PARRICIDE – grindowy twór taneczny

Grind core, death metal, koty, siwe włosy, Świnia Fest, muzyka taneczna i punk. Co może łączyć te pozornie odległe od siebie tematy? Otóż, moi drodzy, wspólnym mianownikiem jest chełmski zespół Parricide. Dlaczego? To już musicie wyśledzić w poniższym wywiadzie z bardzo sympatycznym panem Piotrem, gitarzystą Parricide, który zna wszystkie pytania i odpowiedzi na temat swojego dziecka. Dziecka, które może pochwalić się nowym krążkiem „Just Five”. Nazwałbym ten ansambl solą ekstremalnej sceny w Polsce, bo rzadko kiedy trafia się grupa, która tak bezinteresownie, dla samej pasji od lat, nie oglądając się na przeciwności łoi hałaśliwą muzykę i ma z tegoż tytułu dużo radości. Choć nie zawsze jest wesoło, o czym także będzie mowa. Jeśli lubicie death metal zmieszany z grindem, zaprawiony słuszną dawką humoru, musicie posłuchać piętnastu nowych kawałków tej załogi a przy okazji odbyć podróż do przeszłości za sprawą kompilacji starszych nagrań o wdzięcznej nazwie „Just Past”. Nie będę już zaprzątał Wam głowy, bo poniżej sporo czytania. Zapraszam!


Parricide zawsze tworzył sobie z boku, na krawędzi sceny metalowo – grindcore’owej. Jakie są plusy i minusy mieszkania i działania z dala od „wielkiego miasta”? Więcej czasu?

Ha, ha, ha, żadnych plusów, czasu więcej, bo jak jesteś zlewany, to w pewnym momencie masz czas na pierdoły, nie jest to jednak czas pożądany jeśli chodzi o kapelę. Jeśli chodzi o czas dla rodziny, to ok., rodzinie należy się czas, w innym przypadku rodzina odchodzi; bywa, że komuś może to pasować – mnie niestety nie. Wracając do sedna – Parricide egzystuje sobie gdzieś pod miastem, ale to, że tworzymy na krawędzi scen, łącząc gatunki, nie jest tego głównym powodem, raczej to, że jesteśmy właśnie ze wsi, nie prężymy klat, nie jesteśmy arogantami (raczej pijakami…), nie walczymy o swoje olewając postrzeganie nas przez innych. Mamy pecha oraz małe ciśnienie na pchanie się na salony, tak to widzę.

Kilka słów na temat chełmskiej sceny – jakie ciekawe muzyczne przedsięwzięcia, obok Parricide oczywiście, możemy tu znaleźć?

U nas na wiosce hip hop trzyma się dobrze, poza tym jest kilka około – rockowych zespołów. W cięższym graniu był kiedyś Climate, ale teraz prawdopodobnie w zawieszeniu, oraz młody Straight Hate operujący w klimatach HC, no i death core’owy K.A.S.K. ale tylko w połowie składu. Kiedyś młodym chciało się łoić, teraz wolą „pluskać”. Parricide też niezbyt jest już z Chełma, bo w sumie zostało nas tylko trzech na starych śmieciach. Mimo tego, życie koncertowe w Chełmie do niedawna było bardzo bogate i sporo się tu działo, dużo ludzi przychodziło w porównaniu z innymi miastami.

Jako założyciel zespołu musisz mi zdradzić kulisy jego powstania, czyli co było na początku – słowo czy ciało?

Na początku były dwa lokalne zespoły; mocno podszyty heavy metalem i Metallicą Lokis oraz Kreuzer, tu już chłopcy pomykali w klimatach wczesnego Sodom lub Kreator. Oba zdechły i niedobitki z tychże połączyły się w 90 – tym w Parricide. Nie ma tu nic nadzwyczajnego, po prostu postanowiliśmy grac dalej, zmieniając dość mocno ramy stylistyczne od tych, które obowiązywały w poprzednich kapelach. Miało być szybko, ciężko, brutalnie, z growlami i po angielsku. Graliśmy już kilka miesięcy i jak dostaliśmy pierwszą propozycję koncertu potrzebna była nazwa. Artur, nasz ówczesny perkusista zaproponował Parricide i zostało, za moment wykombinował logo, bo trzeba było coś zapodać na plakaty. Pierwsze miesiące to tułaczka po domach kultury i innych podobnych, dziwnych miejscach ze sprzętem, bo własnego oczywiście nie mieliśmy. Ciężko było, ale byliśmy młodzi, miło powspominać, he, he, He…

Możesz opowiedzieć coś o pierwszych, dwóch płytach długogrających? Przyznam się, że nic o nich (poza tytułami…) nie wiem – jak wspominasz tamte czasy i warunki, w jakich powstawała muzyka?

