PALM DESERT – wokół kilku dźwięków

Palm Desert to już stali goście Violence Online. Śledzimy ich losy, delektując się świetnym, stonerowym hałasem, który z płytki na płytkę dojrzewa i zyskuje coraz bardziej rumiane oblicze. Nie inaczej jest dzisiaj, kiedy grupa zaczyna promować Pearls from the Muddy Hollow, zarejestrowany pod czujnym okiem Perły, pokazujący większe niż zwykle skupienie zespołu, który tym razem nieco rzadziej zapuszcza się w psychodeliczne odmęty, ale o tym poniżej. Zapraszamy na rozmowę z perkusistą zespołu, Kamilem Ziółkowskim.

Skąd bierze się u Was taka płodność. Toż to szaleństwo – w 2013 dwa oficjalne materiały, już w następnym roku kolejny, pełnometrażowy album. Niektórzy wydają jedną płytę na cztery lata a WyPalm Desert 2 zachowujecie się, jakbyście z sali prób nie wychodzili. Boicie się, że nastąpi koniec świata i nie zdążycie z wszystkim?

Może to tak wyglądać, jednak materiał na Rotten Village Sessions nagrywany był w listopadzie 2011. A że został wydany w styczniu 2013 to już inna sprawa. Ep-ka Adayoff z kolei wydana we wrześniu 2013 to materiał sklecony bardzo szybko, spontanicznie rzec można. Nie mamy przesadnej ilości prób, gramy raz na tydzień a czasami nawet rzadziej. Pierwsze numery na nową płytę zaczęły powstawać mniej więcej w październiku ubiegłego roku. Samo tworzenie kawałków nie jest jakimś skomplikowanym procesem, gramy dość prostą muzykę i nie dywagujemy godzinami nad jakąś wstaweczką, mostkiem czy super zagryweczką. Rozumiemy się doskonale. Gramy jakiś riff, mały jam i jakoś się to klei; stwierdzamy, że jest w porządku i numer skończony. Płodnym zespołem to było The Beatles, przecież na początku swojej kariery nagrywali po 2 płyty rocznie i dodatkowo masę singli. W ostatnich latach panuje jakiś dziwny standard, że zespół wydaje płytę raz na kilka lat. My gramy rock’n rolla, nie potrzebujemy aż tyle czasu.

Tylko nie mówcie, że gracie głównie dla siebie. Bo to słuchacz jest najważniejszy. Jak zatem przyjęta została ostatnia, spontaniczna, ep-ka? Odczuliście wzrost zainteresowania przekładający się na ilość zagranych sztuk?

Gramy jak potrafimy, to, że jakiejś małej grupie słuchaczy się to również podoba to dodatkowy bodziec do tego by robić to dalej. Ostatnia ep-ka została przyjęta dobrze, na zagranicznych portalach miała nawet niezłe miejsce w rocznych zestawieniach płyt stonerowych, co nas trochę zaskoczyło. Jakoś nie przykładamy do niej specjalnej wagi, powiedzmy szczerze, nie brzmi zbyt dobrze, ale może właśnie w jej garażowym brzmieniu jest coś fajnego. Traktujemy ją tylko jako dodatek, nic więcej. Propozycji koncertowych, zwłaszcza z zagranicy, dostajemy sporo, chciałoby się zagrać w tych wszystkich miejscach, jednak czasami logistycznie nie jest łatwo to ogarnąć.

Gdzie zatem byliście i gdzie było najlepiej? Co jest ważniejsze – żeby szmal się zgadzał, czy żeby ludkowie byli? Lepsze squatty czy pizzerie?

Kasa oczywiście nie jest ważna, istotne jest to żeby nie dokładać. Najważniejsza jest publika i odbiór muzyki. Jak widzisz i czujesz, że się podoba, że jest dobrze, jest to wystarczająca nagroda. Miejsce nie ma znaczenia, najlepszy koncert zagraliśmy właśnie w pizzerii, w Budapeszcie, akustyka może kulała, ale ludzie byli po prostu szaleni. Co do koncertów, nie graliśmy ich zbyt wielu w tym roku, w zasadzie poza małą traską po Niemczech nie ma się czym pochwalić. Związane jest to z dość ciężką sytuacją w zespole – nasz wokalista przeniósł się do Anglii i gramy raczej sporadycznie, niestety…

Zauważam, że to dość częsta opcja ostatnio… Czy w związku z taką sytuacją coś w zespole ulegnie zmianie? Dlaczego Wasz wokalista podjął tak drastyczną decyzję?

