PARRICIDE – Brzmienie starego człowieka

Jako, że wywiad przed Wami długi, ograniczę się do konkretów. Jest 25 lat na scenie, jest nowa płyta Sometimes It’s Better To Be Blind And Deaf, są siwe włosy, ale pozostaje pasja i szaleństwo pod tytułem death/grind. Czyli wszystko jasne – stacjonujący w Chełmie Parricide, ustami swojego szefa, niezmordowanego Piotra Sabarańskiego, opowie, dlaczego nie watro się poddawać, dlaczego nienawidzą polityki i… tatuaży. Zapraszamy na rozmowę.

Starzejemy się. Siwe włosy, brzuchy rosną itp. A Ty nadal swoje – gitara i darcie mordy na próbach i koncertach. Spotykasz się np. z dziwnymi reakcjami ze strony „normalnej” części swoich rówieśników?

Nie. Ale czasem sam się czuję dość dziwnie lub niezręcznie wśród ludzi, których spotykam na koncertach, czy imprezach, którzy są w wieku zbliżonym do mojego syna. Jednak publiczność na naszych koncertach ma dość wysoką średnią wieku. Od staruchów dostajemy raczej wsparcie niż jakieś niezrozumienie, czy dezaprobatę.

Dziwisz się sobie czasami? Pamiętam, że kiedy miałem lat 20, myślałem, że tylko w tym wieku ma to sens, bo jako  40-letni dziad będę musiał się ustatkować. Dajesz sobie jakiś deadline, np. 55 lat i koniec?

Miałem podobnie, jak wydaliśmy pierwszą taśmę w 1992 roku, dostawaliśmy recenzję jako dojrzała, doświadczona załoga w słusznym wieku, a mieliśmy wtedy po 22 – 26 lat. Tyle, że inne kapele wtedy były młodsze wiekowo. Nie daję sobie żadnych granic wiekowych. Oczywiście, odczuwam mój wiek, jestem zmęczony, niecierpliwy i z kondycją fizyczną też nie jest za dobrze, ale zakończymy przygodę z Parricide (lub odłożymy na potem) wtedy, kiedy albo nie będziemy mieli już nic do powiedzenia albo nie pozwoli nam zdrowie. I może to nastąpić za rok, za 10 lat lub za tydzień.DSC_7633

Realne podejście, jak zatem – jeśli to w ogóle możliwe – oceniasz kondycję i pozycję Parricide na dzisiejszej, ekstremalnej scenie. Scenie, która cały czas się zmienia, ewoluuje, może momentami nawet wyrodnieje…

Myślę, że najlepsze lata mamy za sobą, przynajmniej koncertowo, choć zapewne „patogenowcy” uważają też, że i wydawniczo. Jakiś poziom jednak trzymamy i staramy się nie schodzić poniżej. Nie pozwolilibyśmy sobie na wypuszczenie gniota, wiedząc o tym. Niezręcznie mi też mówić o tym w jakim miejscu plasujemy się na scenie, która faktycznie się zmienia. Ubywa kapel, które poruszają się w podobnych rejonach muzycznych do naszych. Scenę zalewa fala nowoczesnego grania, plastikowych gitar i wyżyłowanej wirtuozerki z wokalami rodem z metal core’a. Dlatego kiedy pojawia się coś old schoolowego, granego przez młodych, banan z mety ciśnie mi się na usta. Odbiegam nieco od sedna, więc powiem tak: Parricide funkcjonuje sobie gdzieś pośrodku sceny, jak zawsze zresztą, myślę jednak, że zawsze nie mieliśmy łatwo i bardzo często było pod górkę. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że są kapele, mające gorzej, ale myślę, że należymy do zespołów niedocenianych. Dotarło to do mnie na starość, choć sugerowano nam to od lat. Jednak nie spędza mi to snu z powiek, mam spory dystans do kapeli i nic z tym nie zamierzam robić.

Mówisz – niedocenianych. Ok, czy zastanawiałeś się zatem co można w tym temacie zrobić (nawet, jeśli nie chcesz…)? Wiem, że to odwieczny dylemat jeśli chodzi o ciężką muzykę, jednak może są jakieś pomysły, chociażby w przypadku promocji nowej płyty?