„Crude” pierwszy, pełnowymiarowy materiał, który ukazał się na CD dla japońskiej Jackhammer Music w 99 – tym roku powstawał w strasznych bólach, ostatnia demówka była wydana fatalnie, chcieliśmy szybko mieć nowszy staff na jakimś nośniku, więc spieszyliśmy się na próbach zupełnie odpuszczając koncerty. Wiedzieliśmy też, że sesja nagraniowa nie może się odbyć w Warrior Studio, gdzie nagraliśmy poprzednie 3 taśmy. No i wiedzieliśmy, że zaraz po nagraniach odejdzie od nas Młody – nasz basista i wokalista oraz przede wszystkim przyjaciel. Mieliśmy nieco szczęścia, bo pojawił się na horyzoncie wydawca z Francji, a mianowicie Shock Wave Records, który czekał już na materiał, by podpisać kontrakt. Wybór padł na Selani Studio w Olsztynie, gdzie walczyliśmy dość długo jak na nas, a i tak rezultat był daleki od ideału. Efekt był taki, że Francuzi zerwali rozmowy, a my zaczęliśmy szukać innego wydawcy. Wypuściliśmy Promo 99 z czterema numerami i zaczęliśmy rozsyłać po świecie. Jako pierwsi odezwali się Japończycy z Lard Records, więc podpisaliśmy szybko kwity, ale na płytę przyszło nam czekać ponad rok, bo w tej firmie doszło do rozłamu; efektem czego zmieniło się szefostwo i nazwa na Jackhammer Music. Dobrze wspominam współpracę z Japończykami, dostawaliśmy raporty sprzedaży, wymian z dokładnymi miejscami, gdzie powędrowały płyty, promówki itd. Nie było Internetu, raporty przychodziły co miesiąc pocztą, niesamowite prawda? Pod koniec  97 – go roku mieliśmy już nowy skład, straciliśmy salę na próby i dopiero pod koniec następnego ruszyliśmy z przygotowywaniem nowych piosenek na drugi album. Rok zajęło nam robienie muzyki, a następny na jakieś sporadyczne koncerty, szlifowanie materiału i szukanie wydawcy. Tadek, basista gnił w wojsku, ale jak już znalazł się wydawca (Surgical Diathesis Records), zaklepaliśmy termin na jesień 2000 roku w białostockim w Hertz Studio. Sesja przebiegła idealnie, nieco wcześniej odszedł wokalista, który spędził z nami niecały rok i którego obowiązki przejął z ogromnym powodzeniem Tadek właśnie, który,  by dokończyć nagrywanie, nie wrócił z przepustki. Pod koniec 2000 roku „Ill-Treat” CD był już faktem, mieliśmy w łapach płytę, która była dobrze nagrana, wyprodukowana, muzycznie była bardzo brutalna, po prostu dobra na tyle, by zwrócić uwagę Mariusza Kmiołka (Empire Records), który odkupił prawa do niej i wypuścił w nowej wersji oficjalnie na Europę i USA. Słuchając tej muzyki teraz wiem, że wszystko – począwszy od brzmienia a skończywszy na kompozycjach i wykonaniu – pozostawia sporo do życzenia, ale wtedy to było coś bardzo świeżego na naszej scenie, no i ten album uczynił sporo zamieszania, a przede wszystkim zaczęliśmy się często pojawiać w mediach i grać sporo koncertów i w końcu tras.