Taka sytuacja w zespole trwa od maja ubiegłego roku Dlaczego podjął taką decyzję? Ponieważ tutaj nie widział perspektyw na dobry byt. Dlatego mimo, że chcielibyśmy więcej grać mając ku temu możliwości, dostosowujemy się do takiej sytuacji. Ciężko powiedzieć co będzie dalej… Spotykamy się w trójkę, robimy numery, a następnie przesyłamy mu nagrania z prób, żeby coś do tego mógł wymyślić. Wiem, dziwna sytuacja, ale taki jest nasz zespół, ciężko wyobrazić sobie aby ktokolwiek z nas mógł być zastąpiony kimś innym, nie w tej kapeli. Zobaczymy, może coś się zmieni.

I w takiej niewesołej atmosferze przechodzimy do nowej płyty. Płyty, którą mówicie jasno i wyraźnie: „Stoner rock to my!!”. Zgadza się?

Tak mówimy? Mówimy: „Proszę, to są kawałki jakie udało nam się stworzyć na przestrzeni ostatnich miesięcy, tylko takie robić potrafimy i jeżeli Wam się podobają to bardzo się z tego cieszymy…

Dla mnie ta płyta to właśnie taka deklaracja. Wyważone, rasowe i określone granie. 75% stonera, 25% psychodelii. Dzieło skończone, choć także stawiające pytanie – czy Palm Desert znalazł przytulną przystań?

Myślę, że styl znaleźliśmy na wcześniejszej płycie („Rotten Village Sessions”) a poszukujemy wciąż wokół tych kilku dźwięków. Szukamy spontaniczności i ekspresji. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wymyślamy nic nowego, ale mimo wszystko, wydaje mi się, że każda z naszych 3 płyt jest inna, mimo, że z pozoru mogą wydawać się podobne. Czuję też, że nie wyczerpaliśmy jeszcze tematu i najlepsza muzyka dopiero przed nami, rewolucji jednak spodziewać się nie można. Jest już mały zamysł tego jak będą wyglądały nasze kolejne nagrania.

wokół kilku dźwięków

wokół kilku dźwięków

Zanim jednak będzie kolejna płyta, skupmy się na obecnej. Jaki jest koncept liryczny? Tytuł brzmi smakowicie. A razem z obrazkiem kojarzy mi się z… Wichrowymi Wzgórzami…

Wichrowe wzgórza – dobre (śmiech). Muszę cię rozczarować, nie jest to koncept album, nie było na to czasu. Poza tym, za teksty na tym krążku odpowiadają 3 osoby a koncepty tworzone są zazwyczaj przez pojedynczego osobnika. Okładka powstała jakiś czas temu, pierwotny tytuł był zupełnie inny, ale postanowiliśmy go w ostatniej chwili zmienić. Zawsze staramy się dobrać jakiś lekko „poetycki”, rozmyty i mało oczywisty tytuł (wyjątkiem  jest „Adayoff”). Spodobało nam się jak brzmi i można w nim znaleźć małe nawiązania do tego gdzie cały krążek był nagrywany. Brzmi lekko mistycznie, nam się podoba.

Właśnie, macie tendencję do nietypowych miejsc, w których realizujecie swoje wizje. Jak było tym razem? Gdzie Was poniosło? Lasy czy … wzgórza?

Tym razem wylądowaliśmy w bardzo standardowym miejscu, nagranie realizowane były w Perlazza Studio pod okiem i uchem Perły.

Perła to konkret, ale jak Wy oceniacie współpracę? Co Was zaskoczyło, zdziwiło, ucieszyło?

Perła to bardzo fajny, otwarty i skromny gość; już po pięciu minutach minęła jakaś tam pierwsza spina i byliśmy całkowicie wyluzowani. Zaskoczyło, że znał naszą poprzednią płytę (tą z pomarańczową okładką). Perła jest wielkim fanem stonera i to również sprawiło, że chcieliśmy nagrywać właśnie u niego. Jak weszliśmy do studia, brzmienie wzmacniacza gitarowego było już ustawione, chyba nic nie musieliśmy przy nim kręcić. Dobrze współpracuje się z ludźmi, którzy rozumieją jak grasz i jaki efekt chcesz osiągnąć. Dograł ponadto dwie solóweczki a nawet brał udział w pisaniu tekstu do jednego z numerów.