Mamy oczywiście maniaków Parricide. Mamy też niezłą promocję, a szykują się fajne ruchy, sporo tego będzie w internecie. Będzie można pobrać wszystko co wyszło pod skrzydłami Mad Lion w najlepszej jakości na wielu serwisach. Odpowiadam na wiele wywiadów, wkrótce posypią się recenzje, bo dwóch ludzi pracuje nad tym by promo packi dotarły wszędzie na świecie. I dodam, że nie zmieni to niczego. Takie jest życie; jedni są doceniani, a inni nie. Powody są różne. Czasem ktoś ma więcej, a ktoś inny mniej szczęścia, czasem jest to położenie geograficzne, czasem jest to jakiś jeden dobry strzał, a potem latami odcinanie kuponów, czasem muza jest zbyt oryginalna lub niezrozumiała. Nie ma na to recepty, a przynajmniej ja jej nie znam. Czasem nie rozumiem fenomenu niektórych grup, które są uwielbiane przez tłuszczę. Ale jak zaznaczyłem wcześniej, nie mam zamiaru tego analizować, ani się z tym mierzyć. Dalej po prostu robimy swoje.

To temat, który z różnych powodów analizuję i też mam dziwne wrażenie, że o sukcesie czy jego braku decyduje kilka spraw. Np. pokazanie okładki płyty w jakimś znanym programie telewizyjnym, niezależnie od kontekstu. Znalezienie się w dobrym miejscu i czasie. Gdyby Parricide stacjonował np. w Warszawie – szanse na tzw. sukces byłyby większe?

Nie wiem, czy w naszym przypadku dawałoby to jakieś lepsze szanse. Choć to bardzo możliwe i niekoniecznie stolica jest taką mekką lepszych możliwości. Może być nią inne miasto, np. Wrocław lub Poznań. A wyobraź cobie, że twoja kapela jest ze Szwecji, wprawdzie to słaby przykład bo Szwecja rzadko wypluwa gnioty, ale start od razu byłby lepszy. Uważam, że tak odpadło sporo wartościowych kapel z Polski swego czasu.

Często wydaje mi się, że modne w polskim światku metalowym kolaboracje typu „jeden pałker na 150 zespołów” powodują takie kłopoty. Wiesz, do czego piję – Vizun jest zajebistym „fizycznym” i szanuję wszystko co robi, ale na pewno jego udział w kilku – powiedzmy to uczciwie – bardziej hajpowanych zespołach musi się odbić na mobilności Parricide. Dementujesz?

Tak, zdecydowanie. To nie moda, przynajmniej nie w naszym przypadku. To konieczność; kiedyś był muzykiem, którego wypożyczaliśmy gdy nasz pałker nie mógł. Ale tak się sprawy potoczyły, że został na stałe. Inna sprawa, że on nie może grać w jednej kapeli, ale w kilku kapelach bo inaczej się nie spełnia. I okazuje się, że najwięcej możliwości ma właśnie w Parricide. Tak też się składa, że z Parricide zagrał najwięcej koncertów, tras i nagrał materiałów, oczywiście przez te lata, w których gramy razem a nie od początku istnienia tych zespołów. Natomiast masz rację, że wśród pozostałych jego kapel są takie, które wykonują zdecydowanie popularniejsze gatunki muzyczne niż robimy to w Parricide. Ale do głowy by mi nie przyszło, że mógłby być to jeden z powodów bycia niedocenionym.

To jeszcze w temacie retro – personalnym: co dzieje się z Tomaszem Łuciem, znanym z zakręconych partii perkusyjnych z „Patogen”?

Wszędzie ci patogenowcy (śmiech). Tomek mieszka sobie na wyspie z rodziną, ale wpadnie na 25 lecie 20 czerwca do nas na wioskę i zagra koncert z zespołem Climate, w którym kiedyś się udzielał, a być może i z nami z jedną piosenkę, jeśli się zgodzi oczywiście. Ale kilka lat temu miał epizod w Leng Tch’e i zagrał z nimi w zastępstwie kilkanaście dobrych koncertów. Chcieli go na stałe, ale musiałby się do nich przeprowadzić z wyspy, czego nie chciał uczynić, więc sprawa się rozeszła po kościach. Szkoda byłoby jakby nie grał, ma do tego wyjątkowy talent.

brzmienie starego człowieka

brzmienie starego człowieka

Mówisz: „do nas na wioskę” i to jest punkt zaczepienia – zauważyłem, że świetne rzeczy dzieją się tam, gdzie zespoły siedzą sobie w swoim środowisku i dłubią po cichu muzykę. Takie rzeczy mają miejsce i na scenie metalowej i alternatywnej itp. Przykłady Mord’A’Stigmata, The Feral Trees czy Turnip Farm mówią same za siebie. Myślisz, że coś w tym jest, czy to typowe dorabianie filozofii do łopaty?

Dwie ostatnie nazwy muszę sprawdzić, bo nie znam. Nie wiem też jak jest w innych przypadkach jeśli chodzi o dorabianie filozofii do łopaty. Wiem natomiast, że faktycznie, najciekawsza muza powstaje na prowincji. I nie potrafię tego wyjaśnić. W naszym przypadku stało się to niejako częścią zespołowego image. To fakt, że nie wstydzimy się naszego pochodzenia, nasze miasteczko jest urocze, choć posiada wady, ale z bólem stąd wyjeżdżam i z przyjemnością wracam. Odnosimy się do naszego pochodzenia z dystansem i humorem, zrobił się z tego taki nasz znak rozpoznawczy.

Ile osób przychodzi na koncerty w Chełmie? W takiej pozytywnej opcji?

Różnie, zależy na co i gdzie. Okazuje się, że w małym Chełmie sporo się dzieje. Prężnie działa dom kultury, który robi koncerty jazzowe, rockowe, popowe, ale też metalowe w małym lokalu należącym do nich i wtedy czasem przyjdzie ze 100 osób, a czasem 15. Jest ekipa nu metal core’owców, którzy robią koncerty w knajpie disco polowej, ale w piątki można grać koncerty i tam zawsze jest minimum 40-50 osób, choć bywa też 120 i 150. Jest lokal w knajpie, gdzie występują artyści pokroju Krystyny Prońko, Marka Dyjaka, Skubasa i innych – tam koncerty są zawsze wyprzedane do tego stopnia, że odbywają się czasem dwa jednego dnia lub dwa dni pod rząd. No i jest w centrum klub komercyjny, gdzie gra niemal wszystko, wykonawcy typu Szymon Wydra, Bednarek, Kat, Turbo, itd. Robimy tam cykliczną imprezę pod tytułem Mini Merciless East Fest i odbyły się już 3 edycje, gdzie najmniej było 200 osób z kapelami, a najwięcej 420. Ale na Wydrze było np. 15 osób. Robimy tam też nasze 25-lecie i dobrze byłoby jakby przyszło ze 200 osób, jest to jednak loteria; ci co robią koncerty wiedzą, że nie da się tego przewidzieć.

W dzisiejszych czasach doszło do paradoksu – kiedyś wykonawcy narzekali, że wydawca, podpisuje z zespołem deal, płaci za studio, ale wymaga dyspozycyjności itp. Teraz wykonawcy przeważnie się uniezależniają, wydawcę sprowadzając do roli dystrybutora płyt, ale to pociąga za sobą konieczność wykładania na nagrania kasy z własnej kieszeni. Jak to jest z Parricide? 100% DIY?

Nie, zawsze współpracowaliśmy z wydawcami, sami wydaliśmy tylko pierwszą taśmę z próby, a było to 23 lata temu. Oczywiście, niektóre wydawnictwa wychodziły w labelach, a nie było podpisywania dokumentów, dogadywaliśmy szczegóły i tyle, każdy wiedział na czym stoi, każdy działa w undergroundzie, więc nie ma mowy o ściemnianiu bo tu reputacja najważniejsza. Teraz wydanie płyty wiąże się nie tylko z ogromną kasą na nagranie i produkcję, ale potem trzeba rozesłać promówki, samemu zadbać o promocję, zaaranżować wywiady, koncerty, czyli zrobić wszystko to, co powinien zrobić wydawca. Pochłania to strasznie dużo czasu, którego i tak nie mam, więc w naszym przypadku takie działanie odpada. Oczywiście, nie jest tak, że nie robimy nic, robimy, ale jako pomocnicy a nie główni sprawcy machiny promocyjnej.11156361_814055431982825_3081333859038722830_n

Skupiacie się zatem na muzyce. Ok, skąd zatem ten coraz większy powrót do klasycznych, starych brzmień, które słychać w każdym momencie na nowej płycie?

