PIVO – Dzikus na uwięzi…

Czy nazwanie Piva kolejnym zespołem – pomostem między latami 90. a współczesnością ma sens i nie jest krzywdzące? Pewnie nie, bo przecież to dość specyficzny przypadek, kiedy zespół swój debiut nagrywa w roku 1996 a na następcę musimy czekać dwadzieścia lat. Oczywiście, po drodze były inne składy, powrót Piva anonsował w pewnym sensie projekt G-Wolf, o którym pisaliśmy na naszych łamach. Wojtek dał w nim upust swoim hendrixowskim fascynacjom, pozostawiając adeptów bluesa i okolic daleko w tyle, a teraz, spokojniejszy i bogatszy o kilkanaście lat doświadczeń, promuje płytę Mistrzowski plan, która… świata nie zbawi, ale pokazuje, że rockowa muzyka ma się bardzo dobrze, melodia też a i słowa mogą mieć jakieś znaczenie i klimat. Jeśli lubicie cały ten rockowy zgiełk, zapraszam na rozmowę z Wojtkiem Garwolińskim… 

Czy to przypadek, że nowa płyta Piva ukazuje się 20 lat po debiucie?











Osobiście nie wierzę w przypadki, myślę, że potrzeba było tyle lat by zeszły się ponownie warunki, żebyśmy jako zespół mogli zacząć dalszą naszą muzyczną opowieść. 




Jak na drugą płytę to wynik całkiem, całkiem…
 Na szczęście, nie odcinamy kuponów, tylko chcemy dalej iść do przodu.











Zanim jednak pójdziemy do przodu… Były zapowiedzi wydania „12 małp”, ale jak widać, jest cisza. Dlaczego? Co się stało? Problemy z wytwórnią? 











Dokładnie. Problemy w wytwórnią. W 1999 roku nagraliśmy materiał, roboczo zatytułowany „12 małp”, wytwórnia która nas przejęła, dowodzona była przez Kościkiewicza, który doprowadził do tego, że nagraliśmy piosenki, które od razu trafiły na półkę, a nasz zespół nie miał już chyba siły ścierać się z sytuacją, kiedy próbujesz współpracować z wydawcą, któremu nie zależy na Tobie jako artyście.









 I w ten o to sposób wycofaliśmy się stopniowo z aktywności najpierw wydawniczej a potem również koncertowej.











Ale jednak temat Małp gdzieś tam tkwił… Zapowiadałeś np. podczas naszej ostatniej rozmowy, że na nowej płycie Piva znajdą się jakieś wersje utworów z tej sesji – znalazły się? Jeśli tak, to które?











Tak, z perspektywy czasu zobaczyliśmy, że pewne numery nie zostały w odpowiedni sposób dopracowane czy doaranżowane. W sumie z tamtych szkiców dokończyliśmy utwory „M.C.Doktor”, „5 minut” oraz „Najwyższy czas” wcześniej pod tytułem „12 małp”.


 Wyszliśmy z założenia, że nie ma znaczenia czy utwór ma 3 dni, 5 minut czy 20 lat. Ważniejsze było, żeby numery, które postanowiliśmy zamieścić na naszym drugim oficjalnym albumie były ze sobą spójne.pivo2











„M.C. Doktor” ma w sobie coś z lat 90. Posmak grunge, lekko metalowy sznyt…











Dokładnie, to chyba najstarsza z naszych kompozycji. Skomponowaliśmy go z Patolem w 1993. Ma w sobie tego ducha, który docierał do nas z MTV i od tej całej sceny grunge, która wybuchła w Seattle. Dobrze to ująłeś, grunge i metalowy sznyt.




 Alice In Chains i Clawfinger









…

Pozostając jeszcze w dawnych wiekach – cały czas powraca kwestii debiutanckiej płyty, która, jak zresztą opisywałeś to podczas naszego spotkania, była mocno poturbowana przez wytwórnię i producenta. Czy dzisiaj, mając na koncie nowy album, większą niezależność, nie kusi Cię by np. powalczyć z tym materiałem, pokazać publiczności jak miał w waszym zamyśle wyglądać? Nagrać na nowo? Albo np zrobić materiał koncertowy?











