PHILM – rozmowa z Davem Lombardo

Tego pana zna każdy, kto choć przez chwilę interesował się metalem. Lombardo, niegdysiejszy mistrz szybkości, równie szybko postanowił wyrwać się z dość wąskich ramek monotematycznego napierdalania i dał się poznać jako bębniarz wszechstronny i pomysłowy. Nie ma co zliczać projektów, w których brał udział, bo dzisiaj, kiedy jest już pewne, że rozdział pt. Slayer jest definitywną przeszłością (choć, kto wie…), na tapecie jest głównie Philm i druga w dyskografii płyta Fire From The Evening Sun. O muzyce, przygotowanej przez trio już pisaliśmy, teraz zaś czas na kilka słów od samego Dave’a, tym bardziej, że już niedługo jego zespół pojawi się w Polsce by zagrać kilka koncertów i udowodnić, że niejednoznaczna droga jaką Dave i koledzy sobie obrali, ma sens.

Wróciliście z kilku koncertów w Brazylii – jak wrażenia?

Gorąco! I chodzi mi nie tylko o klimat, ale ludzi, ich zachowanie na koncertach i po. Przyznam, że czułem się świetnie, bo traktowali nas jak normalny zespół, przychodzili, rozmawiali, widać, że są zainteresowani tym co robimy i mamy do powiedzenia.

Philm ma już parę lat, ale wydaje mi się, że nadal traktujecie ten zespół bardzo osobiście, wspólnie pracujecie na popularność, choć nadal jest to taka trochę praca u podstaw…

Wiem, że ludzie mogą oceniać Philm przez pryzmat mojej osoby, dlatego zależy mi, żeby widzieli, że chcemy po prostu cieszyć się muzyką i grać dla każdego, kto chce nas posłuchać…

Nie męczy Cię fakt, że cokolwiek zrobisz, ludzie i tak będą twoją osobę postrzegać jako perkusistę TEGO zespołu?

Mówisz o tym, jak o morderstwie. O czymś wstydliwym, a przecież moje granie w Slayer nie było takie. Zostało trochę płyt i fajnych wspomnień. Jestem kim jestem i tego nie zmienię. Staram się cały czas zmieniać, poszukiwać nowych rzeczy. Jeśli ktoś chce widzieć we mnie perkusistę Slayer – jego prawo, może słuchać starych płyt. Nie mogę nikomu tego zabronić, tym bardziej, że przecież nikt nic złego nie insynuuje (śmiech). Nie mówmy już o tym…Dave

Właśnie – cały czas starasz się zmieniać i poszukiwać. Która kolaboracja czy płyta była dla Ciebie, jako perkusisty największym wyzwaniem? I dlaczego są to „Cztery pory roku” Vivaldiego?

Cztery Pory Roku to był interesujący projekt, szczególnie dla perkusisty, jednak trudno mi mówić o wyzwaniach tylko w kontekście konkretnej płyty. Codziennie zdarzają się sytuacje będące wyzwaniami, jednak ja traktuję je szerzej. Wyzwaniem jest gra, tworzenie muzyki, zmienianie się z dnia na dzień. Rozwijanie swoich umiejętności. Staram się ciągle odkrywać coś nowego, eksperymentować z formą i sposobem grania. To dla muzyka największe wyzwanie.

Wszyscy kojarzą Cię, siedzącego za ogromnym zestawem bębnów, jednak w Philm używasz dużo skromniejszego zestawu perkusyjnego z pojedynczą centralą…

To także można podciągnąć pod eksperyment. Jako perkusista ciągle szukam ciekawych rozwiązań, także technicznych i sprzętowych. Testuję różne zestawy, interesuje mnie to, w jaki sposób rozwija się strona techniczna sprzętu perkusyjnego. W przypadku Philm postanowiłem użyć takiego zestawu i okazało się, że wymusił on na mnie nieco inny sposób gry. Także jeśli chodzi o techniki nóg. Używam tutaj podwójnej stopy, ale z przegubem, co także dało kilka nowych możliwości. Nie chcę jednak porównywać mniejszego zestawu z dużym – każdy jest inny i ma swoje zalety. Na pewno mniejszy zestaw bardziej pasuje do Philm, bo tu liczy się groove a nie szybkość.

Zauważyłem, że dziennikarze mają często problem z określeniem muzyki, jaką gra Philm. Pojawia się sporo dziwnych porównań, niektórzy używają w stosunku do Twojego zespołu przedrostka „post” – co o tym myślisz?

Każdy musi się pogodzić z tym, że lubimy eksperyment a to pociąga za sobą ciągłe zmiany i poszukiwania. Nie zamykamy się w jednym stylu. Nasza muzyka to metal, ale i punk, hard core, jazz, jest trochę transu. Co do przedrostka „post”. Oznacza on coś, co jest po czymś – czyli np. po metalu czy po hardcore. Nie wiem, czy toPhlim Band dobre określenie, może użyjmy go w stosunku do dziennikarzy muzycznych – co będzie po dziennikarzach?

