PLUM – overdrive i nowe struny

Nie muszę chyba ukrywać, że najnowsza, piąta płyta poznańskiego trio Plum jest dla mnie jednym z najlepszych, alternatywnych krążków tego roku. Zasypywany codziennie „objawieniami”, które mają zmienić świat, zmęczony medialnym jazgotem, traktuję „Emergence” jako zajebistą podróż do czasów, kiedy liczył się pomysł, talent a nie kasa, za którą można kupić fajny ciuch i dobrą strunę. Plum nie wstydzą się tego, że cały czas grzebią w hałaśliwym śmietniku zwanym „lata 90 – te”, robią to zresztą od lat i z coraz lepszym skutkiem. Krótko – jeśli takie nazwy jak Amphetamine Reptile Records, Touch&Go czy Outside  wywołują u Was żywsze bicie serca, „Emergence” to oczywista oczywistość na waszej, muzycznej półce. Nie mogło zatem zabraknąć i u nas wywiadu z tym fascynującym zespołem. Moimi rozmówcami byli bracia Piekoszewscy – Marcin  i Rafał, którzy dość wyraźnie nakreślili kulisy powstania swojego najnowszego dzieła.

 

 

 

Jakie siły spowodowały, że w tak krótkim czasie po „Hoax” skleciliście nowy materiał. Ba, materiał tak bogaty, że można by tymi pomysłami obdzielić ze trzy kapele…

Rav: Jesteśmy w permanentnym procesie twórczym. Tylko rzeczywistość i logika zdarzeń ograniczają nas przed nagrywaniem płyt co miesiąc. Szkopuł w tym, że trudno nam wyjaśnić skąd i po co to wszystko przychodzi. Ale ok, póki siła niewiadomego sprzymierza się z nami, mówimy jej tak.

Marcin:  Potrafimy w miarę dobrze zorganizować sobie czas, więc regularne próbowanie i pomysły sprawiają, że nowe kawałki powstają dość często.

Zanim przejdziemy do nowych rzeczy, chciałbym żebyście krótko podsumowali czas promocji „Hoax” – gdzie zagraliście? Udało się za sprawą tego bardzo dobrze przyjętego materiału zawojować kawałek świata?

R.: “Hoax” – premiera 13 marca 2011. Wydawcą jest Lado ABC. Kilkanaście koncertów z kawałkami z tej płyty. Dobre recenzje w polskiej prasie i magazynach m.in. w Playboyu i Violence Magazine. Hmmm, tak, sukces.

M.: Tak, zagraliśmy dwie trasy, było przyjemnie, graliśmy nawet w Liverpoolu.  Ludzie dobrze reagowali na materiał z “Hoax”, przy czym już wtedy wypróbowaliśmy piosenki z “Emergence”. Właściwie zawsze tak robimy przed nagrywaniem nowego materiału, że najpierw sprawdzamy go na koncertach.

Jak dzisiaj podchodzicie do tej płyty? Nie denerwują was te ciągłe porównania do stoner’a?

R.: Z niewyraźną śmiałością. Nie denerwują, bo mają być porównania, żeby słuchacze mogli się z nimi nie zgadzać. „Marketing bitch!”

M.: Piachu w ustach nie czuję, ale QOTSA lubię. W “Hoaxie” jest tyle stoner’a ile noise’a, ja to traktuję jako muzykę PLUM. Każdy na czymś się wychował…

Hoax był takim wyjściem z cienia – czy zadanie zostało spełnione, czy to po prostu „kolejny krążek”?

R.: Kolejny wykolejony krążek – jak dotąd najszerzej i najlepiej przyjęty w historii Plum. To jest nasza droga, może i wydaje się zacieniona z góry, ale wciąż idziemy. I przynajmniej masło nam się nie rozpuściło w kanapkach.

