PETER J BIRCH – zapraszam do mojego snu

Jak nazwać kogoś, kto cały czas kręci się koło muzyków? Perkusista. To tylko jeden z wielu soczystych dowcipów o niezbyt rozgarniętych elementach kapel, czyli garowych. Okazuje się jednak, że nie taki diabeł… głupi, jak o nim mówią. Przykładem jest Piotr Brzeziński, pałker świetnej formacji Turnip Farm, który jakiś czas temu wymyślił się na nowo, chwycił gitarę akustyczną i pod pseudonimem Peter J. Birch ruszył po klubach grając muzykę brzmiącą… no właśnie. Denerwuje mnie określenie „niepolsko” czy „amerykańsko”, jakby wstydem było przyznanie się do tego, że wreszcie mamy w Polsce songwritera na miarę czasów, gościa, który nie dość, że fajne teksty pisze, to jeszcze sensownie śpiewa, mieszka sobie w małym, uroczym miasteczku Wołów i powoli zaczyna uosabiać wszystko to, o czym zagoniony hipster z dużego miasta i ze Starbucksem w łapie może co najwyżej pomarzyć. Jak jest naprawdę, skąd pomysł opuszczenia zacisznego stołeczka perkusisty i kilka innych spraw związanych z nową płytą Yearn poruszyłem ze sprawcą całego zamieszania.

Pytanie, które może jest śmieszne, ale paść musi – co spowodowało, że mając spokojną pracę gdzieś z tyłu, za zestawem perkusyjnym, zdecydowałeś się wyjść do przodu i to sam. Wyzwanie? Chęć wyśpiewania, co w duszy gra?

Raczej odskocznia od ciężkich brzmień i naparzania po garach. Byłem na tyle przyzwyczajony do przesterów i hałasu, że miałem duże pragnienie akustycznych brzmień. Nie było to od razu takie oczywiste, ale z czasem odkryłem, że czuję to chyba jeszcze bardziej.

To w sumie duże wyzwanie – tym razem jesteś sam, można powiedzieć ekshibicjonistycznie wystawiony na krytykę, zachwyty i porównania. Nie bałeś się? Pamiętasz, kiedy pierwszy raz stanąłeś na scenie z samą gitarą?

Na pewno trochę się bałem. Pierwszy taki występ, zanim jeszcze zacząłem grać jako Peter, miał miejsce podczas któregoś z koncertów mojej kapeli w której bębniłem – More Than Three. Na naszej debiutanckiej ep-ce był utwór akustyczny, który napisałem i wykonałem na kilku koncertach. Pamiętam, że miałem bardzo pochylony statyw mikrofonowy, siedziałem bardzo zgarbiony, tak jakbym chciał się schować, he, he. To było ewidentna oznaka stresu. Potem już jako Peter nauczyłem się siedzieć normalnie, a potem nawet stać, co na początku nie było takie oczywiste jak teraz.

Wpisujesz się – czy tego chcesz czy nie – w modny, hipsterski (nie zabijaj…) trend zwany z obca songwritingiem. Czy to coś dla Ciebie znaczy? Bo np. latach 70-tych z tą brodą i gitarą byłbyś po prostu twórcą „poezji śpiewanej”…

Modny i hipsterski? Nie, jeśli o to pytasz, nic to dla mnie nie znaczy. Nie sięgnąłem po gitarę w tym najgorętszym okresie, kiedy ta cała moda do nas przyszła. Siedziałem już trochę w muzyce, a brodę zawsze chciałem mieć i też zapuściłem zaraz przed tym jak wszyscy zaczęli. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem sobą i nie udaję nikogo innego. Mam może trochę rozdwojenie jaźni, bo rzeczywiście interesuję się mocno dość skrajnymi rzeczami i potrafię się w nich odnaleźć. W końcu kocham amerykański folk, słucham Fugazi, jestem wielkim fanem Realu Madryt, a w przeszłości ćwiczyłem Karate i chciałem być mistrzem wschodnich sztuk walki. Tak czy siak, to cały czas jestem ja, czy jako Peter, czy jako Piotrek.

zapraszam do mojego snu

zapraszam do mojego snu

Forma, jaką uprawiasz, to – poza dźwiękami gitary – przede wszystkim przekaz. Obdarty z nadmiernej ilości hałasu, całej otoczki, która może warunkować jego nijakość odwracając od słów uwagę, Tu jesteś obnażony, zatem wyłóż swoją filozofię – czy jest jakiś przekaz, fundament, na którym budujesz swoje „ja”, które chcesz nam pokazać?

Nie sądzę. Piszę często pod wpływem chwili. Obieram jakiś temat. Zazwyczaj są to teksty, które każdy może interpretować na swój sposób, a tylko ja wiem co chciałem przekazać, choć po jakimś czasie ta myśl przewodnia gdzieś ulatuje. Tak jakby ten tekst był w trakcie jego pisania snem. Nie buduję nim niczego. Piszę szczerze, prosto z głębi duszy o danej sytuacji, danych emocjach. Jest tego dużo w mojej muzyce. Ktoś ostatnio napisał w jednej z recenzji, że tworzę taki świat, który ma się nijak do rzeczywistości. Rzeczywiście, dość często wyłączam się myślami gdzieś indziej, a w szczególności kiedy tworzę. Stąd potem ciężko mi mówić o tekstach. Nie lubię za bardzo o tym rozmawiać, bo uważam, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Jedynie mogę zaprosić do tego snu, poprzez słuchanie moich płyt.

Myślisz, że w dzisiejszych, dosyć hedonistycznych i zagonionych czasach tekst ma sens? Jest czymś co pozwala leczyć duszę, że tak górnolotnie stwierdzę? Spotkałeś się z odzewem właśnie na twoje liryki? Chodzi mi oczywiście o słuchaczy, a nie krytyków…

Myślę, że ma, aczkolwiek muzyki jest tak dużo, że tak naprawdę garść osób analizuje teksty. Sam nie będę ukrywał, robię to dość rzadko, nie w przypadku każdego wykonawcy. Niektórym jednak teksty pomagają. Cały czas staram się w tym kierunku rozwijać, stąd mimo wielu wahań, postanowiłem załączyć wkładkę z tekstami do nowego albumu „Yearn”. Odzew odnośnie tekstów nie był zbyt duży, ale zdarzyło się kilka opinii.

Ciekawi mnie jak wygląda Twój „warsztat pracy”. Wiesz – standardowa robota z zespołem to współpraca kilku osób, ścieranie pomysłów itp. W przypadku jednoosobowego projektu jest inaczej, ale czy lżej? Co sprawia Ci kłopot, od czego zaczynasz – akord? Tekst? Wydarzenie, które pcha do napisania muzyki czy tekstu? Czy jest potrzebne coś co nazywamy weną? Czy raczej cisza i spokój?

Wszystkiego po trochu. Naprawdę. Cisza i spokój to często podstawa, ale zdarzało się, że wpadłem na pomysł jadąc autem ze znajomymi i nuciłem do telefonu, żeby nie zapomnieć. Tekst przychodzi zazwyczaj później, czasem pojawia się cały pomysł, łącznie z klimatem i wstępną aranżacją utworu, ale tutaj mam podobnie jak z tekstami. Nie da się tego określić w jakichś ramach czasowych. To gdzieś tkwi i nagle przelewam to na dźwięki.

Może Wołów tak działa? Co jest w tym miasteczku takiego niesamowitego? Bo jest.