Tego nie wiem… Philm ma formę trio i tu także stoicie w opozycji do zespołów stricte metalowych, gdzie skład musi być co najmniej czteroosobowy. Wystarczają Ci dwie osoby na scenie?

Oczywiście, trio przede wszystkim bliższe jest korzeniom tej muzyki, jest klasycznym stanem równowagi. Takie zespoły jak Cream czy Jimi Hendrix Experience w trzyosobowych składach potrafiły osiągnąć większą intensywność niż dzisiejsze, wieloosobowe grupy. Być może chodzi o to, że w trzyosobowym składzie łatwiej osiągnąć więź, która powoduje, że zespół brzmi jak dobrze nastrojony organizm. Łatwiej jest się dogadać, także logistycznie. Poza tym, jeśli muzyk ma coś sensownego do powiedzenia i wie jak to osiągnąć, zapełnia dokładnie taką przestrzeń, jaka jest mu potrzebna. Chciałbym tu jeszcze wymienić Led Zeppelin, ale tu skład był czteroosobowy. Masz rację – trzy osoby na scenie całkowicie wystarczają.

Nowa płyta zaskakuje mnogością rozwiązań, które rozpościerają się od prawie improwizacji do fragmentów brzmiących niczym matematyczne puzzle. Z czym jest Wam bardziej po drodze?

Absolutnie nie jesteśmy zespołem matematycznym! W zasadzie nigdy nie lubiłem muzyki, która była w jakiś sposób nienaturalnie poukładana, wyliczona do ostatniego dźwięku. Historia uczy nas, że najlepsze rzeczy zawsze powstają na drodze improwizacji, dynamicznego poszukiwania, czy wręcz często przypadkowych odkryć. W naszym przypadku improwizacja jest obecna gównie na etapie tworzenia utworów. Wygląda to tak, że ktoś przynosi motyw czy riff i zaczynamy na jego bazie wspólne granie. Czasami rozciągało się ono do kilkunastominutowych jamów, z których w pewnym momencie rodził się właściwy motyw, na bazie którego powstawał utwór, który znacie z płyty. Jest w tym więc i trochę improwizacji, trochę przypadku i szczęścia. Oczywiście, każdy z nas stara się w muzyce Philm pokazywać od najlepszej strony, jednak nie chodzi o wzajemne prześciganie  się.

Otóż to – moim zdaniem, najlepsze fragmenty płyty to te, kiedy wpadacie w trans, znika wtedy nerwowość muzyki a pojawia się coś w rodzaju hipnotycznego klimatu, jak w utworach „Lion’s Pit” czy „Silver Queen”.

Przyznam, że o wiele trudniej zrobić takie numery niż te bardziej gwałtowne. Oczywiście, nadal lubię grać gęsto, ale prawdziwą radość sprawiają mi momenty, gdzie mogę wykorzystać mój instrument w zupełnie inny sposób, bardziej oszczędny, stawiający na dynamikę i koloryzowanie niż mechaniczne, mocno zagęszczone dźwięki. Zależało nam zresztą na tym, żeby ta płyta była dużo bardziej zróżnicowana. Powiem ci, że w dużej mierze zależy to od naszego nastroju, tego co się z dzieje z nami poza muzyką. Czasami wstajesz rano, pijesz kawę i idziesz na salę prób wyluzowany, z pozytywnym nastawieniem i to rodzi pewien rodzaj ekspresji, przestrzeni w granej muzyce. Myślę, że wszystko ma odbicie w naszej twórczości. Życia i muzyki nie da się rozerwać.

Muszę przyznać, że Twoje zaangażowanie świadczy o tym, że Philm to teraz dla Ciebie najważniejszy zespół…

Oczywiście, bo zbudowany od podstaw z naszych wizji i oczekiwań. W tym momencie to najważniejszy zespół, bez wątpienia…

W najbliższym czasie zagracie Polsce kilka koncertów. Czego możemy się zatem spodziewać?

Spodziewajcie się, że usłyszycie punk, metal, hardcore, jazz i eksperyment na scenie. Uwielbiamy grać ten materiał i chcemy tą radość przekazać słuchaczom. To będzie kawał potężnego grania, szczypta luzu i perkusyjne szaleństwo.

Przyjeżdżacie do nas w specyficznym momencie, kiedy tuż obok toczą się działania wojenne – jak postrzegasz ten konflikt?

Wiesz, ja nie jestem politykiem czy żołnierzem, więc nie wiem.. Oczywiście, ten konflikt to strasznie smutna rzecz, godna potępienia, bo kiedy giną ludzie nie można się cieszyć. Nie interesuję się za bardzo szczegółami tego konfliktu, ale wiem, że w Europie szefowie państw mają radzić, jak to zakończyć i miejmy nadzieję, że to się powiedzie…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu