POPSYSZE – Muzyka kopalińska

Z Popsysze spotykamy się na łamach Violence już po raz trzeci i chyba dzisiaj można powiedzieć, że mamy do czynienia z najlepszą odsłoną zespołu. Wyjechali gdzieś na bezdroża, przycupnęli w kaszubskiej chałupce i polecieli w kosmos. „Kopalino” to dzieło niemal doskonałe, powstające w miejscu gdzie kończy się rock a  zaczyna prawdziwa wolność. Zresztą, co się dziwić, skoro Pospysze to zespół nieobliczalny. I od tego rozpoczęliśmy właśnie pogawędkę z śpiewającym gitarzystą, Jarkiem Marciszewskim. Zapraszamy!

Podobno jesteście zespołem nieobliczalnym. To prawda? A jeśli tak, co oznacza nieobliczalność w muzyce?

Nie wiem, czy jesteśmy do końca nieprzewidywalni, wydaje mi się, że zawsze słychać, że to my jako trio, nieważne w jakim kierunku się udamy. Wydaje mi się, że nieobliczalność w muzyce to wolność, a przynajmniej dążenie do niej. Nie stawianie sobie żadnych ograniczeń poza wspólnym celem grających razem muzyków.

Ów brak ograniczeń bardzo pasuje do Popsysze. Wydaje mi się, że nie boicie się robić rzeczy, na którelive nie każdego stać. Jaka była najbardziej odjechana akcja, którą odstawiliście jako zespół?

Wydaje mi się, że wyjście na scenę z Damo Suzuki z Can na festiwalu SpaceFest. Damo napisał do nas przed festiwalem jednego maila, że fajnie będzie się spotkać i prosi, żeby nie było żadnej próby razem, żebyśmy wszytko wyimprowizowali. Więc spotkaliśmy się przed koncertem, wyszliśmy na scenę i zagraliśmy ponad godzinny koncert. Grało nam się na tyle dobrze, że organizator musiał nam przypomnieć, że nasz czas już minął.

To się nazywa trans idealny. No dobra, padły dwa słowa, które w kontekście Popsysze, ale i całej sceny alternatywnej mają duże znaczenie – trans i improwizacja. Tak się zastanawiam – kiedy pojawił się ten cały szał na improwizowane granie? Co dla was oznacza improwizacja?

Improwizacja dla Popsysze od początku była ważna. Nawet na pierwszej płycie „Ali song” był w dużej mierze wyimprowizowany. Dla nas improwizacja jest ucieczką od rutyny, zależy nam na tym aby koncerty różniły się od siebie. Z drugiej strony potrzebujemy solidnego wsparcia, jakiejś bazy. Nie czujemy się na tyle silni w improwizacji żeby wyjść na scenę i wszytko zagrać tu i teraz. Jeden i drugi element jest dla nas bardzo ważny. Improwizacja to przede wszystkim dialog, rozmowa pomiędzy nami jako muzykami, ale też rozmowa z samym sobą, publicznością, miejscem itd. Wydaje mi się, że szał wziął się z potrzeby znalezienia czegoś nowego w świecie gdzie jest bardzo dużo dźwięków i jest też bardzo dużo wtórnej, powtarzalnej muzyki.

Ta duża ilość może powoli doskwierać. Przebicie się z nawet najlepszą płytą powoli staje się absurdem i loterią. Jakie jest wasze podejście – staracie się walczyć z oporną materią, czy raczej przyjmujecie luźną postawę w stylu „co będzie to będzie„? Kiedy warto wyluzować a kiedy trzeba pomóc karierze?

Staramy się nagrać na tyle dobrą płytę na ile to możliwe i powoli rozszerzać grono słuchaczy. Nie mamy jakiegoś agresywnego planu na promocję, rozsyłamy informację i czekamy co się wydarzy. Ważne są dla nas koncerty i to na nich staramy się promować zespół. Na pewno zbyt duże ciśnienie i wygórowane oczekiwania nie pomagają muzyce. A to muzyka jest w tym wszystkim najważniejsza. Często najlepsze rzeczy pojawiają się, kiedy przestajesz „za bardzo się starać”.