M.: A i ser nawet jeszcze smakuje. Wyjściem z cienia była pierwsza nasza ep-ka „Express..6” i potem LP „Out Of Confusion”, zawsze pojawiały się recenzje, lepsze lub gorsze, fanów przybywało, ale też pewnie niektórzy się odwracali od naszej muzyki. Mam wrażenie, że nie za wiele się zmieniło od tamtego czasu. Gramy coraz lepiej i robimy lepsze piosenki, bo gramy jako PLUM 13 lat. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy dzikim zwierzęciem w klatce, ludzie przyjdą, popatrzą, pokiwają głową, powiedzą „aha, nieźle” i odchodzą.  Ale masz rację, ludzie zwrócili uwagę na „Hoax”.

overdrive i nowe struny

overdrive i nowe struny

R.: Trudno ocenić, czy jest równowaga w zespole, będąc jednocześnie częścią w tej relacji. Musi  jednak być  wspólny cel, choćby jakość wykonania utworu, albo dobra atmosfera między nami na koncercie. Cel nas wówczas spaja i jest bazą do tworzenia czy spełnienia indywidualnych potrzeb. Cel-pal!

M.: Równowaga polega na tym, że każdemu z nas zależy na robieniu i graniu  nowych utworów. Poza tym musielibyśmy też zdefiniować dokładnie do czego ma się odnosić równowaga, bo jako sama w sobie nie istnieje, taka która sprawia, że wszyscy są happy. Nie na tej planecie. Więc nie żeby ktoś w zespole był niezadowolony z efektów pracy, albo z jakiegoś powodu cierpiał, ale zawsze jest sporo dyskusji podczas tworzenia, czy nagrywania.

Czym prace nad „Hoax” różniły się od roboty przy „Emergence”?

R.: Nagrywanie się różniło trochę, tym razem dosłownie wszystko nagraliśmy osobno, na „Hoax” bębny z basem nagrywaliśmy na tzw. setkę.

M.: Przy robieniu kawałków do „Emergence” wiedziałem już, że niektórymi pomysłami nawiązujemy do „Hoax”, ale większość pomysłów było świeżych. To tak jest chyba zawsze, w przypadku „Hoax” niektóre kawałki nawiązywały do poprzedniczki „Witness Of Your Fall”.

Najnowsze wasze dzieło to przede wszystkim materiał niezwykle spójny i energetyczny. Mimo całego, rozchwianego, noise’owego sztafażu gitar, materiał ma moc, jest spójny i jest też takim  ciosem w twarz. Czy zatem nie wkurwiają Was recenzje, jak ta, gdzie jakiś niedorobiony dziennikarzyna zarzuca Wam,  ze „Emergence” jest nudna, bo… zbyt  zróżnicowana?!

R.: I tu wychodzi brak zrozumienia konwencji (ha, ha…). Bez przesady, są przecież różne oczekiwania i niejednoznaczne wartości. W jednej parze oczu czy uszu rzecz prezentuje się czymś wspaniałym a inna para na to się zamyka. Całkowicie akceptuję ten stan rzeczy.

M.: Kiedyś tego typu recenzje działały na mnie rozweselająco, kompletnie mnie nie ruszały, teraz, z czasem, bardziej zastanawiam się, co sprawiło, że ktoś napisał taką reckę, że ten ktoś być może nie ma punktu odniesienia, raczej nie zna poprzednich płyt, być może nas nie lubi z jakiś tam powodów, ale bądź co bądź ma swojego bloga i ma prawo napisać o nas cokolwiek mu się podoba. A raczej co mu się nie podoba.

Napisałem w recenzji coś w stylu, że Wasza  płyta jest dla mnie taką encyklopedią niezależnej Ameryki lat 90. Skupmy się zatem na moment nad inspiracjami – opowiedzcie, co te lata 90-te dały Wam takiego, że nie możecie o nich zapomnieć. Jacy wykonawcy, czy ogólnie rzecz ujmując, wydarzenia muzyczne zmieniły Wasze życie?

R.: Faktycznie, w latach 90 słuchaliśmy sporo rzeczy z Amp Repu i T&G. Te głośne i agresywne bandy dodawały nam skrzydeł w działaniu i podkręcały wyobrażenie sfrikowanych Amerykanów, z którymi chyba chcieliśmy się identyfikować. To był wówczas nasz stan umysłu, wieku i potrzeb. Można powiedzieć, że zespoły z tamtego okresu, tych miejsc, scen, wytwórni były najważniejsze przy powstawaniu Plum. Hammerhead, Jesus Lizard, Chokebore, Shellac.