Bo to nasze brzmienie, tak brzmi stary człowiek (śmiech). Nie znoszę nowoczesnych produkcji, robimy wszystko by brzmieć po staremu, by był brud, ciężar. Nowoczesne produkcje nie mają duszy i zionie to plastikiem. To mnie odrzuca i z automatu odpuszczam słuchanie. Podobnie mam jeśli chodzi o brzmienie siedmio i więcej strunowych gitar. Nie znoszę tego, ponieważ, taka gitara została stworzona do tego by było nisko i selektywnie i tu już nie ma miejsca na brud. Mówię tu oczywiście o death metalu i grindzie; są zapewne takie gatunki, gdzie to pasuje jak ulał, ale te akurat są poza moim kręgiem zainteresowań. Uważam, że mogę mieć takie fanaberie, bom stary, wybredny i znudzony muzyką.

Intrygujące jest to „znudzenie muzyką”. Wiesz – muszę pociągnąć wątek, choć traktuję wypowiedź jako żarcik. Czy autentycznie NIC nowego z ostatnich, powiedzmy, dwóch lat nie zrobiło na Tobie wrażenia?

Ależ nie, były to oldschoolowe płyty; nie podchodzę do zespołów meszugopodobnych. Jak jest to jeszcze okraszone nu metalowym, lub metal core’owym wokakalem od razu wymiękam i oddalam się w szybkim tempie. Może się mylę, ale nie powstają młode zespoły złożone z młodych ludzi, które z założenia zaczynają grać old school death metal lub grind core. Nie ma w młodych ludziach parcia na brutalne granie. Chcą grać od razu jakiś metal core, jakiś post coś tam i machać grzywką, umieją zagrać 5 minutową solówkę, więc muszą ją koniecznie umieścić w 19 minutowym utworze. Brzmieć to musi jak nowy In Flames lub Meshuggah no i wokalista musi krzyczeć środkami lub metal coreowo, zero growlu i screamów. Oczywiście, wszystko na tym świecie jest potrzebne, ale kolejny taki sam zespół, a potem kolejny? Jeśliby jakimś cudem pojawił się młody zespół grający old schoolowo, trzeba podlewać, pielęgnować by zaraz nie poszli w jakiegoś post metal nu core’a.Takie moje kolejne, starcze fanaberie (śmiech).

Myślę jednak, że jest sporo dobrej choć odjechanej muzyki. Rozumiem teraz w kontekście Twojej wypowiedzi np. okładkę płyty i całą grafikę, będącą taką surową manifestacją starej szkoły. Dobry trop?

Tak, choć nie jestem jakimś tam wojownikiem, walczącym o dobre imię starych czasów, betonem, do którego nic nie dociera. Jak wcześniej zaznaczyłem, jestem stary, znużony, bardzo zmęczony, ale nie głupi. Rozumiem, że świat prze do przodu i pewnych rzeczy nie da się zatrzymać. Nie jestem fanem odjechanej muzy, ale dla takiej akurat mam szacunek, chcę tylko zaznaczyć, że zauważam znikanie starej, dobrej muzy na rzecz nowoczesnych, bezdusznych dźwięków. Wiem, że to chwilowe. Mody przemijają, a my czujemy się najsilniej w old schoolowym graniu. Grafa wypadła super, jest ascetyczna , tak jak chcieliśmy, pasuje idealnie do zawartości muzycznej, ale jest to oczywiście nasz osąd. Każdy może myśleć inaczej. Zamiar był taki by wszystko było spójne i grafik uchwycił to idealnie. Ukłony dla Maćka Kamudy!