No właśnie na „Kopalino” czuję bardzo dużo takiego luzu. dystansu. Słychać, że po prostu gracie duszę, bez zastanawiania się, czy jest to spójne. Chwytacie klimat i bawicie się z nim w tzw. kotka i myszkę. No i wychodzi coś intrygującego. Choć najbardziej urzekł mnie ten wewnętrzny WIELKI SPOKÓJ, jaki z płyty emanuje. Złapaliście moment nirvany? Równowagi?

Mam nadzieję, że nie… pewna dawka chaosu i braku równowagi też jest potrzebna. Ale rzeczywiście, mam wrażenie, że ta płyta jest najbardziej wspólna. Udało nam się wyjechać na tydzień poza miasto. W kwietniu w  Kopalinie prawie nikogo nie ma, wieś jest otoczona lasem, w pobliżu jest jezioro, otwarte morze, w nocy piękne, wyraziste niebo. Nie musieliśmy za bardzo szukać harmonii tylko otworzyć się na to co już zastaliśmy. Poprzednie płyty nagrywaliśmy szybko. „Popsutą” w dwa dni. Tutaj nigdzie się nie spieszyliśmy, powiedzieliśmy sobie przed wyjazdem, że nie musi z tego powstać płyta. Jeżeli się uda to fajnie, jeżeli nie to trudno. Może właśnie ten luz i takie podejście słychać na płycie?

Muzyka kopalińska

Muzyka kopalińska

Słychać, że mieliście bardzo otwarte głowy – dużo różnych wpływów się tu spotyka a nad wszystkim unosi się szum. Jeśli dodam, że wiatru, to od razu wyjdzie, że „Dni wiatru”. No dobra… nie wiem czemu, czy przez okładkę, czy coś innego, ale „Kopalino” strasznie mi się kojarzy z „Dniami wiatru” Ścianki…

To komplement, dzięki! Jesteśmy z Trójmiasta i Ścianka to dla nas ważny zespół, zawsze był inspiracją. Ale wydaje mi się, że „Dni wiatru” są jeszcze bardziej odważne, może to kierunek na następną płytę. Wracając do różnorodności, w Kopalinie nagraliśmy jeszcze jeden utwór, który jednak nie wszedł na płytę. Wydawało nam się, że zepsułby ten zróżnicowany, ale w jakimś sensie spójny klimat płyty. Więc w sposób naturalny w Kopalinie powstała jakaś spójna koncepcja.

Spójny… na czym ta spójność polega, waszym zdaniem?

Może to bardziej moje odczucie, ale zawsze miało to dla mnie znaczenie. W sensie brzmieniowym wydaje mi się, że „Kopalino” ma spójny charakter. Samo nagranie w domku letniskowym sprawiło, że płyta brzmi tak a nie inaczej. Po raz pierwszy też pozwoliliśmy sobie na nagranie dowolnej ilości instrumentów. Pojawiło się bardzo dużo perkusjonaliów, grzechotek, trochę elektroniki i w niektórych utworach kilka ścieżek gitar. Wydaje mi się też, że na całej płycie czuć Kopalino, jako miejsce odosobnienia, pewnego dystansu i swobody. Utwór, który nie znalazł się na płycie za bardzo psuł nam tą atmosferę. Ale tak jak już wcześniej wspomniałem, cała atmosfera płyty i jej koncepcja powstała dopiero podczas nagrywania.

Ciągle pojawia się Kopalino, zatem więcej o tej sesji, ale od bardziej takiej przyziemnej strony – wydaje mi się, że taka forma zapewnia swobodę i oddech, ale jednocześnie trzeba bardziej dbać o dyscyplinę, żeby z nagrań nie zrobił się tzw. melanż? A granica jest chyba cienka. Wiecie, gdzie przebiega?

