PETER J. BIRCH – Wędrownik

Niezmordowany chłopak z gitarą nie odpuszcza. Od naszej ostatniej, ubiegłorocznej rozmowy, przeprowadzonej przy okazji wydania płyty Yearn, przejechał tysiące kilometrów i zagrał kolejną setkę koncertów. A w międzyczasie skomponował kolejne utwory, zaprzyjaźnił się z nowymi muzykami i w efekcie dzisiaj możemy delektować się The Shore Up In The Sky – najbardziej amerykańskim dziełem Piotra, który wyraźnie zaznacza swoją fascynację krajem bardów. Żeby tradycji stało się zadość – zapraszamy na kolejną pogawędkę z człowiekiem, który żadnej sceny się nie boi…

Wiesz, że rozmawialiśmy dokładnie rok temu? Powiedziałeś mi wtedy, że masz za sobą ok. 300 koncertów. Zatem, na dobry początek – ile możesz do tej puli dodać po okrągłym roku?

A więc mija rok, a na liczniku już 400. Praktycznie ciągle jestem w trasie.

Właśnie – obserwuję Cię i zadaję sobie pytanie: kiedy się zmęczy. No, kiedy?

No, to jest problem… Właśnie siedzę w Wołowie i leczę się z przeziębienia, które dopadło mnie po trasie w Niemczech, z której wróciłem tydzień temu. A czasu na to za bardzo nie mam bo w niedzielę byłem już w Poznaniu na próbie przed zbliżającymi się koncertami Peter J. Birch Band, na które ruszamy zaraz po premierze płyty, a ta wychodzi za 3 dni…

Gdzie teraz Bóg prowadzi? I ile sztuk?

Najbliższy plan to koncerty właśnie z całym zespołem, czyli Poznań, Wrocław i Wołów. Potem jadę na kilka solowych sztuk, ale jak to w moim przypadku bywa, może coś jeszcze dojdzie. Nie dalej jak parę minut temu dostałem maila z zapytaniem czy możemy zagrać z całą kapelą. Cieszy mnie to bo chciałbym grać więcej w ten sposób.

To pytanie nurtuje mnie i muszę je wyartykułować. Ciągle słyszę od różnych znajomych zespołów/artystów, że jest ciężko, że trudno bookować koncerty, że tylko weekendy… A Ty ot, tak, tłuczesz setki sztuk! Po prostu… Na pewno w tej chwili ustawia się kolejka chętnych, by usłyszeć tajemniczą receptę – jak to zrobić, żeby mieć zapełniony kalendarz?

Cóż… Nie mam zwyczaju publicznego narzekania, he, he. Ale to wcale tak kolorowo nie wygląda. Solo jest łatwiej dotrzeć, zagrać w małym klubie, albo czasem nawet house gig w mieszkaniu. Z kapelą jest dużo trudniej. I to nie jest też tak, że dostaję maile od miejscówek i przebieram w ofertach. To Borówa, mój menadżer i booking agent w jednym rozsyła oferty w różne miejsca. Druga sprawa, zależy co to za kapele i ile chcą za te koncerty. Znam takich co siedzą w chacie przed kompem i marudzą, że nikt nie chce ich koncertów. Tylko, że albo nie starają się by tak było, albo mają wygórowane oczekiwania. Ja jestem na etapie wręcz odwrotnym. Staram się po 6 latach grania i 4 wydawnictwach solowych, móc „walczyć” o trochę więcej. Sukcesywnie, małymi krokami. Bywa ciężko, też mi się czasem nie chce, wkurwiam się na maxa itd. Ale kogo to obchodzi? Warto pozasuwać, żebym potem jak leczę się chacie słyszał moją piosenkę w „Trójce” 3 razy jednego dnia, dostał pozytywną reckę na maila, albo miłą wiadomość w stylu: „robisz kawał dobrej roboty! Oby tak dalej!”.

Solo

Solo

A skoro o robocie mowa – odsłoń się: czy granie na Twoim poziomie pozwala się utrzymać na finansowej powierzchni?

Cóż, trudno powiedzieć. I tak i nie. I tak, bo żyję za własne pieniądze i czasem uda się coś oszczędzić żeby opłacić studio i całą masę wydatków związanych z muzą. To są ogromne koszty i kiedy nie uda mi się wywalczyć jakiegoś dofinansowania, bywa ciężko, ale daję radę, nie muszę pożyczać. Druga rzecz, że mieszkam w domu rodzinnym, który jednak wspólnie wybudowaliśmy, a zjeżdżam tu raz na jakiś czas odpocząć bo europejskich wojażach. Tak, że na swoim jeszcze nie jestem, ale z drugiej strony mieszkanie stałoby puste, a jeszcze z trzeciej strony – nie mam takich wyrzutów sumienia, bo jak sobie przypomnę ile ziemi przekopałem wokół domu to jakoś zawsze jestem spokojniejszy. Zobaczymy co pokaże niedaleka przyszłość.

Czujesz się jak kto – Nomad? Marynarz? Co jest bliższe?