Mówimy o nowej płycie, choć nagrania miały miejsce w 2012 roku. Nie ma co ukrywać, że to dość ciekawa sprawa – dlaczego te utwory tak długo musiały czekać na swój moment? Co się za tym kryje?

Nic szczególnego, Vizun nagrał gary w 2012 roku z przeznaczeniem na płytę i na trzy splity, (ze Squash Bowels, Dead Infection i pewnymi Rosjanami, ale sprawa zawisła na jakiś czas), najpierw zajęliśmy się splitami a potem płytą. Gitary nagraliśmy pod koniec 2012 roku, potem nastała era ciemności.   Jakoś nie było ciśnienia, kończyliśmy prace nad splitami, które ukazały się w 2013 i 2014, potem Vizun miał wypadek. Były inne priorytety, do płyty wróciliśmy pod koniec 2014 i w marcu 2015 była już gotowa. Ot i cała tajemnica.

Czy taka rozwleczona sesja dobrze wpływa na muzykę? Dojrzała przez ten czas? Wolałbyś normalną i zwartą sesję??

Zawsze wolałbym zwartą, szybką sesję, jestem stary i niecierpliwy, jak coś robię i robię to z pasją, to natychmiast pożądam efektów tej pracy. Wcześniej zawsze tak było – jechaliśmy do studia i wracaliśmy z nośnikiem. Ale czasy się zmieniły, proces powstawania muzyki jest inny, rejestrowanie też, robiliśmy to w różnych miejscach i czasie. Nie mam też pojęcia jak to wpłynęło na finalny wizerunek płyty, założenia się nie zmieniły przez tak rozwleczoną sesję, miało być ciężko, brudno, czy nawet swojsko i to osiągnęliśmy, ale zapewne jakieś różnice mogłyby się zdarzyć.

W kwestii składu – wasz basista nadal robi karierę w UK?

Tak, jako niewykwalifikowany robotnik, ale zaliczył już jakieś kursy, więc ma szansę zostać wykwalifikowanym. Bezproblemowo gramy koncerty bez czterech strun, ale oczywiście, wolelibyśmy grać z basistą, co nie zmienia faktu, że mamy na koncie ze 100 koncertów, które zagraliśmy bez basu, więc to nie jest jakiś ogromny problem.

Skupmy się teraz na przekazie. Przede wszystkim – tytuł. W kontekście sytuacji politycznej – i w Polsce i na świecie – jest on dość symboliczny…

Pasuje do każdej, słabej sytuacji: wybór pomiędzy złem, a złem, brak widoków na poprawę czegokolwiek, jakaś tam bezsilność i zauważanie, że nie pasuje się do dzisiejszych czasów. To chyba jednak kwestia wieku, odwieczny konflikt młodych ze staruchami.

Rozumiem, że to co dzieje się w Polsce obecnie napawa Cię obrzydzeniem. Mówię oczywiście o sprawach politycznych i administracyjnych…

Zawsze unikałem polityki, a teraz ona przyszła do mnie, byłem bombardowany przedwyborczym hałasem, znajomi są podzieleni, a i tak wyboru nie ma. Wiem, że ciężko jest wyprostować stare, zasiedziałe układy, system czy uzdrowić gospodarkę. Łatwiej być w opozycji i obiecywać, krytykować. Od wielu lat mam przekonanie, że zawsze i tak do koryta pchają się cwaniacy, po łatwe pieniądze, by doić, korumpować, bez żadnej kontroli i odpowiedzialności. Najwyżej zmieni się partię lub dostanie fajną posadę na przeczekanie, gdzie prawdziwi fachowcy tych stanowisk dostać nie mogą bo jest bezrobocie. By być zdrowszym, trzeba sobie to odpuścić, więc odpuszczam, mam inne zmartwienia, jak choćby wychowanie nastoletniego syna.

Zaskakujące są niektóre tytuły, np. „Just Poland”. Czego dotyczy ten tekst?

