniu podstawówki, który zmiażdżył głowę głazem swojemu młodszemu koledze dlatego, że chciał się popisać przed tymi, dla których ofiara była pośmiewiskiem. Grupa jego rówieśników stała obok i dopingowała mordercę. Jak we “Władcy Much” Goldinga. O tym opowiada nasz utwór “Scornseed”. Takich przypadków są dziesiątki tysięcy. Poczytaj o eksperymencie Zimbardo. O ludziach, którzy przestają być ludźmi według ogólnie przyjętej definicji tylko dlatego, że pozwoliły im na to okoliczności. Nasz świat nie jest pięknym miejscem. O tym jest ta płyta.

Nawet odległe inspiracje Goldingiem czy trudne tematy socjologiczno-psychologiczne to o galaktykę bardziej poważne sfery od tych jakie dotykały teksty na „Desire for Torment”; taka zmiana jest efektem dojrzałości czy może podążając za muzyką zaczynacie poruszać tematy, które często pojawiają w twórczości takich bandów jak Nasum czy Disfear?

Już na poprzednim krążku teksty dotyczyły tematów głębszych niż na „Desire for Torment”, zmienili się autorzy, ewoluował nasz sposób myślenia o muzyce… Z drugiej strony nie odeszliśmy od gore’owej oprawy. Teksty wciąż są bardzo brutalne i mogą być wręcz obrzydliwe dla niektórych odbiorców, niemniej obecnie pod maską obrzydliwości kryje się głębszy przekaz. To nie jest kwestia dojrzałości ani inspiracji tylko poszukiwania, zaobserwowaliśmy pewne zjawiska i chcieliśmy je po swojemu opisać. I co ważne, nie zaczęliśmy być zespołem politycznym, nie walczymy z tym jaki jest świat. Po prostu pokazujemy go, odzierając górnolotne idee z wszelkich złudzeń.

Płyta to nie tylko muzyka i teksty, ważna jest również wizualna strona całego przedsięwzięcia i tu kolejne zaskoczenie bowiem okładka i layout są bardzo oszczędne, ascetyczne w formie…

Okładka to polemika z głośną kampanią Johna Lennona, który w latach 60-tych ubiegłego wieku na ulicach największych amerykańskich miast wynajął gigantyczne powierzchnie reklamowe i umieścił na nich slogan “War is over”. Wtedy jego celem było wsparcie ruchu bojkotującego wojnę w Wietnamie. Lennon uważał, że wystarczy by ludzie się kochali, a na świecie zapanuje pokój. Wojna w Wietnamie zakończyła się tylko dlatego, gdyż Amerykanie nie potrafili sobie poradzić z armią Vietkongu, a ich ówczesny prezydent okazał się wielkim politycznym aferzystą. W tym samym czasie “Rodzina” Charlesa Mansona zamordowała Sharon Tate i kilkanaście innych osób, inspirując się utworem The Beatles, a 11 lat później Lennona zastrzelono w bramie jego kamienicy. Przesłanie Lennona było odpowiedzią na realia jego czasów, ale uważam, że się pomylił i gdyby nadal żył zapewne przyznałby nam rację.

Uważasz, że dziś Pyorrhoea znalazła już swoją niszę czy nadal jesteście jeszcze w fazie poszukiwań?

Na chwilę obecną jesteśmy najbliżej tego co nas kręci i zawsze kręciło, jednak nie mogę Ci obiecać, że na kolejnym albumie nie usłyszysz elektroniki, ambientu czy innego typu wynalazków. Jeśli stwierdzimy, że to pasuje i robi rozpierduchę, to dlaczego nie? Wiesz co jest naszym znakiem rozpoznawczym? INTENSYWNOŚĆ. Nie oszukujmy się, nie jesteśmy najbardziej oryginalnym zespołem na scenie. Jednak gdybyś puścił komuś naszą płytę, nie mówiąc co to jest, łatwo się domyślić, że to Pyorrhoea. Nigdy nie odpuszczamy i robimy to w dość charakterystyczny sposób.P Live

„I Am The War” to materiał, którego korzenie sięgają chyba dość głęboko w waszą historię, numer tytułowy graliście już w 2008 roku… Płyta powstawała zespołowo czy może jest klasycznym przykładem wizji jednego autora? Kto z was miał największy wpływ na tak zdecydowany zwrot w kierunku grind core?

