PARADISE LOST – Nie wszystko złoto, co się świeci

Niegdyś zespół, na którym wychowało się pokolenie smutnych metali w skórzanych płaszczach, później formacja wyklęta przez własnych wyznawców za sprawą szokującego – jak na owe czasy – mariażu z nowoczesnością. Dziś Paradise Lost to żywa legenda, która stale zwiększa swe notowania, nie tylko za sprawą wysługi lat czy dawnych sentymentów, lecz przede wszystkim dzięki wydawanym z żelazną konsekwencją albumom, wartym naszego zainteresowania i pieniędzy ze względu na coś znacznie więcej niż szacunek dla uznanej marki. O najnowszej płycie rozmawiałem z gitarzystą grupy, Gregiem Mackintoshem.

Odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu, wraz z każdym kolejnym albumem, Paradise Lost coraz chętniej prezentuje się od klasycznej i nawiązującej do metalowej tradycji strony. Jak wytłumaczysz to zjawisko?

Wiesz, myślę, że prawdopodobnie wynika to z tego, że zatoczyliśmy pewien krąg i pod wieloma względami dorośliśmy. Zaczynaliśmy grać będąc jeszcze nastolatkami, z dość ograniczonymi horyzontami muzycznymi. Mijały lata, a nasze gusta na wiele sposobów się poszerzały. Kiedy jednak się starzejesz, niektóre z wczesnych inspiracji zaczynają na nowo gościć w twoim życiu. Na jednym z naszych pierwszych albumów, „Icon”, odkryliśmy nasze właściwe brzmienie. Uważam, że najnowsza płyta jest powrotem do tego brzmienia.

Co sprawia, że konsekwentnie brnąc w rejony klasycznego metalu, udaje się Wam stale tworzyć dzieła tak świeże i obdarzone energią?

Bardzo miło mi to słyszeć! Za każdym razem, gdy siadam do pisania kolejnego materiału, zapominam o wszystkim, co zrobiliśmy do tej pory. Komponuję dokładnie to, co na tym konkretnym albumie chciałbym usłyszeć. Jeśli zbyt często spoglądałbym za siebie, mogłoby to zaszkodzić nowym utworom. Podstawa to zatem wyczyścić mózg ze starych pomysłów.

Za parę dni światło dzienne ujrzy następca znakomitego „Faith Divides Us, Death Unites Us” sprzed dwóch i pół roku. Dostrzegam kilka podobieństw łączących oba wydawnictwa, lecz chciałbym zapytać Cię o to, co Twoim zdaniem szczególnie wyróżnia „Tragic Idol” z grona płyt, które wydaliście w ciągu ostatnich kilku lat?

Osobiście uważam, że pod względem produkcji album ten jest naszą reakcją na większość nowoczesnych metalowych krążków. Mnóstwo z nich zdołało znudzić mnie swym do bólu podobnym brzmieniem. Króluje dziś trend nadmiernego kompresowania nagrań. Z tego powodu właśnie zwróciliśmy się w stronę starszych dokonań i uchwyciliśmy doom metalowego ducha sprzed lat. Nie chcieliśmy uczestniczyć w dzisiejszym owczym pędzie, lecz przede wszystkim mieć coś do powiedzenia. Ponadto, usunęliśmy z naszej muzyki wszystkie partie klawiszy. Na wcześniejszych albumach doszliśmy pod względem ich użycia do takiego punktu, że zaaranżowanie ich w niepowtarzalny sposób na nowej płycie byłoby czymś raczej niemożliwym. W efekcie, po odarciu naszego brzmienia z tego elementu, uzyskaliśmy dzieło, które w naszym odczuciu stanowi esencję tego, czym Paradise Lost powinien być.

Już w trakcie pierwszego przesłuchania staje się jasne, że „Tragic Idol” jest albumem bardzo pewnym i zdecydowanym. Czy postrzegacie go jako kolejny szczyt w Waszej karierze, na miarę choćby celebrowanego ostatnio klasyka „Draconian Times”?

nie wszystko złoto, co się świeci...

nie wszystko złoto, co się świeci...

Nie mogę powiedzieć tego z absolutną pewnością, dopóki emocje wokół płyty trochę nie opadną. Jestem jednak przekonany o tym, że ukazuje się ona w bardzo pozytywnym dla nas, jako zespołu, czasie. Jesteśmy bardzo zadowoleni z finalnego rezultatu naszej pracy, cieszą nas koncerty – zarówno te zagrane niedawno, jak i te nadchodzące. Oczywiście, sam okres oczekiwania na premierę jest z natury dość dziwny, bo nie możesz przewidzieć, jak muzyka odebrana zostanie przez fanów i z jakimi reakcjami publiki się spotka. Myślę, że „Draconian Times” był czymś odpowiednim na swój czas. Wszystko tak naprawdę zależy od tego, czy publiczność jest gotowa na taki album. Niemniej sądzę, że tym razem wydajemy solidną rzecz.

Adrian Erlandsson dołączył do zespołu tuż po wydaniu „Faith Divides Us, Death Unites Us”, lecz dopiero podczas sesji nagraniowej nowego albumu miał okazję usiąść za bębnami. Jak bardzo jego gra wpłynęła na dynamikę „Tragic Idol” i, w ogóle, Paradise Lost?