Nagromadziło się nieco szitu wokoło, więc wszystkie te rzeczy wymieniliśmy w tej piosence. Nie powinienem tego robić, ale to ostatni raz (śmiech). A wygląda to tak: „W mym pięknym kraju żyją piękne kobiety/Zabójczyni dziecka jest celebrytką/Złodziej z rządu ma piękny uśmiech/Patrioci pozdrawiają się jak hitlerowcy/Wegetarianie noszą buty ze skóry/W mym kraju zimy są coraz dłuższe/A wiosny nie ma już od kilku lat/Uczniowie nie boją się nauczycieli/Bandyci nie boją się policjantów/Czy jest gdzieś jeszcze tak piękny kraj jak mój?

Ha, ha… Wałkujemy dalej: „Real Patriots”? Z czym tu mamy do czynienia bo tuszę, że pozostajemy w podobnym klimacie…

Ha, ha, to był ostatni raz, więc nie będę tu wrzucał tekstów. Powiem tylko, że smutne jest na jaką skalę się to odbywa. Kiedyś było tu i tam kilku idiotów, a teraz podłączyli się kibole i wszędobylska polityka. Wszędzie wypadałoby zachować umiar. A tu umiaru nie ma, są skrajności, a jak są skrajności to nie ma myślenia, czy normalności, czy jakiejś ludzkiej oceny na spokojnie. Smutne to, ale po drugiej stronie barykady stoją równie skrajni kolesie. Czasem wygląda to tak, jakby byli siebie warci ale to odosobnione przypadki.

Zostawiłem sobie jeszcze jednego rodzynka, który w kontekście muzyki death/grind brzmi jak herezja albo prowokacja – „I hate tatoos”… Tłumacz się!

To najzwyklejsza prowokacja, sam mam sporo tatuaży. Tekst przestrzega przed tatuowaniem, tłumaczy, że to boli, że pozbycie się tatuaży boli jeszcze bardziej, podaję wszystkie argumenty jakie wysuwają przeciwnicy tatuaży. Ale ogólnie tekst jest o takim gatunku ludzi, którzy robią sobie coś małego i oklepanego, po to by być cool wśród takich jak on starających się być trendy. To ten typ ludzi, którzy wybierają miesiącami jakiś mały wzorek, tatuują go sobie w ukrytych miejscach, a potem przychodzą go poprawiać kilka razy w miesiącu, bo tu jest za krótka linia, a tam, za mało niebieskiego. I ogólnie nie są zadowoleni z wykonania, ale chętnie go prezentują znajomym z dumą, że również mają tatuaż.kuba 2

Zbliżamy się do końca, czas zatem na kilka słów remanentu odnośnie wydanego w sumie niedawno splitu z Patologicum…

Z naszej strony to 3 piosenki, z sesji „Patogen” i pierwotnie miały wejść na split z Deformed ale jak wiadomo Deformed zamilkł, a Deformeathing Records mocno wyciszyła działalność. Po latach dostałem wiadomość od Wojtka, że chce jednak wydać ten split, tylko poszukamy jakiejś drugiej kapeli i okazało się, że Patologicum ma wydane promo jedynie na CDR z mniej więcej tego samego okresu. Szybka wymiana zdań z Pachelem, potem z Qrasem co do okładki i mamy bardzo fajny split, z fajną zawartością i bardzo fajnie wydany. Wojtek się nieźle rozkręcił i rośnie w siłę ze swoją Deformeathing Production.

Pytanie z cyklu „ku przyszłości„. Czyli co, gdzie i kiedy planujecie? Czego możemy spodziewać ze strony Parricide w 2015 roku?

Mamy płytę, za chwilę urodzinowy koncert, reedycja pierwszej płyty „Crude” dla Defence/Mythrone/Rotten Music już w produkcji, wkrótce też wydawnictwo, którego formatu nie znam, ale będzie to najprawdopodobniej winyl dla Deformeathing Production, z materiałem pierwotnie nagranym na split z tymi Rosjanami, o których wspomniałem wcześniej plus cover Electric Six i z numerem zrobionym wspólnie z Nagłym Atakiem Spawacza. I to tyle. Chciałbym podziękować Ci za czas jaki poświęciłeś na rozmowę i wsparcie, jakie zawsze od Ciebie mamy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marcin Studziński