Osobiście uważam, że przełomem i jednocześnie 100% określeniem Parricide była znakomita płyta „Patogen” – czy dzisiaj uważasz ją także za coś wyjątkowego?

grindowy twór taneczny

grindowy twór taneczny

Nie, dla mnie raczej poprzednia „Kingdom Of Downfall” była wyraźnym przełomem, raz że była trzecia, dwa, że okazało się, że jest bardzo oryginalna, za co zespół zawsze zbierał baty, a tu proszę, no i trzy, że muzyka na niej zawarta to nasze szczytowe osiągnięcie w dziedzinie połączenia brutalności tak kompozycji i brzmienia z patentami z innej planety na zasadzie zabawy kontrastami. „Patogen” brakuje tego brzmienia, jak dla mnie jest tam za grzecznie, ale jakby tak nie było, nie byłoby czytelnie zapewne. Bardzo chcę uciec od takiego właśnie „określenia” nas przez pryzmat „Patogen”. Oczywiście, jesteśmy zespołem, który popełnił obie te płyty, ale poszliśmy dalej, potem był split, który wytyczył naszą dalszą drogę, dlatego „Patogen” to nasza płyta, ale nawet na koncertach nie gramy nic z jej zawartości, mało tego; gramy tylko piosenki z ostatniej płyty no i ze splitu. Wszystkie poprzednie nam się znudziły. Jestem jednak świadom, że masa ludzi ceni „Patogen” oraz liczyła, że będziemy jeszcze bardziej zobligowani, by wypuścić coś w tym kierunku by ją jeszcze przebić lub choćby powtórzyć. Nic z tego, klepa – dym, klepa – dym i do przodu he, he… tak mnie się po białostocku powiedziało .

Dlaczego w pewnym momencie zdecydowaliście się przesunąć środek ciężkości z death metalu w stronę grind core’a? Znudzenie death metalem?

Nie było to w pewnym momencie, nie było narady, na której przegłosowaliśmy jakieś nowe ruchy muzyczne kapeli, a po prostu w małych ilościach zaczęliśmy przemycać do death metalu nieco innych elementów, niż reszta kapel. Chcieliśmy być mega brutalni, szybcy, ale tacy niekoniecznie pospolici. W czasie gdy zmienił się skład pod koniec lat 90 – tych, nowi ludzie w kapeli (Tomek „Juja” Łuć – gary i Tadek Jankowski bas/vox), przyczynili się do powstania ponad połowy materiału („Ill-treat” CD), tu już nie było tak klasycznie death metalowo, a na późniejszych płytach proporcje jeszcze bardziej się zmieniały, zaczynało być nieco więcej grind core’a, ale nawet na nowej płycie death metalu jest na tyle dużo, że nie mam śmiałości mówić, że gramy grind core, a właśnie death metal z elementami g/c.

Każdego czytelnika interesuje zapewne, dlaczego na nowe dzieło (nie liczę 3 way splita…) musieliśmy tak długo czekać? Co działo się w i z Parricide na przestrzeni ostatnich lat?

Raz, że Przemek z Mad Lion był poważnie chory, więc niejako firma zawiesiła działalność, choć jakieś tam ruchy wykonywała, ale nie była to praca na pełnych obrotach. Dwa, po nagraniu materiału na „Just Five” straciliśmy wokalistę, dlatego na trasę po Bałkanach na wiosnę 2010 pojechał z nami Kuba „Qboot” Ziomkowski (ex-Toxic Bonkers, teraz Ass To Mouth, SelfHate…), potem pracowaliśmy nad festiwalem z okazji 20-stolecia Parricide, gdzie jeszcze zaśpiewał Kuba, a potem poszukiwaliśmy wokalisty powoli robiąc jakieś nowe piosenki. W międzyczasie nieco lepiej poczuł się Przemek, który ruszył znowu z wytwórnią, Mamy też pełny skład, więc od jesieni znów jesteśmy gotowi do koncertów.

Nowa płyta ukazuje się  poślizgiem i w dodatku w dwóch wersjach digi oraz jako dwa osobne krążki – ze starym  i nowym materiałem. Skąd taki rozstrzał? Nie za dużo mieszania?