Hmmm… Może wędrownik? Ha, ha, nie, no nie myślę w taki sposób bo to mogłoby być smutne. Na szczęście, mam do kogo wracać, ale tak jak już wielokrotnie powtarzałem; lubię ten czas w podróży, kiedy jestem sam i mogę pokontemplować. Te wypady do świata mojej wyobraźni sprawiają, że ciągle mam coś nowego do pokazania. A, że często tam chadzam oczami wyobraźni, to często mamy okazję porozmawiać o nowym rozdziale, kolejnej płycie, kolejnych koncertach.

To na koniec wspominek: w jakiej ilości sprzedał się „Yearn”? Złota płyta jest?

Zapytaj Marczyńskiego (śmiech).  Okładka jest srebrna jak coś, ha, ha. Nie będę rzucał liczbami, to są niewielkie ilości. Cieszę się chociaż, że udało się dostać nagrodę „Warto 2015” za ten album, a była to też nagroda pieniężna, która pozwoliła mi się utrzymać na nogach w tamtym okresie.

Ok, zatem przechodzimy do nowej płyty. Opiszę to tak: kiedy posłuchałem materiału, zaśmiałem się, mówiąc – „No to ma Peter swoje Rattle And Hum”…

Musiałem wygooglować… Nie znam U2 za bardzo poza standardowymi stadionówkami…

Ok – Rattle to hołd ju tu dla Ameryki, z jej tradycją muzyczną…

Może coś w tym jest… To żadna nowość, że amerykańskie granie tak bardzo mnie inspiruje, ale do tego doszło też m.in. kino no i ogólnie szerokoObrazek pojęta kultura. Nie ma co ukrywać, to jest jak inny świat. I mam nadzieję go kiedyś w końcu zobaczyć na żywo. Na razie mogę tylko za pomocą muzyki przenosić się w czasie – i tak mimo, iż tekst do „Memphis Blues” powstał już ze 3 lata temu to jeden z wersów zawiera nazwisko B.B. Kinga, który niedawno odszedł. W moich tekstach jest tak dużo nawiązań do przeszłości, że czasem się zastanawiam czy ja powinienem żyć w tych czasach. Bo czy jako Peter czy jako Turnip Farm, zawsze myślami jestem w przeszłości. Uwielbiam Hollywood lat 50. i filmy Hitchcocka, tak powstał tekst do „Old Fashioned Hollywood”. Są też nawiązania do amerykańskiego bohatera Wyatta Earpa, o którym powstało też dużo westernów. Jest święto Mardi Gras w Nowym Orleanie w otwierającym płytę „Wake Up Louisiana!”, ale są też inne motywy jak piosenka o mojej prawdziwej przyjaźni – „Gallants”, czy temat cierpienia i braku reakcji na zło jakim jest wojna, inspirowany głównie wydarzeniami na Ukrainie w singlowym „Everyday Chances”.

Temat Ukrainy trochę przycichł w związku z Imigrantami, ale, ale – mając na uwadze Twoje wojaże w tamtym rejonie, warto o tym powiedzieć – jak to jest: trzeba Ukrainie pomagać? Nie trzeba? Są niebezpieczni? Jaki będzie koniec tego galimatiasu?

Uważam, że trzeba pomagać tym, którzy są w potrzebie. Za chwilę to my możemy potrzebować pomocy. Życie bywa okrutne i nieprzewidywalne. Życzę Im żeby udało się osiągnąć prawdziwą wolność. Poznałem tam wielu pięknych ludzi i zagrałem 17 koncertów, zjeżdzając sporą część Ukrainy. Nie mieszam się jednak w politykę. Dlatego powstał ten tekst do „Everyday Chances”. Nie ma w nim polityki, są tylko pytania o reakcje ludzi na cierpienie innych ludzi. Oczywiście, to nie jest nowa sprawa i wojna nie dotyczy tylko Ukrainy. Ale ja jako Polak, sąsiad, odczułem realne zagrożenie i dopiero uświadomiłem sobie co by było gdyby… Obym nie musiał o tym myśleć. Ukraińcy niebezpieczni? Toż to kochani, gościnni ludzie! Ja takich poznałem. Życzę im wszystkiego najlepszego.

Wracając do nowej muzyki – czuję w tym casus Nicka Cave – który też pisał i grał tak jakby mieszkał na południu USA, choć kiedy powstawały płyty w stylu „The Firstborn Is Dead”, nie był ani razu w Ameryce. Czy u Ciebie jest to intuicja, czy głębokie studiowanie muzyki i kultury Amerykańskiej?

Totalna intuicja. Jakby wrażenie, że może kiedyś żyłem tam, byłem pod jakąś inną postacią. I to jest naprawdę silne. Peter J. Birch został stworzony przeze mnie i żyje we mnie, jest mną. Może brzmi to jak jakieś szaleństwo, ale skoro identyfikuje się z tyloma elementami, to może jest to jakaś tam prawda…

Obserwuję pewną prawidłowość – pierwsza płyta była w zasadzie typowo akustycznym graniem, potem przeszły dodatkowe instrumenty, a teraz mamy już Peter J. Birch Band. Jednak potrzeba dowodzeniem zespołem zwyciężyła?