Po co? Nie widzę ani ja ani żaden z nas sensu w takich działaniach. Mamy wiele pomysłów na nowe piosenki, szkoda czasu i energii na próbowanie odświeżania kotleta. Było, minęło i idziemy dalej do tego co jest nieznane, nowe i ciekawe. Taki ruch byłby odcinaniem kuponów itd. Mamy po 20 lat więcej, jesteśmy w innym momencie życia, o czym innym chcemy opowiadać w piosenkach. Lubię nasz debiut, parę piosenek się broni, parę nie. Tę płytę cenię za naiwność, za to, że to pierwsza płyta jaką nagraliśmy i wydaliśmy jako zespół. Natomiast traktujemy ją jako krok na ścieżce.









 Jeśli chodzi o koncertowe wersje, to jest zarejestrowane i „Słońce, które znasz” i kawałek „Dziki, dziki”. Pewnie kiedyś udostępnimy je w wydawnictwach podsumowujących naszą karierę, ale teraz na pewno nie jest czas na takie działania.
 Teraz jest „Mistrzowski Plan”.











Powroty, jak wiadomo, nie zawsze się udają, ale wielu próbuje. Jak ty odbierasz zmartwychwstanie Piva? Czy można powiedzieć, że ktoś pamiętał ten zespół? Jaki był odbiór zespołu podczas pierwszych koncertów?











Tak, powroty mogą być różne. My powracając na muzyczną scenę, kierowaliśmy się tylko czystą potrzebą grania. Pierwszym testem była trasa z KNŻ (w 2014), podczas której spotkaliśmy ludzi, którzy znali nasze wcześniejsze wcielenie, ale było też bardzo dużo młodych ludzi, którzy kapeli nie znali. W takich sytuacjach sprawdza się, że jeśli muza niesie i ma ogień, trafia do słuchacza. Nie wiem, czy to kwestia wieku czy doświadczenia, ale mniej zastanawiam się nad potencjalnym odbiorcą obecnie niż 20 lat temu. Zapał mamy ten sam, nie byliśmy nigdy gwiazdą, nie spadliśmy z wysokiego konia, mamy co robić, jest entuzjazm w zespole i pierwsze koncerty z nową płytą za nami. Wydaje mi się, że jest dobry odbiór naszej nowej muzyki. powrócił „Kaliber 44”, to to samo pokolenie muzyczne co my. Nie jesteśmy starymi dziadami, wychodzimy na scenę, żeby dać z siebie wszystko. Tak było kiedyś, tak jest i teraz.











Kiedy w ogóle po raz pierwszy pomyślałeś o reaktywacji Piva?











To było w 2012, kiedy zostałem zaproszony na parę festiwali, gdzie promowałem swój solowy album jako G.Wolf. Wtedy do tych koncertów zaprosiłem Patola (Marcin Patyk _ gitara basowa) i mimo, że nie graliśmy nic PIVA, nasze współbrzmienie basu i gitary brzmiało jednoznacznie. Potem przez jakiś czas miewałem różne znaki w snach. Ciągle PIVO wypływało w wizjach. Wszystko potem potoczyło się naturalnie. A jak mówiłem na początku, nie ma przypadków, więc wygląda na to, ze stałoby się to prędzej czy później. Potem już tylko zjawił się Oskaros (Oskar Podolski, perkusja) i a reszta to już historia (śmiech).










Wywołałeś, nomen omen, wilka z lasu… Jak  wygląda stosunek Pivo-G-Wolf? Kiedyś był G-Wolf plays Pivo, a dzisiaj?











Dzisiaj PIVO plays PIVO; na tym się koncentruję jako lider zespołu. Natomiast G.Wolf to moje alter-ego, które będę eksplorował naprzemiennie z PIVEM, tym bardziej, że kolejnego G.Wolfa będę nagrywał i Oskarosem. Zrobimy kolejną płytę we dwóch. Może więcej będzie nużących i luźnych tematów gitarowych.