Wołów jest trochę jak Twin Peaks, ale nie aż tak skrajnie. Jest w nim coś magicznego i dziwnego, specyficznego. W ludziach, w miejscach. Nie wiem, może przesadzam. Zawsze to podkreślam, że czuję się tu bardzo dobrze. Nie wiem co będzie kiedyś, ale dopóki moi przyjaciele, znajomi i Rodzina tutaj są, to czuję, że należymy do tego miejsca. Ponad 20 lat (czyli praktycznie całe moje życie) mieszkałem w Rynku. Od ponad roku mieszkam w domu na jednym końcu Wołowa. Za mną niedaleko las i pola. W nocy średnio się samemu wraca i w takich porach zawsze jest tu pusto. Myślę, że ten psychodeliczny klimat ma jakiś wpływ na moje kolejne muzyczne działania.Peter&Band

I tu można w pewnym sensie upatrywać Twojego sukcesu – w ludziach – nawet jeśli tego nie mówią głośno – jest chęć wyrwania się gdzieś poza miasto, poza zgiełk, gonitwę itp. Ty swoją muzyką, osobą prezentujesz właśnie w pewnym sensie taki zwrot, spokój i równowagę. Przesadzam?

Skądże. Możliwe, że tak jest. Nie mnie oceniać, ale rzeczywiście jestem osobą, która nie goni. Dużo podróżuję z racji koncertów, ale kiedy wracam to tak jak teraz, w trakcie rozmowy z Tobą, siedzę w domu, będąc jeszcze „wczorajszy”, czyli w stroju dresowo-piżamowym. Tu jest mój azyl. Mam świetne warunki do pracy, co naprawdę bardzo sobie cenię. Mogę chwycić gitarę elektryczną i hałasować o 3 w nocy. Mamy w domu taki pokój muzyczny, w którym mogę się spokojnie odcinać od świata, kiedy tylko zechcę. To olbrzymi komfort. Na co dzień potrafię być strasznym nerwusem i leniem, ale kiedy przychodzi mi do obcowania z muzyką, na wierzch wychodzi moja bardzo intymna, ambitna i wrażliwa strona.

To może o samej płycie. W porównaniu z debiutem od razu na uszy rzuca się duża ilość instrumentów, które towarzyszą gitarze. Jest ogólnie więcej dźwięków na płycie. Czy to znaczy, że jednak brakowało Ci podkładów?

Masz na myśli debiut czyli ep-kę „In My Island” wydaną w 2010 roku, czy debiut lp „When The Sun’s Risin’ Over The Town” 2013? Bo na pełnym albumie jest już aranżacja na szerokie instrumentarium. Po prostu komfort pracy w studio i możliwość nagrywania pojedynczymi śladami, powoduje, że chcę by płyta była bogato zaaranżowana. Przy ep-ce nawet nie myślałem, żeby podjąć się nagrywania bębnów itd. Na drugim wydawnictwie, chciałem już żeby te piosenki zyskały i uważam, że dobrze zrobiłem, bo gdyby wydać ten album tylko na gitarę i wokal, myślę, że byłaby to duża strata. Wielu moich idoli tak robi. Nagrywają albumy jakby na cały zespół, a potem w większości koncertują solo. Uważam, że te utwory bronią się w obu przypadkach. Zresztą, grywamy też koncerty w pełnym składzie z moimi kumplami jako Peter J. Birch & The River Boat Band. Wtedy można to usłyszeć mniej więcej tak jak jest na płycie, chociaż staramy się żeby wszystko brzmiało zawsze naturalnie i nieco inaczej. Obserwuję, że teraz coraz mniej wykonawców sięga po żywe instrumenty. Na albumie „Yearn” również postanowiłem trochę poeksperymentować z elektroniką, jednak wiem, że moim głównym atrybutem jest gitara i śpiew i chciałbym, żeby to zawsze mi towarzyszyło. Jestem jednak na tyle ciekawy nowych rzeczy, że nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie wydarzy się na kolejnym albumie.

Czyli tak po prawdzie, z bębnów przesiadłeś się na stanowisko lidera jednak zespołu. Rozumiem jednak, że w studiu, poza standardowymi „ficzuringami” pracujesz sam? Przy okazji zauważyłem, że duży wkład w Yearn miał Przemek W. Jak się z nim pracowało i jaki miał wpływ na muzykę?