Nagrywaliście na popularną „setę”, czy było mozolne wbijanie śladów? Nie tęskniliście za jakąś świetlicą w odludnym lesie? Czy może właśnie powrót do cywilizowanego studia był efektem poprzedniej sesji?

Nagrywaliśmy na setkę, w takiej muzyce to rozwiązanie sprawuje się lepiej. Wokal i druga gitara dogrywane były oczywiście już „po”. Przez to może nie wszystko jest idealne, super w punkt, jednak w takiej muzyce chyba nie o to chodzi. Nagrywanie w świetlicy jest świetne i chętnie bym to powtórzył. Tym razem chcieliśmy zobaczyć jak potrafimy zabrzmieć w „prawdziwym” studiu. Podejście do nagrania tej płyty mieliśmy już wcześniej, w studiu gdzie nagrywaliśmy „Adayoff”. Nie byliśmy jednak zadowoleni z efektu, nie żarło, nie było mocy. Gdybyśmy zdecydowali wtedy wydać materiał, pewnie byłby to koniec zespołu. Po wspomnianej, mało satysfakcjonującej sesji wysyłałem zapytania w kilka miejsc i po kilku minutach zadzwonił do mnie Perła. Pogadaliśmy i przekonał mnie, że to właśnie on jest właściwą osobą, że to u niego powinniśmy to nagrać. Międzyczasie wyrzuciliśmy kilka numerów ze starej sesji, zrobiliśmy kilka nowych i na początku sierpnia pojechaliśmy na 5 dni do Poznania…

PALM DESERT Pearls from the Muddy Hollow (Krauted Mind Records) Po wywiadzie mój rozmówca, Kamil, zasugerował, że chyba nie do końca podoba mi się nowa płyta jego zespołu. Nic bardziej mylnego – można spokojnie uznać „Pearls…” za najdojrzalsze i kompetentne dokonanie wrocławian. Owszem, trochę przejadły mi się te wszystkie zespoły, co koniecznie chcą udowodnić, że urodziły się na pustyni i piją jeno tequilę. Energii starcza na jedną, dwie płyty, potem okazuje się, że pustynią jest podmiejskie blokowisko a złocisty napój to zwykłe piwo. Paradoksalnie, to właśnie mniej znane, podziemne zespoły tworzą dziś drugą czy trzecią falę stoner rocka, udowadniając, że jeśli nawet nie da się pchnąć tej muzyki do przodu, można grać ją ze znawstwem i niesamowitym polotem. Tak jak Palm Desert. Trzecia, duża płyta przynosi kolejną porcję piaszczystego grzańska, brudne riffy, oparte o fajnie pulsującą sekcję. Czyli niby to, co zwykle, a jednak nowy1517427_10152396168176837_5444184137384093981_n materiał jest nieco inny, bardziej zwarty i zdyscyplinowany. Mniej tu charakterystycznej dla poprzednich produkcji psychodelicznej rozwlekłości, improwizowanych lotów a więcej rockowego konkretu. Choć i w jego ramach zespół przemyca sporo fajnych aranży. Największe uznanie budzi rozpiętość  stylistyczna i masa ciekawych pomysłów, które często oddalają zespół od stonerowego meritum. Grupa płynnie operuje dynamiką (świetne wyciszenia w „No Way Back” czy „No Pain No Sorrow”), znajdujemy też dużo naleciałości hendrixowskiego rocka, od klasyki („Lucky Bone”) aż do narkotycznej, hipnotyzującej aury kojarzącej mi się jako żywo z… Rein Sanction w „Favela”. To zresztą jeden z dłuższych utworów na płycie. Jeśli takowe lubicie, na pewno spodoba się Wam zamykający płytę kolos „Forward in the Sun”, który w towarzystwie psychodelicznego rozedrgania, z wszechobecną „kaczką”, pięknie rozwija się od spokojnego wstępu aż do ekstatycznego finału. Poza tym jest oczywiście sporo tradycyjnego, nawiązującego do spuścizny Kyuss, rewelacyjnie zagranego łomotu, którego – zgodnie z zaleceniami zespołu – warto posłuchać maksymalnie głośno. Ci panowie dobrze znają swój fach i bez specjalnego wysiłku tworzą muzykę tak amerykańską, że aż dziw, że nie ustawiają się do nich kolejki speców z dużych wytwórni. Choć to właśnie stylistyka może ten fakt tłumaczyć – zespół nie odkrywa na tej płycie niczego nowego, dokręca po prostu śrubę i jeszcze precyzyjniej podaje dźwięki, które dobrze znamy. Co nie zmienia faktu, że prawdziwego rocka nigdy za wiele. 