Po pierwsze, Adrian to ogromny fan Paradise Lost. Wiem, że szczególnie ceni sobie trzy pierwsze albumy. Dlatego chciał wyraźnie odcisnąć swój ślad na tej płycie. Współpracowałem z nim bardzo blisko nad partiami bębnów; przesyłaliśmy sobie nawzajem e-maile z konkretnymi aranżacjami. W ten sposób spędziliśmy nad perkusją mnóstwo czasu. Co zaś tyczy się jego wkładu w brzmienie… Jak wiadomo, przez lata znany był z szybkiej i agresywnej gry. Podczas prac nad nowym albumem powiedział mi, że znacznie trudniejszym zadaniem jest zagrać wolniej, ponieważ jest o wiele więcej przestrzeni do wypełnienia. Nie zmienia to faktu, że włożył w ten materiał mnóstwo entuzjazmu, optymizmu i szczerego idealizmu. Koniec końców, wydaje mi się, że uczynił go bardziej metalowym, aniżeli byłby bez jego obecności.

Jak już wspomniałem przed chwilą, zarówno „Tragic Idol”, jak i jego poprzedniczka mają kilka cech wspólnych. Jedną z nich jest powracający w tekstach temat śmierci. Z jakiej perspektywy potraktowaliście go tym razem?

Myślę, że na tej płycie teksty są bardziej osobiste i refleksyjne. „Faith Divides Us, Death Unites Us” ukazywało dość czarno-białe, zdecydowanie ponure spojrzenie na sprawy życia i śmierci. Natomiast nowe piosenki sporo mówią o szczerości i bogatsze są w bardziej subtelne emocje. Z racji tego, że materiał jest w ogóle nieco bardziej melodyjny, Nick musiał pamiętać o tym, by słowa odpowiednio współgrały z melodiami, co sprawiło, że napisanie liryków było, w naszej ocenie, zadaniem o wiele cięższym niż poprzednio.

A czy prostą sprawą było zmierzyć się z tematyką śmierci raz jeszcze, po tak intensywnym muzycznym doświadczeniu jak Vallenfyre? (Nowy, deathmetalowy zespół Grega, którego powstanie zainspirowane było śmiercią ojca muzyka – przyp. red.)

Krążek Vallenfyre był dla mnie czymś w rodzaju przelania w muzykę wszystkiego, co siedziało wówczas w moich trzewiach: złości, zagubienia, wycieńczenia… To naprawdę dobra deathmetalowa płyta, za pomocą której wyrzuciłem z siebie te negatywne emocje. W przypadku „Tragic Idol”, zgodnie z tym, co powiedziałem wcześniej, dochodzą do głosu różne subtelności, przez co album jest czymś bardziej melancholijnym. Mnóstwo na nim spoglądania na przeszłość, ale nikt się tu raczej na nic nie gniewa.

Tytuł Waszego nowego dzieła zdradza jeszcze jeden motyw przewijający się w poszczególnych piosenkach. Czy każdego idola czeka upadek?

Absolutnie. Myślą przewodnią płyty jest stare przysłowie: nie wszystko złoto, co się świeci. Kiedy dowiadujesz się zbyt wielu rzeczy na temat jakiejś osoby, prawie zawsze kończy się na tym, że jesteś nią rozczarowany. W gruncie rzeczy każdy z nas jest równy i nikt nie zasługuje na faworyzację.

Okładka „Tragic Idol” to zdecydowanie jedna z najbardziej charakterystycznych ilustracji, które zdobią Wasze nagrania. Czy widniejąca na niej maska nie jest przypadkiem nawiązaniem do kultowej płyty „Icon”?

To prawda, jedna i druga okładka są do siebie podobne! Umieszczenie maski na frontowej ilustracji było tym razem pomysłem jej autora. Na początku podsunęliśmy mu kilka przykładów prac, które z różnych powodów się nam podobały, jak na przykład obrazy artystów nurtu art deco. Następnie daliśmy kilka wskazówek, dyskutując o sensie przysłowia leżącego u podstaw tytułu, a także wymieniając nazwy niektórych numerów. Ostatecznie udało mu się stworzyć obraz, po obejrzeniu którego nachodzi człowieka refleksja, że nikt z nas nie mówi o sobie całej prawdy aż do śmierci.

Partie wszystkich instrumentów zarejestrowano w brytyjskim studio The Chapel, natomiast nagrania wokali odbyły się w szwedzkim Fascination Street pod okiem Jensa Bogrena. Co spowodowało, że zdecydowaliście się podzielić sesję w ten sposób?

To w zasadzie pomysł Jensa, który miał na celu odizolowanie Nicka od świata i umożliwienie pełnej koncentracji na pisaniu tekstów i budowaniu struktur partii wokalnych. Nick oczywiście był z nami w The Chapel, kiedy pracowaliśmy nad resztą instrumentów, bo mimo wszystko zależało nam na tym, by każdy mógł poczuć właściwą atmosferę pracy nad płytą. Jednak później Jens zaprosił Nicka do Szwecji, by mieć pewność, że wyciągnie od niego najlepsze wykonania i nic nie będzie ich rozpraszało.

Paradise Lost ma swoich ludzi także w innych formacjach: wspomnianym Vallenfyre i szwedzkim At the Gates. Spoglądam właśnie na obsadę tegorocznej edycji festiwalu Brutal Assault w Czechach, na której wszystkie trzy zespoły występują, i zastanawiam się, na ile wyzwaniem będzie dla Was zagranie każdej z tych sztuk na pełnych obrotach?

To na pewno spore wyzwanie, jednak raczej nie mam powodów do obaw. Wiadomo, że będę czuł się trochę dziwnie wychodząc na scenę raz jako wokalista, a później jako gitarzysta. Nieco bardziej martwię się o Adriana, który tego dnia ma do zagrania aż trzy koncerty, w dodatku wszystkie na bębnach. Nie wykluczamy, że skończy w szpitalu…

Rozmawiał Cyprian Łakomy

Zdjęcia: Century Media/Paul Harries