PALM DESERT – pustynne podróże bez żadnych limitów!

Może trochę zbyt emocjonalnie, ale inaczej nie potrafię – Palm Desert położył na łopatki wszystkich, krajowych wykonawców muzyki spod znaku pustynnego rocka. Położył jednym ciosem nagrywając genialną w swojej prostocie i oczywistości płytę „Falls Of The Wastelands”. Krążek zawiera rasowy, przepalony słońcem, esencjonalny wyziew, rozpinając muzyczne fascynacje od zwartych, rockowych petard aż po długie, psychodeliczne tripy. Jeśli dodać do tego pomysł zespołu na swoją działalność, zapowiedź imprezy pod wiele mówiącym szyldem „agregat desert fest”, nie można mieć wątpliwości, że oto narodziła się gwiazda gatunku, który nad Wisłą nigdy nie cieszył się jakąś specjalną popularnością. Może perkusista Kamil, basista Janek i wokalista Franek, którzy kolektywnie udzielali się w poniższym wywiadzie, zmienią układ sił w krajowym, upalonym rocku? Trzymam za nich kciuki…

Krótko o tym, kto gdzie i kiedy, czyli historia zespołu…

Zespół powstał w połowie 2008 roku w Obornikach Śl. koło Wrocławia, początkowo była tylko gitara i perka(Jajo i Kamil), po jakimś niedługim czasie dołączył do nas Franek (wokalista) i niezobowiązujące granie nabrało bardziej konkretnych kształtów. Wtedy też przenieśliśmy się z próbami do Wrocławia, Franek sprowadził basistę i po 4-5próbach w pełnym składzie zagraliśmy pierwszy koncert. Ostateczny kształt kapeli uformował się w maju 2009 roku, kiedy na basie pojawił Janek i można powiedzieć, że od tego momentu możemy mówić o prawdziwym Palm Desert. Każdy z nas miał doświadczenia z innych wrocławskich kapel, od death metalu poprzez metalcore aż po jakieś fusion czy funky. Tutaj idea grania od początku była prosta – duszno i piaszczyście.

Wasza płyta to jedno z wydarzeń stoner’owej sceny i to nie tylko w Polsce – powiedzcie, jak udało się Wam wypracować tak unikatowe w skali kraju i klasyczne w ujęciu światowym brzmienie waszej muzyki?

Wydarzenie… Płytka wydana własnym sumptem, nagrana u naszego znajomego za niedużą kasę – cieszy nas to, że spotkała się z całkiem pozytywnym odzewem. Co do brzmienia… korzystaliśmy z lampowego pieca, dość oldschool’owego sprzętu w studio (nagrywanie stopy na taśmę itp.). W zasadzie była to krótka sesja, wszystkie partie nagraliśmy w 3 dni, z mixami było już gorzej – ciężko było znaleźć wolne terminy w studiu i sama „postprodukcja” lekko się rozciągnęła. Jeżeli udało nam się osiągnąć brzmienie, jakie ludziom się podoba, to bardzo nas to cieszy. Zamierzenie było takie, by uciekać raczej od wszelkich zabawek, które są zbyt nowoczesne, mam tu na myśli cyfrowe efekty, piece tranzystorowe itd. Celowo zostawialiśmy brud, szum i jakieś małe błędy w partiach instrumentów, nie chcieliśmy przesadnie gładzić naszej muzyki. Do studia nie wchodzimy z zamiarem nagrywania czegoś wyjątkowego, po prostu rejestrujemy numery jakie udało nam się złożyć w przeciągu jakiegoś okresu, w tym przypadku było to bodaj 7 czy 8 miesięcy. Lubimy po prostu to robić, może dlatego mimo dość niedługiego stażu mamy już kilka wydawnictw…

Jak wyglądało tworzenie muzyki – czy zabawy pt. „kradniemy taki i taki riff i robimy go po naszemu” miały miejsce, czy też będziecie uparcie twierdzić, że tworząc matex, który znalazł się na płycie, byliście wolni od jakichkolwiek influencji?

Gramy już od jakiegoś czasu, na pewno inspiracje są czytelne, jednak powoli krystalizujemy jakiś swój styl. Sprawa wygląda tak, jamujemy sobie, pojawia się riff, zaczynamy się wokół niego kręcić i jakoś powstaje cały numer, następnie Franek dodaje wokal i kawałek jest skończony. W sumie wychodzi to bardzo spontanicznie. Nie staramy się robić nic na siłę, czasami jest tak, że przez 4 próby nic się nie pojawia, by na kolejnej zostały zrobione 2 numery od początku do końca, czyli potrzebna jest chwila, może jakaś magia?

Największe wrażenie robią na mnie te bardziej psychodeliczne loty, w postaci np. „Yerba Mate” a w szczególności „Solar Trip”, który jest dla mnie najlepszym fragmentem płyty – ile w tych numerach jest improwizacji a ile narkotykowego odjazdu?

Co do „Solar Trip” sprawa wyglądała tak… mieliśmy tylko jeden riff (przewodni). Po całym dniu nagrywania… procenty dały o sobie znać i podczas improwizowanej próby nagrania pociągnęliśmy kawałek, w ten sposób z riffu zrobiło się ponad 9 minut, dodaliśmy drugie wiosło, jakiś pogłos na wokal i tak zakończyła się ta solarna podróż. „Yera Mate” powstała w podobnych okolicznościach z tym, że wszystko zaczęło się od basu – numer był już nieco bardziej poukładany i ograny mniej więcej na koncertach. W zasadzie jest tak, że wszystkie numery powstają na bani. Lubujemy się w alkoholu i z jego domieszką paliwo napędzające nasze pustynne podróże jest wydajniejsze, jedziemy dalej i szybciej.

Jak wygląda dzisiejsza sytuacja zespołu – gracie koncerty, macie jakieś wsparcie czy też spotykacie się z małym zrozumieniem?

Gramy koncerty, zjeździliśmy sporo miast, raz byliśmy w Czechach na mini – festiwalu. Czekamy na więcej. Tendencja jest rosnąca a jeżeli chodzi o publikę, zdarza się, że niektóre osoby znają nawet teksty naszych numerów. Dostaliśmy wstępną propozycję na mini – trasę po Szwecji, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Była też nami zainteresowana jakaś undergroundowa wytwórnia z USA, jednak kręcili coś z kontraktem i wszystko się sypnęło. Bez managera, który potrafiłby to porządnie ogarnąć, nie jesteśmy w stanie sami wszystkiego zorganizować. Dlatego na tę chwilę szukamy osoby, która pomogłaby nam to wszystko pociągnąć w odpowiednim kierunku.

Jak oceniacie krajową neo – rockową czy stonerową scenę? Czy poza min. Elvis Deluxe, J.D. Overdrive czy  Fifty Foot Woman macie jakichś faworytów, których możecie polecić moim uszom?

W Polsce powoli klaruje się scena stonerowa.  Może nie rozwija się ona w oszałamiającym tempie jednak pojawiają się zespoły, które wpisują się w nurt. Każdy inaczej pojmuje stonera, my utożsamiamy się z jego „desetrową” odmianą, w tym worku, jak nam się wydaje, są jeszcze Luna Negra, Oregano Chino (nieistniejące już…), Elvis Deluxe (jednak oni wykraczają już poza nurt) no i może Satellite Beaver. Niektórzy mylą southern ze stonerem, nie chcemy przylepiać durnych etykiet, ale jednak kapele, które grają tłumione riffy i zapierdalają na dwóch stopach nie mają z nami wiele wspólnego – czyli z graniem „desertowym”. Z kapel, na które warto zwrócić uwagę, wymienilibyśmy jeszcze Botulinus Toxic czy Ultimate Universe.

Czy płyta, którą od Was otrzymałem to ostateczna wersja, czy też nadal macie nadzieję, na jakiś poważniejszy kontrakt płytowy?

Płytki wydajemy własnym sumptem. Sprzedajemy je na koncertach i na prośbę osób, które do nas napiszą. A i tak cały nasz materiał jest do ściągnięcia w sieci i to dlatego „znają” nas na Zachodzie.  Zdarza się, że ktoś odzywa się z zagranicy i chce kupić płytę. To świadczy o tym, że jest  odzew i tu przydałby się jakiś poważniejszy label.   Wydajemy to pod swoim własnym „labelem” czyli BSFD records, ale jest to raczej  zrzeszenie kilku kapel pod pewnym szyldem i są to jeszcze O.D.R.A i Blank Faces na ten moment. Może ta idea się jakoś rozwinie i zbierzemy więcej kapel wokół tego komina. Jeżeli chodzi o ten materiał to mamy jakieś propozycje dystrybucji z internetowych sklepów zajmujących się tego typu muzyką i raczej będziemy z tego korzystać. Do następnych nagrań przyłożymy się jeszcze bardziej i postaramy się zrobić coś mocniej kopiącego a wtedy warto będzie wspomóc się jakąś wytwórnią. Ale, co podkreślamy, warto, żeby znalazła się osoba, która będzie nam w tym pomagać.

Tytuł płyty sugeruje nieco poważniejsze podejście do materii tekstowej – czy album ma jakieś ogólne, ważne dla was przesłanie?

Nie jesteśmy typem kapeli, która za wszelką cenę stara się przekazać życiowe mądrości. Płytę można traktować jako koncept album, ale jednak bardziej od strony muzycznej aniżeli lirycznej. Stawiamy na dziką, „desertową” przestrzeń, odjazd, gdzie nie ma żadnych ograniczeń i wszystko się może wydarzyć. Traktujemy wokal jako kolejny instrument, dodatkowe wsparcie ogólnego muzycznego przekazu. Tytuł płyty wpadł nam jakiś czas temu do głowy i postanowiliśmy w ten sposób nazwać ten materiał, wielkiej historii trudno w tym się doszukiwać, stwierdziliśmy że brzmi przestrzennie i całkiem enigmatycznie.

Jakie są plany na najbliższą przyszłość?

Więcej piachu, wycia kojotów i spękanej ziemi. Zagraniczne koncerty,  no i „agregat desert fest” organizowany przez nas i mający swą pierwszą odsłonę już w maju. Zakupiliśmy do tego celu odpowiedni sprzęt i jesteśmy gotowi ruszyć, może wyjdzie z tego coś na kształt cyklicznej imprezy stonerowej?! Sprawa wygląda tak, że szukamy fajnego pleneru rozkładamy sprzęt, spraszamy ludzi i ogólnie zaczyna się zaczarowana, wspomagana rożnymi trunkami podróż bez żadnych limitów. Nie możemy się już tego doczekać. Poza tym pewnie w okolicach wakacji wejdziemy nagrać coś nowego, zobaczymy… Najważniejsze, że granie takiej muzy wciąż nas cieszy i pomysły się nie kończą.

Rozmawiał Arek Lerch