Dzikus na uwięzi...

Dzikus na uwięzi…

Mam trochę wrażenie, że te ambicje, powiedzmy, hendrixowskie, surowe brzmienia, analogową produkcja – zrobiłeś na płycie G-wolf i teraz już na spokojnie możesz poświecić się graniu piosenek w Pivie, bo „Mistrzowski plan” to przede wszystkim melodia i piosenki właśnie. Taki był zamysł?











Tak, dokładnie taki. „Magnetic Dog” był próbą konfrontacji z mistrzem Hendrixem, łatką hendrixowską, o którą tak zabiegałem, a potem zaczęła uwierać. „Mistrzowski Plan” to piosenki, to zabawa formułą beatlesowską, zwrotka refren, bridż, no i kolosalną różnicą jest język polski, w którym PIVO śpiewa od zawsze, a jak wiele osób pewnie potwierdzi pewną tezę, że po polsku śpiewać jest zdecydowanie trudniej. Widzę mnóstwo zespołów, szczególnie młodych, którzy posługują się tylko językiem angielskim. Często brak po prostu jaj, żeby coś powiedzieć od siebie, żeby otworzyć się bardziej. To takie trochę chowanie się za fasadą dobrze brzmiących zlepków słów angielskich. Nasza nowa płyta ma melodię i to jej zaleta. Pracując nad kompozycjami, kierowałem się tym, żeby każdy kto ma groove, mógł zagrać kawałki z tej płyty, jeśli już przedrze się przez patenty z przestrajaniem gitar itd.











Podoba mi się – choć i zaskakuje – oszczędna forma tej płyty. Bo w zasadzie nie ma tu popisów solowych i mimo, że macie nieprzeciętne umiejętności, to trzymacie tego dzikusa na uwięzi, skupiając się raczej na graniu „pod kompozycję”. Chciałeś pokazać się właśnie z takiej strony – kompozytora – piosenkarza a nie wirtuoza instrumentu?











Zgadza się. Jestem gościem przekornym z natury. Jeśli ktoś chce żebym grał solówki na całej płycie, to, niestety, się zawiedzie. Gitara ma być i jest smaczna na tej płycie, że tak się wyrażę. Czyli gitara podporządkowuje się zespołowi, współbrzmienie zespołu kręci mnie bardziej niż próba wycieczek w rejony wirtuozerskie. Ilość i długość tzw. solówek czy zagrywek wynika czysto z kompozycji, ich charakter determinuje użycie gitary jako instrumentu wiodącego. Lubię grać groove, lubię powtarzać riffy i frazy. To trochę podobne myślenie jakie moim zdaniem reprezentuje Prince. Geniusz, który potrafił, zagrać na płytach tylko to co jest w kompozycji niezbędne. Co innego koncerty. Jeśli ktoś chce usłyszeć więcej solówek, to zapraszam na koncerty. Najlepiej najpierw kupić płytę, zapoznać się z nią, a potem na koncercie odbijemy się od „Mistrzowskiego Planu” jak od trampoliny, by dotrzeć w rejony improwizacji, które są chyba zarezerwowane dla występów na żywo. Więc tak, trzymamy tego dzikusa na uwięzi. Fascynuje nas granie zespołowe i więź w kapeli, taka którą poznałem na pierwszych płytach RHCP na przykład.











Płyta jest bardzo dojrzała – szczególnie czuję to czytając teksty. Mam wrażenie, że chciałeś tym razem – he, he – trochę odpokutować liryki z płyty „Dziki dziki”. Mocno Ci ten fakt doskwierał?