No pomysł, jak pomysł, numery z demówek nie ukazały się nigdy na CD, więc teraz dostały taką szansę, nikt inny na to by się nie porwał, tzn, kiedyś amerykańska Dogma Records chciała coś takiego wydać ale jej właściciel po raz kolejny poszedł do pudła, więc plany chyba odłożył na później. Miała być nowa płyta, potem Przemek zaproponował, że może wydać też kompilację wspominkową, a jeszcze później wymyślił wydanie obu płyt tradycyjnie oraz limitowany podwójny digi, który niejako jest tylko gratką dla tych kilku kolekcjonerów zainteresowanych Parricide. Okazało się jednak, że ten digi ma spore branie, a „zwyklaki” mniej, o. I teraz trza chyba dodrukować te śliczne digi.

Skupmy się zatem na nowej płycie – moim zdaniem jest to nieco prostszy materiał, w stosunku do „Patogen”,  jednak plusem jest z kolei to, że w większości przypadków są to kawałki idealnie nadające się na koncert. Z premedytacją popełniliście płytę „koncertową”?

Owszem, to zamysł, premedytacja od samego początku, choć niektóre nie są takie proste, ale tak „wykombinowane”, by ich uderzenie było dosadne i natychmiastowe. Pierwsza część pytania sugeruje, że nowa płyta jest tylko nieco prostsza od „Patogen” i tu śpieszę donieść, że od wspomnianego „Patogen” wszystko jest prostsze, przynajmniej w naszej dyskografii (śmiech…). Muzycznie poza kilkoma osobami tworzącymi oba albumy, śmiem twierdzić, że obie płyty nie mają żadnych podobieństw, choć może ktoś się tam jakichś doszukać; ja aż taki wnikliwy nie jestem. No i godzę się z tym, że niektórzy oczekiwali po nas niejako kontynuacji „Patogen”, ale to niemożliwe, mamy „Just Five” i spodziewajcie się na następnych wydawnictwach kontynuacji właśnie tej płyty. Koncertowość kawałków również była zamierzona, mimo, że na nowej płycie są numery, które nigdy nie będą grane na żywo, to zapewne większość z nich spokojnie sprawdziłaby się na gigu, jak zauważyłeś – to dla mnie duży komplement. Ukłony.

Pozostając przy takiej retoryce – jak napisałem w recenzji, muzyka jawi mi się jako twór niemal taneczny. Czy wynika to z waszej dobrej formy, czy celowo, kosztem nieco bardziej pokomplikowanych struktur zrobiliście kawałki  porywające do pląsania?

Sami w Daymares graliście zajebiście skoczną muzę do tańca, więc wiesz, jaka to uciecha odpalić sobie taką muzę w aucie albo usłyszeć na koncercie, nogi same rwą się do zabawy. „Twór taneczny”, ha, ha… ktoś mógłby zrozumieć, że recenzowałeś jakąś płytę z góralską muzyką. „Sklejając” piosenki zadbaliśmy po prostu by nie było zamulaczy, fragmentów, które osłabiają impet, no i by od czasu do czasu był oddech na jakimś wpadającym w ucho fragmencie. Głównym jednak powodem koncertowości tej muzyki jest punkowa rytmika użyta tu i ówdzie, cała płyta stoi przecież raczej na blaście, jest bardzo szybko, jak to w death metalu.

Słuchając muzyki nietrudno nie zauważyć waszych fascynacji hardcore i punkiem. Co masz na  ten temat do powiedzenia? Metal się znudził? Czy w Chełmie udało się Wam doprowadzić do zjednoczenia scen metalowej i hc?

Nie ma mowy o zjednoczeniu czegokolwiek, he, he, nie myślałem nigdy w ten sposób, jesteśmy cieniasami a nie bojownikami z przesłaniem, alem się ubawił. Czasy są takie, że nikogo nie dziwią koncerty z kapelami HC, metalem czy punkiem na jednej scenie – to jest dobre, lepiej energię kierować gdzieś z pożytkiem a nie na wzajemne wycinanie się. Wpływy jak to wpływy, z punka wzięliśmy tylko motorykę i strukturę niektórych riffów. HC wpływów nie odnotowałem, choć może gdzieś i są takowe, nie były jednak stosowane z premedytacją. Natomiast mamy w składzie Kubę za mikrofonem, który wywodzi się ze sceny HC i na koncertach taka mgiełka hardcore’owa występuje, ale u nas i tak krzyczy inaczej niż w swych hard core’owych kapelach. Urabialiśmy go nieco do naszych potrzeb, ale przeżył i cieszy się zdrowiem.