Tak, wiedzieliśmy, że pojechaliśmy tam głównie nagrywać. Zostawiliśmy też rodziny w domach, więc trochę niezręcznie byłoby przez tydzień melanżować. Graliśmy przez cały dzień, czasami robiąc sobie przerwy. Dopiero wieczorem, przychodził moment na jakieś wyluzowanie. Ale jednego dnia tak się wciągnęliśmy, że nagrywaliśmy do pierwszej w nocy. Lubimy grać i sprawia nam to przyjemność, więc nie było potrzeby żeby jakoś specjalnie podkręcać atmosferę. Na koniec zrobiliśmy ognisko przy kurhanie, który był za płotem. Przyjechał też nasz wieloletni przyjaciel i uczciliśmy nagrania.Popsysze

Na ile procent mieliście przygotowany materiał a na ile zdaliście się na tzw. wenę?

Mniej niż połowa materiału była wcześniej przygotowana, albo w pewnej części ograna. Aranżację do nich robiliśmy na miejscu. Większa część materiału powstała już na miejscu. Mieliśmy gotowe pomysły, ale wcześniej ich wspólnie nie ograliśmy. Niektóre utwory wymyślaliśmy od podstaw. Zdarzało się też tak, że coś nagraliśmy i po odsłuchaniu zmienialiśmy utwór i nagrywaliśmy go jeszcze raz.

Intryguje mnie kawałek „Latarnia”, bo najbardziej odstaje od reszty, będąc w zasadzie w całości psychodeliczną, mocną improwizacją, w duże mierze opartą na zabawach efektami. Czy to fanaberia, czy zamierzacie grać numer na żywo?

Oczywiście, że gramy na żywo! Pomimo tego, że podczas nagrywania pojawiło się dużo dodatkowych instrumentów, pamiętaliśmy o tym, żeby móc te utwory wykonywać podczas koncertów. Grając na żywo też wspomagamy się kilkoma efektami, więc udaje nam się wskrzesić atmosferę Kopalina. Koncerty mają też inną dynamikę i oczywiście jest trochę inaczej niż na płycie. „Latarnia” ma największy potencjał do improwizacji, więc może już niedługo ten utwór będzie brzmiał zupełnie inaczej niż na płycie.

A co z resztą? Moje pewniki koncertowe to nowofalowa „Linia nr 8” i krautowy, świetnie jadący „Kurhan”. Za to przez „Powiedz co widziałeś” nazwą was Lenny Valentino alternatywnego niezalu (śmiech).

Dopiero trzy razy graliśmy nowy materiał, więc ciężko mi powiedzieć jak to brzmi. Musimy jeszcze trochę pograć, żeby oswoić „Kopalino”. Ale jest to chyba pierwsza płyta, gdzie wszystkie utwory nam się podobają i nie ma żadnego sprzeciwu podczas ich grania. Oczywiście, chętnie zostaniemy nowym Lenny Valentnino czy Ścianką  alternatywnego niezalu…

Nazywa się was triem rock’n’rollowym, ale ja tego rock’n’rolla słyszę tu mało. Wydaje mi się wręcz, że nazywanie was zespołem rockowym nie ma sensu. Kim zatem jesteście?

Live PopsyszeJesteśmy Popsysze. Ciężko mi definiować teraz naszą muzykę i nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Podoba nam się idea power trio, ale może nie jest to już rockowe power trio. Nie wiadomo też jaka będzie kolejna płyta, może jeszcze wrócimy do bardziej rockowej formuły? Nasza muzyka jest na pewno trójmiejska a może nawet bardziej „kopalińska”.

I to jest dobre podsumowanie naszej rozmowy – muzyka jest trójmiejska w całej rozciągłości tego słowa. Zatem, żeby przekonać się z czym się to je, trzeba was zobaczyć. Gdzie i kiedy? Jakie szykujecie niespodzianki?

Od kwietnia do czerwca ruszamy w małą trasę. Pojawimy się w naszych północnych miastach- Elbląg, Tczew, Malbork i zgramy koncert w Radiu Gdańsk. Potem ruszamy w głąb kraju, odwiedzimy Warszawę, Kraków i Łódź, może jeszcze inne miasta. Na jesień szykujemy trasę z trójmiejskim zespołem Lastryko (ex Walrus Alphabet). Podczas koncertów pojawi się utwór odrzucony z płyty i będziemy też improwizować i bawić się „Kopalinem”.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Dawid Weisbrodt