Nie mam tego z góry ustalonego, po prostu staram się, żeby każdy rozdział był inny. Peter J. Birch Band to nazwa zespołu na koncerty żeby ludzie odróżnili to od moich solowych występów. Nie chodzi o chęć dowodzenia, ale o więcej możliwości. Brakuje mi czasem mocniejszego uderzenia w struny, jakiegoś przesteru i innej ekspresji. A takie utwory też tworzę, z tym, że nie jestem w stanie zagrać ich w takiej formie na akustycznym secie. Wówczas jest to forma bardziej folkowa, a na koncertach z zespołem dzieje się bardzo dużo.

…i z zespołem

…i z zespołem

Jak spotkałeś kolegów z którymi teraz muzykujesz? Miłość od pierwszego… dźwięku?

Skumał nas Perła, producent płyty. Ma studio w Poznaniu i realizował jakiś czas temu zespół Two Timer, którzy nagrali album na setkę. Znałem już Ernesta, czyli gitarzystę zespołu. Umówiliśmy się na próbę, przyjechałem z moimi piosenkami i zaczęliśmy grać. Jak w Nashville, poszło gładko, he, he. Teraz w niedzielę mieliśmy jeszcze próbę z Leszkiem Laskowskim, który gra na pedal steel. Jeśli znasz album „When The Sun’s Risin’ Over The Town” to musisz kojarzyć jego dźwięki, których jest tam bardzo dużo. Na nowej płycie wystąpił w jednym utworze, ale w końcu w niedzielę spotkaliśmy się… pierwszy raz w życiu. I (mam nadzieję) dołączył do składu na stałe. Zobaczymy w ogóle czy zespół się utrzyma i damy radę regularnie grać. To moje marzenie. Ta próba była niesamowita, Leszek usiadł i gra niesamowicie. Już nie mogę się doczekać koncertów!

Jak to rozwiązujesz – czy kawałki z poprzednich płyt będziesz grał w oryginalnych wersjach, czy też pojawią się w interpretacjach na cały skład?

Ale poprzednie płyty są nagrane z szerokim instrumentarium, więc w takiej też formie będą na koncertach. Oczywiście, nie wszystkie w oryginalnych aranżacjach, ale gwarantuję, że ten kto przyjdzie, nie pożałuje. Poza tym, cudownie jest usłyszeć na żywo pedal steel w takiej formie jakiej jest w utworach „Too Far From The Train” czy „Kentucky Farm Of Chicken” z pierwszej płyty.

Nowe utwory brzmią bardzo naturalnie, lekko i elektryzująco. Choć klasycznie. Tak się zastanawiam – jak długo trwało ich dopracowywanie? Pytanie o tyle zasadne, że słyszę tu i Presleya i Younga, Dylana no i… murzyna na polu bawełny („The Got This Train”)… Szeroki wachlarz inspiracji…

Szczerze? Postawiliśmy na naturalność. Ja przyniosłem piosenki. Praktycznie zaczęliśmy je grać i… tyle. Chciałem żeby był luz, czasem mówiłem czego chcę, czasem mówiłem, że nie mam pomysłu i zdaję się na nich, nie upieram się przy wszystkim. Oni bardzo wpłynęli na ostateczne brzmienie i kształt. Nie ma sensu mówić np. perkusiście Maxowi co ma robić, skoro on wie co ma robić. Tak jest ze wszystkimi, ale oczywiśćie pewne rzeczy trzeba było przedyskutować. Jednak jak weszliśmy już do studia, nie miałem wątpliwości że to musi być naturalne, czasem surowe, vintage’owe brzmienie. W „I’ve Got This Train” pomysł na nie miał akurat Ernest, zaproponował nagranie tego na jeden mikrofron z daleka, bez zbędnego cackania. Nagrałem za pierwszym podejściem na jakiejś starej gitarze za 200zł wygrzebanej przez Ernesta w necie. Perła był nieco przerażony, bo on jest starym metalowcem, ale na szczęście z otwartą głową i dużą muzyczną wiedzą. Poza tym znamy się od dawna, więc praca jak zwykle przebiegała wspaniale. W 3 dni nagraliśmy wszystkie numery z głównym wokalem! To też była nowość bo tak Perła nigdy nie nagrywał. Ja też nigdy tak nie nagrywałem. Jestem z tego dumny bo wiem, że każdy jeden wokal na tej płycie jest cały, bez cięcia, bez powtarzania. Zresztą, każdy utwór został zagrany w taki sposób. Potem dograliśmy tylko gitarowe solo, chórki, pedal steel czy smyczki. Wszystkie inspiracje, które wymieniłeś, są mi bliskie, z tego też powodu, że oni nagrywali na żywo. Tak grali. My tak gramy jak na tej płycie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum/Jarosław Klamka