Płyta składa się z 15 kawałków, wśród których wyróżnia się zestaw opatrzony słówkiem „Dolores”. O co chodzi, co to za pomysł?

W pewnym momencie, przy robieniu numerów na „Just Five” okazało się, że czasu jest mało, piosenek sporo, termin nagrywki zbliżał się wielkimi krokami a tekstów wciąż brakowało. Już miałem szare mydło „Junior” w łapie, co by się targnąć na swe żyły, a ż tu nagle moja koleżanka Dolores powiedziała – „ja mam kilka starych tekstów, chcesz? Przejrzyj je sobie, może znajdziesz coś dla siebie”. Znalazłem. No i w nawiasach są ich tytuły, a że wdzięczne z nas chłopaki, więc wszystkie użyte teksty opatrzyliśmy wspólnym  hasłem „Dolores”. Także może to i intrygująco wygląda, może dziwacznie, bo przeczytałem przecież recenzję Twojego autorstwa, ale jak widzisz sprawa jest bardzo prosta.

Masz jakieś swoje typy, kawałki, z którymi wiążą się szczególne wydarzenia i wspomnienia?

Raczej nie, praca nad wszystkimi przebiegała raczej tak samo, bez większych spinek i problemów. Taki ze mnie prostak, że nie mam w zanadrzu żadnej anegdoty. Natomiast jeśli chodzi o typy, to w kapeli zawsze ktoś ma swoje. Krzysiek nie lubi grać prostszych numerów na koncertach a dla reszty takie są esencją koncertu właśnie, no i zawsze są spory, które pieśni mają wejść w skład seta lub które po jakimś czasie mają wylecieć, bo my nie lubimy grać w nieskończoność tych samych numerów, choćby nie wiem jak były lubiane, czy po prostu dobre i sprawdzone. Założyliśmy sobie, że też mamy się bawić na koncertach. Ma być to dla nas przyjemność, a nie tylko poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Zawsze gramy wszystko, co nowe lub prawie nowe.

Elementem, który wywołuje szeroki uśmiech są te wszystkie intra – dlaczego właśnie takie ripy, czym był podyktowany taki wybór?

Ano, wiedzieliśmy, że muza, którą zapodaliśmy na płytę jest cienka, więc musieliśmy ją czymś okrasić tak, by nikt się nie poznał (śmiech…). Powód prawdziwy jest taki, że trzeba było wprowadzić jakiś element niekoniecznie poważny, głupawy wręcz, by powiało po prostu nami. Nie jesteśmy poważni, nie mamy przesłania, opisujemy niektóre sytuacje życiowe. Fragmenty, które są użyte, to hity Internetu, każdy Polak je zna, wpasowaliśmy je najlepiej jak potrafiliśmy w nasze piosenki, jest fajnie.

Kilka słów odnośnie nagrań – gdzie, z kim i co się działo w studiu?

Dogadaliśmy się z Grześkiem z Sinquest Studio w Lublinie na dość szybką sesję, bez przesadnej pielęgnacji nagrania, równania garów itd. No i w listopadzie 2009, Vizun położył ścieżki garów w jeden weekend w sumie jakieś 10 godzin, w następny weekend przyszła kolej na wszystkie gitary, a w jeszcze w następny Prosiak (nasz ówczesny wokalista) i kilka zaproszonych przez nas znajomków z naszej wioski położyli wokale, jakieś 6 godzin. Wszystko odbyło się w kanciapie, która służyła za studio, więc klimat jak najbardziej został zachowany. Wprawne ucho wychwyci pomyłki, niedociągnięcia, wahnięcia, nierówności. To wszystko spokojnie dałoby się wyrównać i poprawić, ale nie było to naszym założeniem. Miało być tak, jak jest. Mix też był szybki, drogą internetową, poprawki, wspomniane, głupawe intra i zaraz mieliśmy gotowy do wydania produkt. Wkrótce nowa sesja, więc trzeba będzie do Grześka zadzwonić.

