PALM DESERT – prosto, szybko i bez presji

Palm Desert to fajny zespół. Dlaczego? Nie chodzi o to, że grają fajną muzykę, bo… tak jest. Interesuje mnie raczej strona mentalna, podejście do swojego rzępolenia. Zamiast celebrować każde pierdnięcie, szlifować miesiącami czy nawet latami kilka kawałków, które i tak zostaną przez potomność zapomniane w zalewie hałasu, chwytają chwilę, robią to na co akurat mają ochotę. A teraz mieli ochotę zrobić małe „studio session” i na luzie zarejestrować – na zasadzie testu nowego miejsca – kilka numerów. Przygotowane były dwa kawałki, wyszło sześć i pół godziny fajnego, pustynno – psychodelicznego grzańska, zatytułowanego Adayoff. Jako, że w międzyczasie zespół zaliczył też kilka koncertów, o których warto wspomnieć, czas na wywiad z muzykantami. Co to jest luz, gdzie grało się najlepiej i jak zrobić coś z niczego opowie nam fizyczny kapeli – Kamil Ziółkowski.

Od razu z grubej rury – czy opisywanie muzyki jako „zabawy, testu studia itp” nie jest asekuracją? Na zasadzie: jeśli się spodoba, jesteśmy bohaterami co zrobili coś z niczego, jak się nie spodoba, to mamy wymówkę”??

He, he, może po części tak, jednak było tak jak pisaliśmy. Bez presji publikacji tego materiału, zarejestrowanie jakichś tam pomysłów. Tak na poważnie mieliśmy jeden numer ograny na koncertach („Leave me alone”), jeden zrobiony już bardzo dawno temu („First Scream”) odkurzony specjalnie na tą okazję aby było co nagrać. Poza tym kilka riffów. Szczerze mówiąc, nie bardzo byliśmy zadowoleni z efektów i pomysł z wydaniem tego jako ep-ki został zarzucony. Dopiero pod koniec wakacji posłuchaliśmy tego na „świeżo” i stwierdziliśmy, że może nie jestPD 1 tak źle. Umówiliśmy się na krótki mix i postanowiliśmy to jednak wydać. Taki tam dodatek do dyskografii

W opisie stoi, że był to także test studia – co to za studio i jak oceniacie to miejsce pod kątem nagrywek?

Studio mieści się w Dzierżoniowie na Dolnym Śląsku, jest niedrogie, ma fajny, luźny klimat… Poza tym realizator, czyli Mateusz jest naprawdę w porządku gościem, otwartym na pomysły a jednocześnie zorientowanym na vintage’owe podejście do rejestracji muzyki co bardzo nam odpowiada. Tak, było to coś na zasadzie testu i świetnie się przy tym bawiliśmy.

Cofamy się trochę do momentu wydania poprzedniego krążka – co się wydarzyło po tym fakcie, jakie rzeczy udało się zrealizować a co spaliło na panewce?

W zasadzie oprócz tego, że udało nam się zagrać pierwszy europejski mini-tour (Austria, Węgry, Francja, Hiszpania) niewiele się zmieniło. Nie nastawialiśmy się na to, że po wydaniu ostatniej płyty coś uda nam się osiągnąć, wydaliśmy po prostu materiał z nadzieją, że spodoba się jakiejś grupie ludzi. Czytając zagraniczne recenzje, wysnuć możemy wniosek, że materiał był ok, więc jesteśmy zadowoleni. Dostaliśmy bardzo dużo propozycji koncertowych z Polski i zagranicy, z części skorzystaliśmy, z części nie. Myślę, że grając niszową muzykę trudno nastawiać się na niewiadomo jaki sukces. Pozytywne reakcje ze strony ludzi są wystarczającą nagrodą. Zobaczymy, co będzie dalej.

Skoro wspomnieliście o trasie, podrążmy ten temat. Najpierw statystyki – ile km przejechaliście, ile miast zwiedziliście i ile litrów piwa wychlaliście? Najlepszy punkt trasy?

