PINKISH BLACK – to nie tak, że nie lubimy gitar…

Teksas to dziwne miejsce, kumulujące w sobie mnóstwo emocji, szaleństwa i tajemnic. Duet Pinkish Black wcale nie ułatwia sprawy, bo swoim dziwacznym i kontrowersyjnym, z punktu widzenia instrumentarium, stylem, uderza w mit obłąkanych rockersów, skupiając się na eksplorowaniu mroku, kojarzącego się z ponurym Londynem i wynalazkami 4AD niż brudnymi redneckami ze słomą w butach. Ok., pasują też do nowojorskiej bohemy a także do kilku wynalazków, które w latach 90 – tych promowała wytwórnia Trance Syndicate z Austin. Eksploatując transowe drony, rozbierając na czynniki pierwsze spuściznę z jednej strony Alien Sex Fiend, z drugiej SWANS, potrafią jednocześnie osiągnąć rozmach godny Pink Floyd. O płycie „Razed to the Ground” pisałem już na naszych łamach, teraz czas na słowo od samych twórców. Co ciekawe, w wywiadzie brali udział obydwaj muzycy a ich dość impulsywne odpowiedzi zlały się w całość, darowałem sobie zatem trud ich dzielenia, ot, taki objaw lenistwa. Przed Wami jeden z bardziej tajemniczych, amerykańskich psycho – bandów 2013 roku…

Na początek wyjaśnijmy sobie kwestię waszego składu – uważacie, że wasz duet to zespół czy tylko projekt?

Wydaje mi się, że przez fakt licznych koncertów nie można nazywać nas projektem, to trochę krzywdzące. W takich kategoriach można określać jakieś inżynierskie, studyjne projekty. My lubimy ten fizyczny wymiar muzyki, dobrze się nam razem współpracuje. Kiedyś grałem w zespole na gitarze, wiec nie widzę problemu, poza tym, hałasowanie na klawiaturach jest dużo bardziej agresywne i stwarza większe możliwości niż gitara. Trudno powiedzieć, że przez klawisze Pinkish Black jest projektem łagodnym i przystępnym. Poza tym – lepiej komponuje się we dwójkę, na razie nie widzimy minusów.

 to nie tak, że nie lubimy gitar...

to nie tak, że nie lubimy gitar…

Ten wywiad jest pierwszą rozmową z polską prasą, wasz nowy album właśnie się ukazał, trzeba więc przytoczyć parę istotnych faktów z historii zespołu…

W sumie nie ma tego zbyt wiele, jeśli chodzi o Pinkish Black, choć spotkaliśmy się dużo wcześniej, jeszcze w innych zespołach. Grałem w zespole Pointy Shoe Factory a Jon w Yeti. Potem graliśmy już razem pod nazwą The Great Tyrant, wtedy była to niesamowicie ciężka sprawa, mocna rzecz. Występowaliśmy z naszym przyjacielem, basistą Tommym Atkinsem, który zginął w tragicznych okolicznościach. Chcieliśmy grać dalej, ale w związku z tym, że już nie było z nami Tommy’ego, nie widzieliśmy możliwości gry pod starą nazwą. I tu pojawia się Pinkish Black – ten zwrot gdzieś tam obijał się w naszych głowach, wcześniej niż powstał sam zespół, ktoś rzucił pomysł, żeby była to nasza nazwa i tak zostało. W 2012 roku pojawiła się nasza pierwsza płyta, która pokazała już nowy pomysł na tworzenie muzyki bardziej syntetycznej. Dzięki tej płycie zainteresowała się nami firma Century Media i w listopadzie 2012 roku podpisaliśmy kontrakt. No a teraz pojawił się na świecie „Razed to the Ground”…

Texas nie jest taką znowu ziemią niczyją, bo w latach 1990 – 1999 działała tu wytwórnia Trance Syndicate, skupiająca co bardziej odjechane, lokalne załogi…

Tak, znamy (śmiech…). To była faktycznie szalona wytwórnia, prowadził ją bodajże muzyk Butthole Surfers. Noise rockowe piekło (śmiech…). Szanujemy te dokonania, choć to raczej głównie szkoła gitarowego odjazdu, niemniej swego czasu było o nich w kręgach alternatywy całkiem głośno…

 Razed To The Ground

Razed To The Ground

Muszę przyznać, że Wasza muzyka na początku zaskakuje, dziwi, czułem opór ze względu na brak gitar, potem zacząłem zauważać mnóstwo wpływów, często bardzo zaskakujących – od Alien Sex Fiend po Swans i Pink Floyd – jaki w zasadzie jest rodowód i korzenie muzyki, jaka gra Pinkish Black?

Fakt, jesteśmy pod wpływem różnych stylistyk i zespołów, ale wydaje się nam to całkiem fajną zabawą – każdy może interpretować dźwięki na swój sposób. Masz rację – takie zespoły jak Swans czy Godflesh bardzo długo zostaną w naszej pamięci. To dozgonna inspiracja (śmiech). W sumie czasami dziwimy się, że ktoś wytrzymuje te nasze mieszanie w stylach, tym bardziej, że zazwyczaj ludzie chcą słyszeć jakiś konkretny rodzaj muzyki. W poprzednich zespołach też nie narzekaliśmy na nadmiar słuchaczy (śmiech…). Najważniejsze jednak zawsze było to, żeby muzyka nam się podobała, reszta to już nie nasz problem, w pewnym sensie.