Korzenie tej płyty sięgają nawet głębiej w przeszłość, a na to, że poszliśmy w takim kierunku największy wpływ mieli Cyprian, Amon, Lukas i A.D.Gore. Czyli aktualny skład. Kochamy taką muzykę, świetnie się przy niej bawimy, od minimum kilkunastu lat każdy z nas w tym tkwi. To rzadko spotykane, ale jesteśmy zespołem totalnie demokratycznym. To może nie wpływa pozytywnie na tempo w jakim pracujemy, ale dzięki temu powstają rzeczy szczere, pod którymi każdy z nas może się podpisać obiema rękami.

Jako, że powoli zbliżamy się do końca roku pozwolę sobie zapytać Cię o to jaki album oprócz „I Am The War” towarzyszył Ci w ostatnich miesiącach najczęściej? Jak duży wpływ ma na to co tworzysz muzyka, której słuchasz „prywatnie”?

To pewnie czeka Cię spore zaskoczenie… w domu nie słucham zbyt wiele ekstremy, choć staram się bywać kiedy tylko mogę na ekstremalnych koncertach. Ostatnio w moim odtwarzaczuP Live2 gości “Dirt” Alice In Chains, „The Great Southern Trendkill” Pantery, “Slow Deep and Hard” Type O Negative, “Fragile” Nine Inch Nails. Bardzo lubię ciężki, amerykański rock z lat ‘90. To dla mnie najlepsza muza do samochodu czy do pracy przy komputerze… Poza tym elektronika – Combichrist czy muzyka filmowa np. z „Dredd” albo „Place Among The Pines”. Z najcięższych klimatów uwielbiam nowe Gorguts, słucham też sporo dynamicznego grindu w stylu Spasm czy Jig-Ai plus klasyki z epoki „World Downfall”. Jak więc widzisz o bezpośrednich inspiracjach raczej nie może być mowy.

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że nowa płyta, trasa z Hate dała wam rozpęd – w takim razie czego możemy spodziewać się po Pyorrhoea w najbliższym czasie? Materiał na kolejny album już powstaje?

Przede wszystkim planujemy wydanie reedycji „I Am The War” w wersji winylowej z bonusowymi coverami. Podczas ostatniej sesji zarejestrowaliśmy nasze wersje kawałków Blood, Agathocles, Nasum, Extreme Noise Terror i Brutal Truth, które będą dostępne na czarnej płycie. Mamy już zaklepanych kilka niezłych koncertów w Polsce na pierwsze półrocze 2014, planujemy też udział w kilku zagranicznych festiwalach. Jeśli dobrze pójdzie to jesienią pojedziemy w kolejną trasę. Materiał na nową płytę już się rodzi, ale na razie nasz priorytet to „I Am The War” i koncerty.

Dzięki za rozmowę i poświęcony czas!

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Paweł Wygoda/Łukasz „Luxus” Marciniak

Na zakończenie, by nagrodzić Cię droga czytelniczko lub drogi czytelniku, który to zadałeś sobie trud by przeczytać wywiad do końca, mamy do rozdania mały prezent od zespołu.

Osoba, która jako pierwsza poprawnie odpowie na poniższe pytanie otrzyma świeżutki egzemplarz „I Am The War”. Pytanie brzmi:

Wymień wszystkich wokalistów jacy udzielali się na płytach Pyorrhoea?  Odpowiedzi ślijcie proszę na adres w6i6e6@gmail.com

Czas, start….!