Jak to jest z tymi silnymi osobowościami realizatorskimi? Perła odcisnął znaczące piętno na materiale? Np. dokonywał zmian w kawałkach, sugerował, przekonywał, gnębił? Ja wiem, że poprawność polityczna rządzi, ale kilka obiektywnych słów na ten temat…

Perła w zasadzie ograniczył się uwag czysto technicznych, czyli jak dobrze trzymać pałki, pilnować rimshot’ów i mocniej uderzać w struny podczas „mocnych” części w numerach. Jeżeli chodzi o konstrukcję utworów, w ogóle w to nie ingerował. Numery są dokładnie takie jak je poskładaliśmy na próbach. Pilnował jeszcze wokali i zasugerował żeby brzmienie solówek opierało się bardziej na delayu, w zasadzie tyle. Nie wcinał się i nie starał zmieniać utworów, pewnie byśmy mu na to nie pozwolili, też mamy mocne charaktery i jasną wizję tego jak nasza muza ma wyglądać. Przy okazji – pozdrowienia dla Perły.

Dla odpoczynku od nowej płyty zmieniamy klimat. Zauważyłem, oglądając zdjęcia na Waszym fejsie, że debiut i Rotteny doczekały się pięknych wydań winylowych. Jak do tego doszło? Kto zaproponował taki deal, czy sami własnym sumptem zrealizowaliście marzenia? Wreszcie właściwa muzyka na właściwym nośniku. Jakie to uczucie puścić sobie własny mjuzik na gramofonie?

Tak, to wspaniała sprawa móc puścić własną muzę z winyla. Jakiś czas temu porozsyłałem kila maili do zagranicznych labeli. Dwa z nich wyraziły zainteresowane współpracą z nami i wydaniem muzy na winylu właśnie. Zawarliśmy umowę z niemieckim Krauted Mind Records i po 3 miesiącach dotarły do nas te piękne, duże, kolorowe płyty. Udało się, wydają również nasz nowy krążek, z tym, że na to musimy poczekać jakieś 2-3 miesiące (kolejki w tłoczniach są ponoć spore). Na ten moment trzeba zadowolić się digipackiem CD.

Jak w ogóle wygląda strona biznesowa Waszych działań? Sami wykładacie na wszystko sałatę, czy udaje się pozyskać jakieś firmy, sponsorów itp…

Sami pokrywamy koszty studia, organizujemy sprawy związane z produkcją merchu etc. Z racji współprcy z KMR, odpadła nam sprawa całkowitego finansowania płyt, pokrywamy część kosztów związanych z produkcją CD, a koszt produkcji winyli KMR bierze na siebie, z czego się cieszymy, bo akurat to jest najdroższe i mało który zespół na to stać. Współpracujemy również z kilkoma innymi sublabelami w Europie, które dystrybuują nasze płyty.

Myślisz, że nowa płyta przyniesie w temacie promocji, ruchu wokół zespołu większe ożywienie, czy pasuje wam taki nieco leniwy stajl? Oczywiście, pomijam problemy logistyczne, o których już była mowa…

W niespełna tydzień po wydaniu płyty można powiedzieć, że nastąpiło małe ożywienie. Płyta pojawiła się na 20 rosyjskich serwerach. Dostajemy sygnały od ludzi, że się podoba, że jest jak do tej pory najlepsza. Nie mamy wielkich ambicji i nie żyjemy w świecie fantazji; wiemy, że tkwimy w niszy i to nam odpowiada. Pewnie powiększy nam się trochę to wąskie grono „fanów”. Na przestrzeni ostatniego tygodnia pojawiły się też kolejne propozycje koncertowe (z Rosji, Austrii czy Hiszpanii), więc każde kolejne nagrania powiększają nam grupę odbiorców, ciągną za sobą również sprzedaż naszych starszych albumów, więc coś tam się dzieje na naszej mikroskali.

w studiu u Perły

w studiu u Perły

Nie kusiło Was, żeby spróbować z grubymi rybami? Np. MMP ma teraz w swoim katalogu kilka stonerowo-hardrockowych zespołów, więc może i Wy mielibyście szansę. Nie macie takich zakusów?

Myśleliśmy o tym, jednak to w jaki sposób zespół funkcjonuje raczej nie pozwala na zawarcie jakichkolwiek umów z „grubymi rybami”. Jesteśmy w undergroundzie i to nam odpowiada. Poza tym, w tych czasach pomoc wytwórni ogranicza się do wytłoczenia 500 płyt i „wbijania” zespołu jako supportu na większe koncerty. Fajnie, jednak tych 500 płyt możemy sobie sami wytłoczyć, sprzedawać je przez Internet i wyjść na tym lepiej. Owszem, fajnie jest zobaczyć swoją płytę w Saturnie czy Empiku, jednak aktualne propozycje dużych labeli to troszkę mało. Poza tym kto by nas chciał? Znamy się z jedną z kapel ze „stajni” MMP i nie wiem czy ta współpraca jest na tyle atrakcyjna, żeby czegoś żałować. Jesteśmy w undergroundzie, jesteśmy niezależni niczym Fugazi, ma to swoje plusy.

Słuchając płyty, odniosłem wrażenie, że tym razem bardziej skupiliście się na kompozycji. To są konkretne numery z mniejszym udziałem tych „lotów”. Z czego taki fakt wynika? Bo czuję, że tu miało być konkretnie – studio, termin itp. Wszystko bardziej zwięzłe niż pustynne.

To prawda, na ostatniej płycie było więcej improwizowanych momentów, więcej jamów etc. Może w podświadomości jednak była jakaś presja czasu i studia? A może po prostu takie numery udało nam się teraz wyczarować. Faktycznie, kawałki są bardziej zwięzłe, „konkretne”, nie brakuje jednak tego lekkiego rozleniwienia i luzu. Wydaje mi się, że płyta jest „pustynna”, a na pewno czuć ją w większości numerów. Kiedy dzisiaj słucham tego materiału, dodałbym jednak kila rzeczy, wstawił jeszcze jakieś chórki, jakiś rozmydlony dźwięk gitary, szum czy coś takiego. Wyszło jak wyszło i jesteśmy z płyty zadowoleni. Trzeba jej słuchać naprawdę głośno, wtedy jest wpierdol…

Nie uważasz, że ten styl trochę doszedł do ściany? Mam wrażenie, że jeszcze parę lat temu było więcej możliwości. Teraz cała masa stonerowo/sludge’owych zespołów nagrała już dobre rzeczy, poeksperymentowała albo wróciła do korzeni i… No właśnie. Jak widzisz przyszłość takiego grania, które przecież cały czas odnosi się do przeszłości?

Nie śledzę za bardzo tej sceny; gdybym się w nią zasłuchiwał, pewnie stwierdziłbym, że nie ma sensu tak grać, bo jest tego tyle, że nie ma czego poszukiwać w tym nurcie. Tak jak powiedziałem, gramy swoje, najlepiej jak potrafimy. Na pewno jest to w pewnym sensie wtórne, jest wariacją na temat muzyki funkcjonującej od dłuższego czasu. Nam się podoba i kilku osobom również, zatem nie będę zastanawiał się czy ma to sens. W skali naszego kraju to jak gramy nadal jest oryginalne mimo, że wszelkie odmiany metalu zjadły swój własny ogon sto razy. Muzyka rockowa, a taką my gramy jak mi się wydaje, zawsze pozostawia jakieś miejsce, na radość, luz czy wspomnianą wcześniej spontaniczność i dlatego jej pokłady nie wyczerpią się tak szybko.

Dobra, myślę, że dość Cię pomęczyłem. Na koniec standardowo – czego mamy się spodziewać i gdzie będzie można Was zobaczyć?

Nie wiadomo, czego się po nas spodziewać, zainteresowanych odsyłam na naszego FB, tam na bieżąco będą pojawiały się informacje odnośnie tego co robimy i ewentualnie, kiedy będzie można nas zobaczyć na żywo.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu