PALM DESERT – klimat, dobra akustyka i kominek

Kiedy byłem mały, bałem się brodatych i wytatuowanych facetów. Teraz sam jestem brodatym i wytatuowanym dziadkiem, dlatego już się nie boję, wręcz przeciwnie, lubię twórczość takich panów. Wprawdzie muzycy Palm Desert nie wyglądają jak kuzyni Windsteina czy Oliveri, ale i tak tłuką rasową muzę, jak mało kto, udowadniając przy tym, że prawdziwy stoner rock jest wiecznie żywy. Najnowsze dokonanie tych obwiesi, „Rotten Village Sessions”, to przykład luźnego (zbyt szybkie upijanie się podczas nagrań…) i bardzo rzeczowego (efekty…) podejścia do tematu. O nagrywaniu w wiejskiej świetlicy, Kyuss, improwizacjach, o tym, kto jest oryginalny a kto nie i wielu innych, ciekawych sprawach rozmawiałem z perkusistą zespołu, Kamilem Ziółkowskim. Cóż za znamienne nazwisko…

 

„Blues For the Red Sun” ukazał się w 92 roku… Czy przez następnych 21 lat nie wydarzyło się nic na tyle ekscytującego, żeby zainfekować waszą muzyczną wrażliwość?!

Zdarzyło się – ukazało się „Welcome to Sky Valley” 19 lat temu…

Czyli Kyuss über alles? Zdajecie sobie jednak sprawę, że zespołów, które próbowały taką muzykę odczytać przez ostatnie dwie dekady było tysiące? Chciałbym wiedzieć, czym się wyróżniacie? Możecie spojrzeć na siebie przez moment obiektywnie?

kyuss über alles made by Kamil

kyuss über alles made by Kamil

Tak na poważnie naszą wrażliwość kształtowała różna muza, mnie głównie grunge, Janka – basistę – punk rock i tego typu rzeczy, Franka (wokal) też chyba grunge a Jaja (gitara) ukształtował Sodom, Kreator i Unleashed. A wyszło, jak wyszło… W Polsce jednak nie było wielu takich kapel, jak zaczynaliśmy, były w zasadzie dwa tego typu bandy, mam na myśli Elvis Deluxe i Oregano Chino. A czym się wyróżniamy? Nie nam to oceniać, może ktoś dostrzega w nas coś, czym się wyróżniamy…

No właśnie – jak zaczynaliście… Teraz ta scena stała się niemal potęgą, jest sporo takich zespołów. Czujecie, że jest w tym kraju odbiór dla takiego grania?

Czujemy i bardzo nas to cieszy. Jeszcze kilka lat temu na hasło „stoner” ktoś pytał – że co?! W tej chwili często słyszy się u nas, że coś brzmi stonerowo, że ktoś kojarzy jakąś kapelę i generalnie wie o co chodzi. Ponadto nawet u nas, we Wrocławiu zaczęły pojawiać się dedykowane takiej muzyce imprezy typu Stoner We Hate You czy Desert Carnival. Tak więc dzieje się u nas powolutku, ale w Warszawie naprawdę jest tego sporo – mówię o koncertach jak i o kapelach…

Jak myślicie z czego taki urodzaj wynika, tym bardziej, że stonerowa rewolucja, jeśli takowa kiedyś była, to raczej przeszłość? Chodzi o to, że teraz zespoły stać na sprzęt, taki vintage’owy czy coś innego?

Jak to u nas – wszystko dociera z pewnym opóźnieniem, w zasadzie ciężko powiedzieć, skąd to się wzięło i zaczęło całkiem szybko rozrastać. Wydaje mi się, że dzięki Internetowi ludziom dane było poznać tego typu kapele. Jeszcze 10-12 lat temu stonerowych płyt poza Kyussem w sklepie nie uraczyłeś. Teraz na youtubach znajdziesz tysiące kapel z całego świata i jakoś się to rozprzestrzeniło. Co do sprzętu – nie wiem, czy wynika to z tego, że teraz większą część grajków stać na oldskulowy sprzęt… wątpię. Uważam, że granie „stonerowe” jest naturalną konsekwencją tego, co działo się w latach 70-tych. Chodzi mi oczywiście o Led Zeppelin czy Black Sabbath…

Uważasz, że udało się Wam zawrzeć na płycie pierwiastek oryginalności, pozwalający wyjść poza standard, czy pasuje wam opinia kapeli w stylu „tribute to Kyuss”?

Nie pasuje nam oczywiście taka łatka i chyba jest trochę krzywdząca. Czy jest w tym coś oryginalnego? Pewnie nie, no może jakiś jeden pierwiastek. Nie uważam też, że jest ślepym kopiowaniem stylu. Nie zastanawiamy się grając próby: „ooo, tego nie gramy, bo za mało w tym Kyussa„. Wychodzi to naturalnie, gramy, jak potrafimy. Ile było kapel przełomowych, które naprawdę wprowadziły coś nowego? Uważam, że jesteśmy bardziej oryginalni niż tysiąc kapel death metalowych z Polski.

klimat, dobra akustyka i kominek...

klimat, dobra akustyka i kominek…

Z tym ostatnim się akurat zgadzam. Nie chodzi o to, żeby wam ubliżyć, bo granie pod Kyuss jest i tak oryginalniejsze niż granie pod Morbid Angel. Nowa płyta jest moim zdaniem bardziej wyrazista niż debiut – jakie elementy z tamtej płyty zostały Waszym zdaniem dopracowane/zmienione?

Chciałem zacząć od tego, że nowego wydawnictwa nie traktujemy jako płyty sensu stricto, sam tytuł wskazuje, że są to „sesje”, czyli uchwycenie klimatu podczas 4-dniowego nagrywania na odludziu. Trochę kawałków już było, dużo powstało na miejscu, jest też miejsce na jakieś jamy. Generalnie chodziło o dobrą zabawę. Czy jest to bardziej wyraziste? Jest bardziej na luzie, przynajmniej tak nam się wydaje, ponadto niektóre rzeczy lepiej brzmią niż na „Falls of the Wastelands”, jest jakby więcej przestrzeni.

No i jak uciec od Kyuss – Queens? Te sesje na odludziu… Skupmy się na nich. Kiedyś szczytem marzeń zespołu było wejście do profesjonalnego studia. Teraz modne i pożądane stało się nagrywanie w wiejskich domach, w lasach, na odludziu itp. Pomijając kwestie logistyczne – jak wpływa takie nagrywanie na muzykę i czy trudno coś takiego zorganizować w naszych warunkach?

szybkie upijanie w świetlicy

szybkie upijanie w świetlicy

No widzisz, mimowolnie powtarzamy schematy…  Zawsze coś takiego jest lepsze niż siedzenie w studiu, nagranie pod metronom a o godzinie 20 pójście do domu i obejrzenie superkina w TV. Świetna sprawa, 96 godzin wszyscy razem, bez bieżącej wody, toalety, ogrzewania centralnego… Na szczęście, był kominek, w którym non stop paliliśmy, inaczej się nie dało – była druga połowa listopada. Oczywiście, plan był taki, by otworzyć umysły, zrobić coś, czego w innych warunkach byśmy nie zrobili. Życie to zweryfikowało – chyba upijaliśmy się zbyt szybko i kreatywna praca kończyła się dość wcześnie. Mimo wszystko – jak do tej pory – są to najlepsze wspomnienia z nagrywania. Co do organizacji. Wystarczy mieć znajomego, który ma z znajomego, znającego sołtysa wsi położonej nieopodal. A sołtys ten zarządza wiejską świetlicą, która akurat posiada niezły klimat i na całe szczęście, jest w niej dobra akustyka oraz… kominek. To tak w dużym skrócie.

Jakiego sprzętu używaliście podczas nagrań? Macie w zestawie jakieś ciekawe zabawki, efekty itp?

Nasz zestaw był bardzo prosty, żadnych specjałów, z nowych rzeczy, z jakich skorzystaliśmy,  wyróżniłbym Octavera do gitary, fajna rzecz, której, o dziwo, wcześniej nie znaliśmy. A tak bez żadnych rewelacji, przester z Marshalla, jakiś phaser i tyle. W jednym utworze („Mani”) skorzystaliśmy jeszcze z zabaweczki wyciągającej fajnie, przestrzenne dźwięki po przyłożeniu jej do strun gitary, niestety, nie pamiętam nawet jak to się nazywa (chodzi zapewne o e-bow – przy. red.). Czarów nie było, głównie dźwięk z pieca lampowego.

Uważasz, że na dzień dzisiejszy płyta „Rotten…” to idealne podsumowanie Waszej twórczości? Jakie numery są Ci najbliższe?