Oprócz „Just Five” wydaliście też „Just Past” ze starociami – dlaczego postanowiliście przypomnieć te kawałki? Nie lepiej byłoby nagrać je na nowo?

Nie wiem, nie wpadł nam taki pomysł do głowy. Zaraz chcielibyśmy coś przearanżować, więc straciłoby ducha tamtych czasów. Materiał na „Just Past” jest zmasterowany, brzmi nieco lepiej, ale to te same, stare piosenki, to jedyny nasz taki stuff wspominkowy jak dotąd i chyba ostatni, nie ma zbytniego sensu się nad tym rozwodzić dłużej. Temat jest tylko dla miłośników starych czasów, nikt z młodych nie zechciałby na tym zawiesić ucha, przypuszczam. Nagrywając od nowa stare numery, musielibyśmy zainwestować masę czasu, pieniędzy i energii w coś, co nie jest chyba tego warte, tak myślę.

Jak zamierzacie promować – poza Świnia Fest – nowy materiał? Może jakaś trasa albo teledysk?

Świnia Fest to tylko jeden z wielu koncertów, które przed nami w tym roku, za nami też już kilka (6 bodajże…), w marcu trasa w Rosji, na jesień też szykuje się kilka obfitych weekendówek, kilka festiwali, video clipu nie przewidujemy. Ale pomysł zacny i do nowego materiału postaramy się gdzieś coś ukręcić, by było fajnie i zabawnie przy okazji. Teraz promujemy płytę odpowiadając na wywiady, jak choćby na ten tutaj. Machina promocyjna tak naprawdę dopiero rusza, ale recenzje na razie są bardzo dobre, jak choćby ta w Violence Magazine, znasz? A to – jak myślę – dopiero początek.

A propos znudzenia – po tylu latach, kiedy siwy włos pokrywa głowę – nadal chce Ci się hałasować i udawać krwiożerczego nastolatka ku uciesze gawiedzi?

Uwierz, że z moim wyglądem nijak nie da się udawać nastolatka (śmiech…). Zdrowie też mi szwankuje czasem, czasem mi się nie chce, jak to u starszego pana. Dlatego nie ciśniemy, gramy sobie spokojnie, dając pola młodym, jak gdzieś nas chcą i wszyscy mogą pojechać, to chętnie gramy. Warunków nie mamy nie wiadomo jak wygórowanych, spokojnie zawsze możemy się dogadać. Popularność muzyki, jaką wykonujemy jest znikoma, to i kokosów nie da się na niej zarobić, wynikiem czego przeważnie cierpimy jakieś niedostatki i tak przypuszczalnie będzie w Rosji, ale byliśmy tam tylko raz więc trzeba pojechać, pozwiedzać, może to już ostatni nasz wypad w tamte strony. Granie koncertów to dla mnie przyjemność ale i podróże, zwiedzanie, spotykanie ludzi i afterki, choć zdrowie już nie to co kiedyś. Nie wiem, ile jeszcze pogramy, ale jest nowa płyta, jest niemal gotowy materiał na następną, jest nowy skład i rodzinna atmosfera, więc sobie tam działamy bez pośpiechu i napinki. Tak to można jeszcze długo myślę.

Jak Tobie, w sumie człowiekowi w wieku dojrzałym, udało się pogodziæ granie w zespole z życiem rodzinnym? Opowiedz coś o swojej fascynacji kotami?