W pewnym sensie tak. Aczkolwiek teraz, po półrocznej przerwie, wracamy z Turnip Farm i nagrywamy trzeci album. Tam jestem bębniarzem i lubię być z tyłu, choć też nie do końca bo na nowej płycie pojawią się trzy moje kompozycje, nad którymi oczywiście pracowaliśmy wspólnie jako zespół. Natomiast jeśli chodzi o „Yearn” to Perła miał duży wkład na ostateczną aranżację. W studiu pracowaliśmy we dwóch. Z racji działań na polu komputerowym, czyli używania sampli itd. Przemek był niezbędny i okazał się bardzo pomocny. Razem szukaliśmy, kombinowaliśmy co będzie najlepsze. Zaproponował dużo rozwiązań jak i też nagrał gitarę basową do praktycznie wszystkich utworów. Nie wszędzie jednak używaliśmy żywego instrumentu. Uwielbiam pracować z Perłą, bardzo dobrze się już znamy i wiemy, że możemy od siebie bardzo dużo wymagać. Wiemy też, kiedy powiedzieć stop i kiedy ma być po mojemu, he, he. W końcu zarówno ep-ka jak i dwa albumy nagrałem u niego. Poza tym ep i lp (nigdy nie wydane) jako More Than Three i dwa albumy z Turnip Farm (na drugim tylko gitary), a trzeci będzie znowu w całości nagrany u niego w studiu.Peter 2

Wracając do meritum. Koncerty. Przyznam, że jestem zaskoczony ilością sztuk granych przez Ciebie, bo w dzisiejszych, napchanych eventami czasach to niezły wyczyn. Sam organizujesz sobie wyjazdy, czy jesteś zapraszany – jak to w Twoim przypadku działa?

Bywa różnie. Bookowaniem koncertów, oraz wszystkimi sprawami wokół zajmuje się Bartek Borowicz, czyli Borówa. Niekiedy szuka miejsc, innym razem dzwonią do niego z pytaniem o koncert. Tylko za granicą wygląda to tak, że Borówa wysyła setki maili w sprawie koncertów, a potem skleca z tego trasę. Choć i to bardzo powoli, ale zaczyna działać i zostajemy zapraszani na jakiś koncert, czy festiwal zagraniczny. Stosujemy metodę małych kroków i dzięki temu ciągle widać u nas rozwój.

Wiesz, ile do tej pory zagrałeś koncertów? Gdzie było najlepiej? Możesz wybrać ten jeden jedyny szoł, który na zawsze utkwi Ci w pamięci?

Jako Peter zagrałem ponad 300 i ciągle rośnie. Różne miejsca były świetne, ale taki, który wspominam świetnie to koncert w Darmstadt w małym teatrze, gdzie ku mojemu zaskoczeniu pojawiło się około 150 osób i wszyscy byli zachwyceni. To był cudowny wieczór. Przybyli nawet znajomi, którzy pochodzą z Wołowa, a mieszkają teraz w Niemczech.

W tym wszystkim, co mówisz nie mogę jakoś znaleźć luki, pęknięcia. Jest idealnie – dużo koncertów, spokój, twórczość. Czy faktycznie jesteś „dzieckiem szczęścia”, ideałem, którego poszukuje się całe życie??

Zazwyczaj, kiedy udzielasz wywiadu, starasz się dostrzegać te dobre strony. Nie będę przecież płakał jak to czasem jest trudno, jak człowieka oczekiwania spotykają się ze ścianą, ile trzeba podróżować, jak czasami gardło nie wytrzymuje tempa i jakie bywają rozczarowania. Może powinienem? Ale musiałbym mieć dolinę, żeby o tym mówić w wywiadzie, taką prawdziwą. Miewam stany beznadziejne, ale chyba nie na tyle żeby jeszcze rozpaczać przy okazji wywiadów. A wracając do pytania – tak, jestem dzieckiem szczęścia.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum/Jarosław Klamka/Richard Birch