Na pewno chciałem, żeby teksty stanowiły też istotny element tej płyty. I to się udało według mnie. Czyli PIVO anno domini 2016 to muzyka i równorzędne z nią teksty. Więcej tu chyba poezji i metafor. Czy ja wiem, żeby mi testy z „Dzikiego” doskwierały? Raczej mam naturę taką, że akceptuję wszystko, co w życiu wydałem. Wtedy to były pierwsze próby z tekstami, więcej było erekcji, erotyki w tekstach itd. Taki stan umysłu młodzieniaszków (śmiech). Teraz piszemy o czymś zupełnie innym, czego przedsmak pojawił się w naszym najbardziej rozpoznawanym utworze „Słońce, które znasz”.











Jak doszło do tego, że do pióra dopuściłeś też, jak mniemam, żonę?











Poczułem wielką ulgę, ponieważ pisanie testów po polsku jest dosyć dużym wyzwaniem, a ja mam tak mózg zaprogramowany, że jak utknę w trakcie pisania to z takim roboczym tekstem potrafię szamotać się miesiącami. Ania, bo o niej tu mowa, podjęła trud skonfrontowania się z moją upierdliwą naturą. Mam łatwość komponowania melodii i jakieś przebłyski fraz tekstu, natomiast ona potrafi doprowadzić tekst do końca. Bardzo jestem zadowolony z naszej współpracy na tym polu. Dzięki temu sprawniej pracuje się nam nad wokalami ogólnie, a teksty, według mnie mają jakieś przesłanie i coś mówią odbiorcy.











Zaskoczeniem jest duży udział instrumentów dętych, które w wielu momentach przejmują prowadzenie melodii na płycie. To fajna sprawa, z drugiej strony, trochę zaprzecza idei power trio, bo chcąc na żywo oddać bogactwo tych numerów, musisz liczyć się z udziałem dodatkowych osób. To problem, czy masz inne spojrzenie na ten temat?











Widzę to tak jak Ty. Jest to duże wyzwanie i nauka, bo muzykowanie to ciągła nauka. Chodziło nie tyle o poszerzenie instrumentarium na płycie, co o możliwość poszerzenia harmonii. Jeśli byś zobaczył Green Day na ten przykład na żywo, skład jest mocno powiększony, choć przecież zespół to trio. Nie było z dęciakami tak, że w studio pomyśleliśmy: teraz trzeba udziwnić i pododawaliśmy dęciaki tu albo tu. Z muzykami, których zaprosiliśmy do współpracy na płytę, występujemy również na żywo. Jakby to powiedzieć… kiedy grasz na żywo z saksofonem barytonowym, to robi się naprawdę niezły wiatr w brzmieniu i współbrzmieniu. To daje kopa, Red Hoci na poziomie płyty „Mother’s Milk”, korzystali również z dęciaków, więc pomysł jest w sumie stary jak świat. Poza tym każda idea, nawet power trio, to tylko idea, która może ograniczać. W muzyce chodzi przecież o wychodzenie poza granice bezpieczeństwa, chodzi o eksperymenty i eksplorację nowych obszarów brzmieniowych. Dlatego taki krok w stronę dęciaków.











Jakie elementy sprawiły Ci największy problem, czy wyzwanie? Co podczas przygotowywania tej płyty było dla Ciebie zaskoczeniem?











Zdecydowanie wolę słowo wyzwanie od słowa problem (śmiech). Wyzwaniem zawsze jest ego. Moje, Patola, Oskara czy producenta Pitera Furmańskiego. Nie było przez cały czas gładko, ścieraliśmy się, drążyliśmy temat, sprawdzaliśmy wszystkie warianty. Ale to w sumie cześć procesu twórczego. Wszystkim jednak przyświecał jeden nadrzędny cel. Mamy zabrzmieć tak jak gramy, bez udziwnień, najlepiej jak potrafimy i choć muzyka to zabawa, to jednak tę zabawę traktujemy całkiem serio. Jeśli chodzi o mnie osobiście, to największym wyzwaniem było przebrnięcie przez sesję wokalową, i nie dlatego, że nie byłem przygotowany, ale raczej ze względu na to , żeby w swoim śpiewie nie śpiewać manierycznie oraz żeby nie udawać nikogo kim nie jestem. Uwielbiam grać i śpiewać kompozycje z tej płyty. Takie było moje założenie. Być sobą. A co mnie zaskoczyło? Że podczas miksów uświadomiłem sobie, że mamy własny styl i nie kopiujemy nikogo i nie naprężamy muskułów bez powodu oraz że jesteśmy ekipą naprawdę zżytych z sobą kolesi.