Hmmm, życie rodzinne… bywały kryzysy, teraz też nie jest najlepiej, więc myślę,  że nie udało mi się pogodzić grania w zespole z życiem rodzinnym. Niekoniecznie jest to wina tego, że gram, ale na pewno nie jest bez znaczenia. Zawsze należy się dogadywać tyle, że obie strony muszą chcieć się dogadać, inaczej nic nie da się zrobić. Czasem człowiek po głębszej analizie dochodzi do wniosków, że gdzieś tam dał ciała, a myślał, że postępuje całkiem ok. Najczęściej wtedy już jest za późno. Ludziom też ciężko zrozumieć, że ktoś się tłucze tysiące kilometrów, nie śpi, nie je, gra koncerty, a po powrocie okazuje się, że ileś tam jeszcze trzeba dopłacić do wyjazdu. No jak to – jechał, grał i nic nie zarobił? To po co taki trud? No ale to hobby, pasja, jak ktoś tego nie kuma, to nie ma rozmowy. Przecież każda pasja wymaga dbałości i zaangażowania bez spodziewanych zysków. Nie mówię, że to powód moich rodzinnych kłopotów, ale dalsza rodzina zawsze miała z tym problem. Temat, który zawsze tłumaczyłem i nigdy nie zostałem zrozumiany. Każdy z nas to przecież zna. Mój dzieciak np., to hip hopowiec, mając takiego starego jak ja, ma dostęp do płyt, instrumentów, znajomości, kapel, sali prób itd. Ale woli coś innego, no i ok., to jego wybory, choć kiedyś jak był bardzo mały to lubił potańczyć przy Mortician (śmiech…). Może po tej ich akcji w Polsce, którą odwalił kolo z tej kapeli, mój synek odwrócił się w stronę hip hopu? Mówię o dziecku dlatego, że jak cię nie ma, to tracisz kontakt z własnym dzieciakiem, to nie jest dobre, dlatego trzeba myśleć o tym poważnie, a po powrocie z tras wynagradzać, pewne sprawy traci się bezpowrotnie. Jednym słowem – najlepiej być palantem, wtedy wszystko jest łatwiejsze. Teraz o kotach. Koty są po prostu zajebiste, mam w domu dwa i wiem, że już zawsze będę miał kota. Nic nie potrafię złego powiedzieć na temat tych zwierząt, krąży wiele przepowiedni, anegdot i innych starych „prawd”. A kot, jak już zasłużysz na jego miłość i wdzięczność jest po prostu nieocenionym przyjacielem, członkiem rodziny, uwielbiam swoje koty, wszystkie z resztą. Poza tym badania dowodzą, że kot bierze na siebie niektóre choroby, niektóre szkodliwe promieniowania, zachorowalność jest mniejsza w domach, gdzie są koty. Koty, panie, to dobrodzieje, poza tym rozumiesz mnie doskonale, boś sam „kociarz” przeogromny (śmiech…).

Mamy początek roku – więc może jakieś nadzieje i plany na najbliższe miesiące?

No, za chwilkę Świnia Fest, potem trasa w Rosji, potem coś w lecie, może jakieś festiwale, na jesień prawdopodobnie Morbide Festspiele w Niemczech, potem weekend w Czechach, kilka weekendówek w Polsce. W międzyczasie nagrywka piosenek na szósty album i na 7ep split z Dead Infection i być może promocja tejże na kilku koncertach z Dead Infection właśnie, bo taki plan był jak najbardziej, ale najpierw musi być już ta płytka fizycznie. Obscene Extreme towarzysko, w tym roku skład taki, że nie będzie kiedy się napić, a reszta to życie, mam nadzieję, że jakoś się poukłada wszystko i że zdrowie będzie przynajmniej takie jak jest, byle nie gorsze, czego Tobie i czytelnikom szczerze życzę.

Ostatnie słowo na niedzielę dla maniaków…

Dzięki, Arku, za wsparcie i pogawędkę, powiedz Karolowi (SMG), że nie gramy amerykańskiego death metalu (śmiech…), on jakoś nigdy nie miał ochoty naszych wypocin  posłuchać, może Tobie uwierzy… Jaja sobie tu robię publicznie. Przepraszam, ale pozwalam sobie, bo strasznie Cię lubię, chłopie, zawsze nas wspierałeś, za co jestem Ci niezmiernie wdzięczny. Ok., no to teraz bardziej oficjalnie, dziękuję jeszcze raz za wsparcie, życzę pasji, uciechy z tejże, zdrowia, zabawy, żelaznej wątroby, jaka by nie była, ale mądrości, zwłaszcza życiowej, niedziela się kończy, więc wspierajcie Violence Magazine, no i underground oczywiście!

Rozmawiał Arek Lerch

Foto koncertowe: Piotr Kuszyk