Trasa był podzielona, najpierw mały wypad weekendowy do Wiednia i Budapesztu a następnie już konkret – Luksemburg, Francja (Clermont-Ferrand, Montpellier, Lyon) i Hiszpania (San Sebastian, Barcelona). Na drugiej części trasy zrobiliśmy ponad 5600 km w 6 dni tak że całkiem sporo. Co za tym idzie nie zwiedziliśmy praktycznie nic, no może z wyjątkiem San Sebastian gdzie akurat mieliśmy chwilę czasu. Teraz już wiemy, że odcinki pokonywane każdego dnia były jednak zbyt długie… Na przyszłość będziemy na pewno mądrzejsi. Co do piwa…dużo… Nikt tego, niestety, nie jest w stanie zliczyć. Najlepsze koncerty? Budapeszt i Luksemburg – świetna atmosfera i przyjęcie. Generalnie byliśmy bardzo zadowoleni z całej trasy. Byliśmy też strasznie zmęczeni. Nasz stary Chrysler Voyager (rocznik ’93) również dał radę

Trudno organizować koncerty? To były zaproszenia czy coś sami „wydeptaliście”?

Mamy managera koncertowego (z Fresh Music Booking) i to jego zasługa. Próbowaliśmy do tego dołożyć jeszcze 2 koncerty w Niemczech, ale niestety nie udało się, nie jest z tym aż tak łatwo. Generalnie najlepiej z naszych obserwacji zająć się tym pół roku wcześniej – wtedy są większe szanse na znalezienie miejsc do grania.

prosto, szybko i bez presji

prosto, szybko i bez presji

Porównanie z polskimi klubami? Co was zaskoczyło po tamtej stronie barykady?

Przyjęcie kapeli, catering, zaplecze, noclegi itd. Oczywiście, nie było tak wszędzie, jednak w Wiedniu czy Luksemburgu czuliśmy się naprawdę jak „muzycy”, jakbyśmy byli chciani. W Polsce w zasadzie spotkaliśmy się z takim przyjęciem tylko raz, a koncertów proporcjonalnie zagraliśmy znacznie więcej. Ostatnio graliśmy też w Lipsku i znowu byliśmy mile zaskoczeni, organizacja była naprawdę „światowa”. W Polsce często czuliśmy się jakby ktoś robił nam łaskę, że możemy zagrać, poza granicami tego nie ma. Nie jest tak zawsze, ale zdarzało się, że czuliśmy się jak intruzi. Właściciele naszych klubów muszą się jeszcze wiele nauczyć od naszych zachodnich sąsiadów.

Jak myślisz, to kwestia „mentala” czy raczej braku kasy i wsparcia miast, czego w Polsce się nie doświadczy. A może wynika to z faktu, że jesteśmy za małym krajem i dla zespołów nie ma po prostu miejsca??

W Niemczech tego typu koncerty mogą liczyć na dofinansowanie ze strony miasta, w innych państwach różnie z tym bywa. Brak kasy na pewno jest jakimś powodem, ale wynika to często z braku „chcenia”. Właścicielom klubów nie chce się zazwyczaj poświęcić czasu na wypromowanie jakiejś imprezy po czym dziwią się, że przyszło tak mało ludzi. Krajem za małym na pewno nie jesteśmy, coś musi się zmienić w mentalności organizatorów/właścicieli polskich klubów, aby zbliżyć się do tego co mamy za granicą. Sami organizowaliśmy koncerty we Wrocławiu (dla Sungrazera czy Mars Red Sky) i jak się odpowiednio przyłożyć to naprawdę można sprowadzić odpowiednią widownię i impreza może okazać się „sukcesem”.

Jak odbierana jest wasza muzyka – czy poza Polską w miejscach, gdzie takiej muzy jest mnóstwo, reakcje Was zaskakiwały?

Reakcje są raczej pozytywne, czasami neutralne. Pewnie, że takiej muzy jest pełno, ale tak jest ze wszystkimi „gatunkami” muzycznymi. Gramy swoje, gramy co lubimy i potrafimy. Tyle…

Dobra, kończąc temat koncertów – były jakieś wydarzenia na trasie, które są godne przedstawienia szerszej publiczności? Jakieś podłożone bomby, grupies, imprezy zakończone na komisariatach?

Chcielibyśmy się czymś takim pochwalić, jednak było „spokojnie i zwyczajnie”, tak więc mitów wymyślać nie będziemy. Trochę pijaństwa i tylko tyle… Niestety.

 zawsze będziemy tłuc raczej małe koncerty

zawsze będziemy tłuc raczej małe koncerty

Nie, no… Niemożliwe. Ok, wracając do płyty. Jeśli przyjąć ze mieliście dwa gotowe kawałki, ile w tych nagraniach jest luźniej zabawy? Jak wyglądało nagrywanie- pierwsze wersje czy dużo dłubania i poprawek? Był żywioł czy raczej staraliście się jednak zbudować aranże?

Mieliśmy kilka riffów (riff prowadzący do „Among the Stones” i „Dusty”) i tyle, reszta jakoś poszła – „zagrajmy zwrotkę, refren potem jeszcze raz zwrotkę i refren, zwolnienie, jakieś solówki, trochę popłyniemy i jakoś to będzie”- Kurt Cobain chyba też tak robił kawałki. Zarejestrowaliśmy po 2-3 wersje numerów które mieliśmy, potem zrobiliśmy sobie próbę i poskładaliśmy „Among the Stones” i „Dusty”, potem zrobiliśmy grilla, dopracowaliśmy teksty, wypiliśmy kilka browarów i zagraliśmy „Overload”, czyli ostatni kawałek na płycie i do niego było już tylko jedno „podejście”, na więcej czas nam nie pozwolił. Zdecydowanie nie skupialiśmy się na złożonych, rozbudowanych aranżach – miało być prosto i szybko.

Długo trwało „zrobienie” tego materiału? Ile realnie przebywaliście w studiu?

W studiu siedzieliśmy od 11:30 do 23:00, potem przebranie materiału i mix – to kolejne 4-5 godzin. Tyle w zasadzie.

Czujecie się wyjątkowi? Niektóre zespoły pracują latami nad jedną płytą, wy wydajecie półgodzinny matex po kilku godzinach pracy w studiu…. To może budzić niezdrową zazdrość…

Absolutnie nie czujemy się wyjątkowi, bo niby czemu? Myślę, że większość kapel grających „wyluzowaną” muzę mogłaby zrobić coś podobnego i nie byłoby w tym nic dziwnego. Skoro kapela gra ze sobą od kilku lat, zagrała masę prób i trochę koncertów, potrafi także posklecać ze sobą kilka riffów. Nagraliśmy po prostu kilka numerów w naszym stylu, udostępniliśmy je i tyle. Bez żadnej zbędnej historii i ech-ów i ach-ów. Pamiątka, nic więcej.

Jak dzisiaj oceniacie swoje dokonania na tle sceny stonerowej w Polsce? Macie jakichś faworytów którzy w ostatnim czasie was zauroczyli?

PD3Scena cały czas się rozwija, ale nie śledzimy specjalnie co tam się na niej nowego dzieje. Może gramy muzę, która jest osadzona w tej estetyce, jednak żaden z nas nie należy do ortodoksyjnych fanów stonera. Słuchamy różnych rzeczy i stoner jest jakąś tego częścią. Może inaczej grać po prostu nie potrafimy?

Myślicie, że są szanse by Wasz zespół zaistniał w szerszej świadomości?

Jesteśmy realistami i doskonale zdajemy sobie sprawę z tego co robimy. Myślimy, że zawsze będziemy tłuc raczej małe koncerty i grać dla określonej grupy ludzi – co zrobić, taka muza. Póki sprawia nam to przyjemność, nie mamy z tym problemu.

A co was wkurwia w naszej rzeczywistości muzycznej?

Najbardziej chyba to, że lansuje się chłam, a wartościowa muza zmuszona jest funkcjonować w undergroundzie, ale tutaj akurat nie powiedziałem raczej nic odkrywczego.

Recepta na zmianę tego stanu rzeczy?

Nic z tym nie można zrobić. Jedyne co to chyba się z tym pogodzić…

Dobra – na koniec zdradźcie co planujecie w najbliższej przyszłości?

Robimy nowy materiał, chcemy się do tego bardziej przyłożyć, w połowie przyszłego roku pewnie postanowimy go nagrać. W tej chwili mamy małą przerwę z koncertami tak więc mamy czas na obmyślanie nowych patentów. Od wiosny chcielibyśmy ruszyć z koncertami, mamy coś tam już wstępnie poorganizowane. Zobaczymy…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Verghityax