„Rotten Village Sessions” w naszym odbiorze nie jest podsumowaniem, a bardziej uwiecznieniem jakiegoś etapu, chwili. Tak jak mówiłem wcześniej, to zapis sesji, czegoś, co miało być dla nas dobrą zabawą, a płytka jest pamiątką tamtego „wydarzenia”. Jeżeli chodzi o utwory, to „Down the Odyssey” jest dla mnie rzeczą najbardziej reprezentatywną i najlepszym naszym numerem jak do tej pory – to oczywiście moje zdanie, ale sądzę, że zespół się ze mną zgodzi w tej kwestii. Do faworytów zaliczam jeszcze „Shades in black”, w którym fajnie sobie pojamowaliśmy oraz „Mani”, gdzie uporczywie przez 5 minut powtarzany jest jeden motyw na basie, a reszta instrumentów stara się tworzyć wokół niego jakiś klimat. Lubię również „Till the Sun goes down”, jest to lekki, plażowo – popowy numer z prościutkim tekstem. Nie chcieliśmy ograniczać się tylko do mroku i ciężkich riffów a zrobić też coś z przymrużeniem oka

kominek i brak bieżącej wody...

kominek i brak bieżącej wody…

Całkiem spore fragmenty płyty brzmią jak lekkie improwizacje, co od razu nasuwa mi pytanie – czy zamierzacie te fragmenty na koncertach rozbudowywać, czy też wpadać w lekki trans, rozciągający poszczególne tematy, czy raczej będziecie sztywno trzymać się wersji płytowych?

Na płytce wyróżnić możemy 3 numery oparte w znacznym stopniu na improwizacji, mam tutaj na myśli „Shades in black”, „Acid Phantom” oraz „White Wolf”. Nie udałoby się nam ich odtworzyć, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli. Są poukładane do pewnego momentu, potem zaczyna się jam. Na koncertach zawsze wygląda on inaczej, czasami dłużej, czasami krócej, niekiedy jesteśmy bardziej natchnieni, innym razem mniej. Może kiedyś odważymy się rozciągnąć jakiś numer do 20 minut, tak jak robili to Led Zeppelin z „Dazed and Confused”? Podejrzewam tylko, że nikt by tego nie zniósł a nam w pewnym momencie zabrakłoby inwencji. Ale kto wie, może kiedyś doznamy olśnienia i magia zadziała…

Mieliście już okazję „przetestować” jakieś nowe numery na żywo – jaki jest odbiór?

Jak może zauważyłeś w opisie we wkładce płyty, nagranie realizowane było w listopadzie 2011 roku – już dosyć dawno temu, numery gramy na koncertach już od ponad roku. Jeżeli chodzi o odbiór, to jak pewnie się domyślasz, nie mamy wielu psycho – fanów (może poza jednym, w tym miejscu chciałbym go w imieniu zespołu serdecznie pozdrowić J) i nie gramy tak dużych koncertów, by móc odczuć jakąś różnicę w odbiorze poszczególnych numerów. Gramy swoje, myślę, że numery się podobają.

No właśnie – czy można jakoś „rozbujać” promocję?? Jest świetny krążek, jest konkretna i rasowa muzyka, brakuje tylko jakiegoś większego halo wokół zespołu. Jasne, można powiedzieć, że gra się dla własnej satysfakcji, ale jednak przydałby się większy ruch. Macie jakiś pomysł na sprzedanie tej świetnej płyty?

świetlica sołtysa

świetlica sołtysa

Staramy się coś działać w tym zakresie. Płyta jest w ofercie w kilku zagranicznych on – line shopach. Staramy się promować materiał na ile jest to możliwe, mamy recenzje na wielu stronach/blogach w Europie, także poza nią. Mówiąc szczerze, to więcej płytek poszło zagranicę niż rozeszło się w Polsce. Dostajemy pytania/zamówienia nawet z Argentyny, USA czy Kanady i małymi kroczkami może się nam uda bardziej zaistnieć. Ponadto na kwiecień planowana jest nasza europejska mini – trasa (Niemcy, Francja, Hiszpania), wcześniej gramy jeszcze w Wiedniu i Brnie… Ten rok wydaje się być bardziej obfity w większe koncerty. Co do płyty, cieszymy się, że są ludzie, którym się podoba, ale jak wspominałem, to tylko zapis sesji, nasze następne wydawnictwo to będzie dopiero „to” . Wcześniej planujemy splita z pewną zagraniczną kapelą, której nazwy na tę chwilę nie zdradzę, ale powinien się on ukazać jeszcze przed wakacjami.

Na zakończenie wywiadu zdradź nam, czy wasze teksty to tylko dodatek do muzyki, czy chcecie coś ciekawego przekazać? Dzięki!!

Generalnie tekstami w 70% zajmuje się nasz wokalista, nie wiem tak do końca, jakie jest jego zdanie w tym temacie. Dla mnie wokal jest kolejnym instrumentem, czymś, co spaja całość, im tekst jest mniej oczywisty i pozostawia więcej pola do dowolnej interpretacji, tym bardziej mi się podoba. Tyle tylko mogę powiedzieć w tym temacie.

Rozmawiał Arek Lerch