M.: Jasne, siłą rzeczy zmieniły moje życie, w latach 90-tych poznałem moje ulubione zespoły i nie tylko zespoły, ale wydaje mi się, że to, co gramy ma już inne emocje niż te sprzed 20 lat, jesteśmy już kompletnie innymi ludźmi  (a może takimi samymi – odwieczny dylemat).  Ale szczerze mówiąc to jednak jestem przekonany, że czas pozostawiamy za sobą, przykładem na to jest kawałek „M.A.R.C.H.”, który razem z Rafałem zrobiliśmy dobrych pare lat temu i wciąż mam wrażenie, że jest dość futurystyczny i nijak się ma do przeszłości. Więc może z lat 90-tych pozostały nam tylko stare koszule i dżinsy, ale cała reszta była już update’owana na bieżąco.

z lat 90-tych pozostały nam tylko stare koszule i dżinsy

z lat 90-tych pozostały nam tylko stare koszule i dżinsy

R.: Też czytaliśmy OutSide’a i również dla nas była zaskoczeniem ta zmiana z pionierskich propagatorów gitarowej alternatywy na promotorów klubowej techno kultury. Ale chyba o przyczy tej metamorfozy i historii Outside musisz pytać samych twórców tego wpływowego wówczas wydawnictwa. A jeśli chodzi o techno, to pamiętam, że dobrze się wówczas bawiłem przy minimalach czy na housowych imprezach.

M.: Tak, numery leżą raczej w piwnicy w Stargardzie, najbardziej lubiłem przeglądać katalog OutSide’a.

Wspomniałem o Ameryce, ale przecież w niektórych miejscach słyszę też wyraźnie powinowactwo z wczesnymi dokonaniami czeskiego Sunshine. Znacie ten zespół?

R.: Znamy, graliśmy z nimi koncert w Pradze jakoś po wydaniu “Out of Confusion”. Ale ich nagrań chyba nigdy nie miałem okazji przesłuchać.

M.: Nie zainteresował mnie ten zespół.  Choć na koncercie była profeska.

Tradycyjnie muszę się dowiedzieć czegoś o sesji nagraniowej, bo „Emergence” brzmi lepiej, bardziej organicznie i analogowo od „Hoax”. Gdzie nagrywaliście i  jakich sztuczek tym razem użyliście podczas prac nad płytą?

R.: Po raz drugi pracowaliśmy z Bartkiem Borczem, naszym kolegą realizatorem. Ogólnie byliśmy zadowoleni z brzmienia “Hoax” i chcieliśmy je powtórzyć, wprowadzając małe poprawki produkcyjne. O ile na “Hoax” z przodu dominują gitary, to na Emergence postawiliśmy na bębny i wokale. Bębny nagraliśmy w remontowanym akurat poznańskim klubie Cafe Mięsna, dzięki uprzejmości właścicieli wykorzystaliśmy salę na piętrze. Pozostałe instrumenty w naszej małej sali prób. Wszystkie instrumenty nagraliśmy osobno, grając do wcześniej przygotowanych tzw. pilotów. Nie korzystaliśmy z analogowego studyjnego sprzętu.  Co najwyżej analogowe efekty gitarowe.

To pytanie do Rafała – zastanawia mnie, w jaki sposób pracujesz nad swoimi partiami? Pytanie o tyle zasadne, że w twojej grze jest bardzo mało tzw. klasycznie rozumianych riffów. Operujesz raczej plamami, pewnymi zagrywkami z pogranicza psychodelicznej, noise’owej improwizacji, sam w sumie nie wiem, jak określić Twoją grę. W jaki sposób doszedłeś do takiego poziomu świadomości?

R.: To może zacytuję Nurka z Jaworzna „jest dużo mułu ale nurkuję tak po prostu, żeby mieć siłę, jak normalny pływak, przygotowujący się do ratownictwa wodnego”

Masz jakieś ulubione instrumenty, także takie, o których marzysz? Jaki jest klucz dobierania efektów – coś na zasadzie „o, skoro Eli Janney używa takich efektów, to ja też…”, czy raczej starasz się wymyślić coś absolutnie swojego?

R.: Nigdy wcześniej nie używałem tylu efektów co teraz, hmm, może dlatego, że kiedyś ich nie miałem?!  W każdym razie ważniejsze jest dla mnie oryginalne frazowanie, indywidualny charakter gry, podejście do instrumentu niż rozbudowana podłoga efektów. Efekty dają możliwość budowania bogatszych aranżacji czy podkreślania nastroju utworu. Dlatego ostatnio zacząłem z nich korzystać.  Ale wciąż są riffy, dla których wystarczy over drive i nowe struny.

Wiele miejsc tej płyty zalatuje mocno improwizacją. Czy taki element zaskoczenia również jest w tej muzyce. Nie słyszałem tych numerów na koncercie, zdradźcie zatem czy zamierzacie szkielety aranżacyjne tych numerów traktować z nabożnym szacunkiem, czy wręcz przeciwnie?

Być może w “A Single Line” jest partia gitary, której nie odegrałbym dzisiaj tak samo. W pozostałych utworach jest absolutny porządek kompozycyjny, który wykonujemy na żywo raczej wiernie. Niemniej masz rację, że są miejsca. które powstały w skutek improwizacji czy luźnych wariacji w motywie. Często te miejsca właśnie na koncertach rozwijamy, niekiedy całkowicie opuszczając ramy utworu i jak Luke Skywalker ufamy wyłącznie mocy.

Skoro Was tak chwalę, czas także na lekki przytyk – jest nim, jak zapewne sie domyślacie okładka – jaki był klucz do tego obrazka, co ma znaczyć i dlaczego jest taki, hmmm… nijaki?! Flyin’ The Flannel to nie jest…

R.: Kluczem jest postać wychodząca z mrocznego, mokrego świata. Ma zakrwawione kolano i krawat. A przy okazji jest w koszuli w kratę. Faktycznie grunge.  To musiała być chyba podświadoma decyzja wyboru tego zdjęcia, którego autorką jest Zuzia Piekoszewska.

M.: Jedyne co mogę dodać, to to, że czerwona koszula jest moja z czasów, o których wspomianaliśmy wyżej, koszulę odziedziczyła teraz siostra.

Jak w zasadzie czujecie się ze swoją muzyką w Polsce i nie tylko? Obserwuję, że muzyka, którą kiedyś zapoczątkowali chociażby Hammerhead czy Jaszczurki powraca, powstaje całkiem sporo zespołów eksplorujących te rejony, jednak mimo wszystko to nadal ciekawostka i dziwactwo, bo tak zapewne muza jest przez szersze gremium odbierana. Macie jakieś ambicje by takie granie „nobilitować”?

R.: Powiedzmy sobie szczerze, Hammerhead czy Jesus Lizard to jednak bardzo szorstka i kompulsywna muzyka, która ma swoich odbiorców dokładnie tylu ilu ich potrzeba w naturze. I ilu natura potrafi znieść.

M.: Gdybym był marketingowcem i nagle przypomniał sobie, że kiedyś 20 lat temu jadłem takie mało spotykane parówki, które były obłędnie dobre, to bym je teraz nobilitował i sprzedawał, ale muzyka to nie parówki, a ja nie jestem po ekonomi (śmiech…).

Porównania do stoner’a są zapewne kluczem, w myśl którego Waszą muzyką mogą zainteresować się nieco młodsi słuchacze. Czy nie macie czasami wrażenia, że porównywanie Was do ekipy Homme’a jest lekko przesadzone?

R.: To oczywiste, że nie słychać u nas riffów czy brzmień stonerowych, bo nie szukamy ich i nie słuchamy takowych, przez co nie nasiąkamy „pustynią”. Pomysł żeby dać w prasowym tekście porównanie do Josha Homme’a czy QOTSA jest bardziej drogowskazem do świata muzyki gitarowej, w której nie ma ograniczeń stylistycznych. Jest za to indywidualność, charakter, energia, konsekwencja i sukces.  Równie dobrze możemy wpisać  tu Omara Lopeza i Mars Voltę.

Myślę, że wystarczy tego męczenia Was, szanowni panowie, dlatego na koniec zdradźcie nam swoje plany – co zamierzacie zrobić, mając w ręku tak zajebiście udany krążek? 

R.: Pomału przejść do czasów 2000, z klipem z XXII w.  Zagrać wiele koncertów w barokowym stylu. Nawiązać łączność z hipsterami z Marsa i zaprosić  Black Sabbath na wspólną trasę po Andaluzji.

Rozmawiał Arek Lerch