Płyta G-Wolf, choć jest produktem doskonałym, jakoś nie przebiła się do mediów, do świadomości. Pamiętam, że liczyłem na większy szum, tymczasem przeszła trochę… hmmm… obok. Czy wyciągasz z tego jakieś wnioski podczas promocji Piva? Wiem, ze to newralgiczny moment – premiera, płyta w sklepach, nadzieje… Właśnie – jakie są te nadzieje?











Ufam, że wydarza się tylko to co ma się wydarzyć. Ani z G.Wolfem ani z PIVEM nie oczekuję wiele. Nie przewiduję rewolucji a raczej ewolucji. Zdaję sobie sprawę, że i jedna i druga odsłona muzyczna to muzyka niszowa. PIVO z racji swojej historii już na starcie ma zdecydowanie większy kredyt zaufania publiczności, są fani, a nie puste lajki na fejsie. Pojawiają się propozycje koncertowe, robimy swoje, mamy w planie jeszcze sporo albumów do skomponowania i wydawania. Nie mam złudzeń: wszystko potrzebuje czasu, wierzę, że ludzie potrzebują również takiej muzyki jak nasza. Patrzę bardziej kategoriami, żeby płyty, klipy były stale dostępne, żebyśmy byli aktywni koncertowo, bo dzięki temu energia życiowa krąży bardziej gładko.









pivo3

Rynek polski jest nasycony taką ilością muzyki, koncertów i wykonawców, że coraz trudniej zaistnieć grając „bardzo dobrze”. To nie styka… Kiedy porównujesz teraźniejsze realia z pamiętnym, 96 rokiem, co widzisz? Czego żałujesz z tamtych czasów? Zawsze ciekawi mnie opinia ludzi, którzy mieli okazję robić „karierę” w latach 90. Ale grają i dzisiaj…











Wtedy przede wszystkim nie było Internetu, muzyka i jej dystrybucja była bardziej trudna. Ale miało to swój urok. Słuchacze bardziej szanowali muzykę, bo żeby ją zdobyć musieli zrobić jakiś ruch. Teraz jesteśmy zalani z wszystkich stron tak zajebistym towarem i w takiej ilości… że młodzi ludzie nie wiedzą jakim kluczem szukać muzyki, a co gorsze, he, he, myślą, że muzyka rozpoczęła się od XXI wieku. Były 2 programy tv, więc jak się już tam znalazłeś, a nam się to udało, to z automatu przechodziło się do ogólnej świadomości. Teraz już tak nie jest. Niczego z tamtych czasów nie żałuję. Determinacja wtedy i teraz musi być taka sama. Musisz podążać za wewnętrznym głosem, który mówi, że masz muzykę robić bez względu na warunki zewnętrzne. To co na zewnątrz, przychodzi, a potem odchodzi. To co stałe to potrzeba wyrażenia się najlepiej jak się potrafi. To się nie zmienia. Tak było kiedyś, jest i teraz. Kiedyś jedna stacja muzyczna (MTV) potrafiła wypromować zespół na cały świat, mam na przykład na myśli Nirvanę. Teraz już to niemożliwe. Ale, żeby nie popaść w dołujący ton, muzyka rockowa wciąż ma się świetnie.


I ostatnie słowo na koniec zostawiam Tobie…

Chciałbym serdecznie pozdrowić wszystkich miłośników muzyki, a jeśli ktoś jest ciekawy muzyki PIVO w XXI wieku to zapraszam na naszą stronę internetową  www.pivo.net.pl. Dziękuję bardzo za rozmowę.










Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marcin Klaban