Fakt, rozstrzał jest duży, bo np. w „Ashtray Eyes” słyszę wyraźny wpływ klimatów Pink Folyd…

Tak, to dobre spostrzeżenie, lubimy Pink Floyd, ale raczej ten wczesny, z okresu „The Piper at the Gates of Dawn” czy „Ummagumma”. Słyszeliśmy też, że przypominamy starego Davida Bowie. Jak mówiłem, każdy słyszy to, co chce usłyszeć…

W różnych komentarzach na temat waszego zespołu pojawia się często określenie gotyk – to moim zdaniem szufladka, która współcześnie została bardzo zbezczeszczona, chociażby przez tzw. metal gotycki…

Masz rację, współczesne zespoły metalowe, mające klawisze w składzie to często taki gotyk bez mroku (śmiech). Dla nas gotycki był i będzie Bauhaus, który – mam nadzieję – słychać w niektórych miejscach na nowej płycie. Jakiś dziennikarz nasz kawałek „Rise” zinterpretował w taki sposób, porównując go do „Passion of Lovers”, tylko w bardziej transowym i cięższym wydaniu. Może nawet dla kogoś jesteśmy zespołem metalowym, kto wie (śmiech…).

 wpadamy w dziwny trans...

wpadamy w dziwny trans…

Elementem, który także kojarzyć się może z nową falą jest, Daron, twój wokal – zimny i beznamiętny…

O, tu moje inspiracje są cholernie szerokie, niekoniecznie kojarzące się z tym „zimnym” stylem. Mogę powiedzieć, że dużym szacunkiem darzę dokonania Iana Curtisa, ale jednocześnie uwielbiam Cocteau Twins, Ninę Simone i wiele innych artystów. Nie chodzi mi o naśladowanie, ale raczej branie z ich sposobu śpiewania pewnych elementów. Staram się przede wszystkim partie wokalne dostosować do konstrukcji numerów. Nasze kawałki są dość długie, często wpadają w dziwny trans i wokalne partie muszą podążać za muzyką, jej atmosferą i potrzebami aranżu w danym momencie. Myślę, że udało się nam mimo wszystko stworzyć spójną rzecz…

Dlaczego nienawidzicie gitar? Co was tak w tym instrumencie wkurzyło? Poważnie mówiąc, to chyba dość trudne grać rockową w sumie muzykę bez gitar – jak się z tym czujecie – jest łatwiej czy trudniej?

To nie tak, że nie lubimy gitary, w sumie w naszych poprzednich zespołach gitary miały swoje miejsce. Nie mieliśmy wyboru, jakoś tak się uBpinkish Black Livełożyło, od momentu, kiedy założyliśmy Pinkish Black. W zasadzie nie myślę, że nie ma gitary, kiedy komponuję. Oczywiście, wymaga to pewnego wysiłku, bo muszę inaczej aranżować moje instrumenty, musi być syntetyczny bas, odpowiednie aranże poszczególnych części kawałków, które muszą się nakładać. Nie wydaje mi się, żeby czegoś nam brakowało, choć z zewnątrz może to wyglądać inaczej… Z drugiej strony to duże wyzwanie – jesteśmy zmuszeni do większego wysiłku, musimy inaczej podchodzić do komponowania muzyki, by wydobyć z tego instrumentarium odpowiednią, nadal rockową energię. Jeśli chodzi o sprzęt, to poza tradycyjnym zestawem bębnów używamy różnych syntezatorów analogowych, specjalny efekt basowy, cyfrowe pianino itp…

Opowiedzcie o sesji nagraniowej – czy różniła się ona od nagrań tradycyjnego zespołu, jeśli macie takie porównanie?

Trudno powiedzieć… Jak każdy zespół wchodzimy do studia przygotowani, z pewną wizją. Bez żadnych dodatkowych muzyków, tylko nas dwóch i inżynier dźwięku. Jasne, że jest troszkę inaczej, bo przecież instrumenty klawiszowe są specyficzne. Wydaje się to pozornie proste, jednak jeśli chcesz z nich wyciągnąć coś więcej, taką specyficzną psychodelię, trans, chcesz, żeby zabrzmiały… rockowo, trzeba nad nimi odpowiednio posiedzieć i wszystko dobrze przygotować. Nagrywaliśmy ponownie w Echo Lab i muszę przyznać, że wyszło idealnie. Udało się dodać do naszej muzyki nieco brudu a jednocześnie zapewnić jej ten ulubiony przez nas, hipnotyczny, zimny klimat. To była solidna sesja nagraniowa…

Na koniec zdradź nam, jaki jest twoim zdaniem najlepszy format dla Waszej muzyki – CD czy winyl?

Wiesz, trafiłeś akurat na maniaka winyli. Uważam, że to najlepszy format dla muzyki w ogóle. Kto dzisiaj zwraca uwagę na kompakty?! Dla mnie kompakt to największy przegrany dzisiejszego biznesu muzycznego. Chcesz mieć dzieło sztuki? Kupujesz winyl i sobie go oglądasz a w drodze i tak słuchasz mp3. Na to nie ma lekarstwa, he, he…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu