ORANSSI PAZUZU – Myśl kosmicznie

Oranssi Pazuzu wymościł sobie ciasny, ale własny kąt na scenie podziemnego metalu, grając muzykę dla głów otwartych, które nie muszą upychać zespołów po segregatorach żeby stwierdzić, czy wypada im to czy tamto lubić. „Valonielu” dowodzi, że kosmos ciągle się rozszerza, i sporo jest w nim do zrobienia, o czym opowie rozsądny i przytomnie patrzący na świat basista fińskich kosmonautów – Ontto.

Bardzo lubię „Valonielu”, jednak bardziej interesuje mnie twoja opinia o Kosmonument”. Moim zdaniem ta płyta jest zbyt hermetyczna i trudna w odbiorze w porównaniu do waszego debiutu, jak i „Valonielu”…

Na „Kosmonument” chcieliśmy wejść głębiej w nihilistyczną, nieprzyjazną atmosferę i sprawić, by słuchanie wiązało się z pewnym dyskomfortem. W porównaniu do debiutu album miał Oranssi Główny2być masywniejszy, zarówno pod względem brzmienia, jak i długości. Zauważyłem, że wielu z tych, którzy są fanami naszej pierwszej płyty, nie lubi „Kosmonument” – i na odwrót. I nie mam z tym żadnego problemu. Każdy z naszych albumów był dla nas konieczny w danym momencie, abyśmy mogli odkryć nowe możliwości komponowania i aranżowania muzyki.

„Valonielu” rzeczywiście brzmi bardziej organicznie mimo, że nie był nagrywany na setkę jak wasze poprzednie albumy. Czemu zdecydowaliście się zmienić sprawdzoną metodę pracy?

Tak naprawdę to podstawowe ścieżki na „Valonielu” były nagrywane na żywo, jak na wcześniejszych materiałach. Tym razem nie ustawiliśmy wzmacniaczy w tym samym pomieszczeniu, w którym graliśmy, poza tym zrobiliśmy sporo dogrywek gitar i syntezatorów. Chcieliśmy, aby album był treściwszy i bardziej wyważony, a nasz producent Jaime Gomez Arellano zachęcał nas, byśmy szli w tym kierunku. Myślę, że miał rację, bo płyta skupia zalety obu metod: zachowaliśmy organiczny „groove” i dynamikę, która towarzyszy graniu na żywo, ale zarazem mogliśmy tchnąć w muzykę przestrzenną magię i psychodeliczny sznyt skupiając się bardziej na brzmieniu.

Muzykę Oranssi Pazuzu można lubić albo nie, ale nie sposób odmówić jej oryginalności. Jak wiele czasu i wysiłku kosztowało was zbudowanie wspólnej wizji waszego stylu?

To niekończący się proces uczenia się. Kiedy założyliśmy zespół, jedną z najważniejszych idei było stawianie sobie wyzwań i podróż w nieznane nam rejony. Wszystkie nasze albumy są kolejnymi krokami w ewolucji zespołu, a ta nigdy się nie kończy. Mamy nadzieję, że wciąż będziemy rozwijać nasz styl i odnajdywać nowe perspektywy.

Myśl kosmicznie

Myśl kosmicznie

To dość nietypowe, że mimo korzeni dalekich od metalowego podziemia, twardo trzymacie się środków wyrazu typowych dla metalu, a wasz trzeci album to wciąż ciężkie granie z elementami psychodelii. Rozważaliście kiedyś porzucenie opartej na riffach muzyki i krzykliwych wokali?

Po prostu, lubimy grać ostro. W pewnym sensie ciężar, wokale i riffy wiążą wszystko w całość. Ale tak, być może przyszłość przyniesie coś innego, i jeśli zdecydujemy się podążyć w tym kierunku, będzie jeszcze bardziej psychodelicznie. Jednak na ten moment czuję, że ciągle jest mnóstwo inspirujących rzeczy w ciężkim graniu.

Wasza muzyka ma z pewnością potencjał, by zainteresować fanów eksperymentalnego, awangardowego rocka. Czy dotarły do was jakieś interesujące reakcje ze strony niemetalowych mediów czy fanów?

Tak, mamy odzew również od tych, którzy zazwyczaj nie siedzą w metalu czy ekstremalnej muzyce jako takiej. Jednak wydaje mi się, że naszymi fanami są głównie ludzie kochający metal, ale ich postawa względem tej muzyki jest bardzo otwarta. Z tym mogę się utożsamić, bo i po co zamykać się w małym pudełku, kiedy ze wszystkich stron dochodzi tyle świetnych dźwięków?

Niektóre zespoły otwarcie przyznają, że kierunek ich działań artystycznych określa chęć napisania dobrego materiału na koncerty. Lubicie grać na żywo? Czy wasza muzyka jest trudna do odtworzenia poza studiem?

Tak, zagranie dobrego koncertu bardzo pozytywnie stymuluje. Wydaje mi się, że potrafimy dość wiernie odtworzyć naszą muzykę, ponieważ nasze albumy bazują na żywym brzmieniu. Koncerty są więc po prostu inną interpretacją tej samej muzyki. Być może nie mają tych wszystkich detali, które znajdują się na płytach, ale z drugiej strony są bardzo interesującym kolektywnym doznaniem, które nigdy nie jest takie samo.

Każdy z waszych albumów ma wspaniałą okładkę, która domaga się fizycznego nośnika. Czy martwi cię taka możliwość, że te fantastyczne obrazki mogą skończyć jako pliki w niskiej rozdzielczości dołączone do streamingu na Spotify?

Jak długo ludzie będą słuchać muzyki z winyli, nie będzie mnie to trapić. Moim zdaniem dobra oprawa graficzna jest wstępem do klimatu i tekstów zawartych na albumie, a czasem może zainspirować nowe interpretacje muzyki. Szkoda by było, gdyby ta tradycja umarła, ale z drugiej strony okładka nie jest konieczna do tego, aby muzyki słuchało się dobrze. Osobiście odnajduję w słuchaniu winyli pewną magię, częściowo dlatego, że musisz wtedy naprawdę poświęcić swój czas muzyce. Nie zawsze tak jest w przypadku mp3 czy streamingów, bo słuchanie często zamienia się w przeglądanie zasobów bibliotecznych.

Czytałem, że wasze teksty dotyczą ludzkiego umysłu i jego ograniczeń w rozumieniu rzeczywistości. Taki temat od razu kojarzy się z książkami Philipa K. Dicka czy Stanisława Lema. Czy nawiązujecie mniej lub bardziej bezpośrednio do literatury science fiction?

Jasne, są pewne nawiązania. Nie jestem pewien jak bezpośredni jest ten wpływ, ale science fiction na pewno inspiruje nas do pewnego stopnia. Kosmos jest dla nas metaforą wielu spraw, takich jak ludzka świadomość, ale nie interesują nas zbytnio technologiczne fantazje. Czytałem kilka powieści Philipa K. Dicka, ale moim osobistym faworytem jest chyba „Hyperion” Dana Simmonsa, który faktycznie zainspirował część tekstów na „Kosmonument”.OP11

Zastanawiałeś się kiedyś, czy teksty w języku fińskim nie zrażają do was odbiorców, a przynajmniej części z nich?

Myślałem nad tym, i tak rzeczywiście jest. Jednak chodzi o to, że dla nas pisanie po fińsku jest naturalnym wyborem. Jest w tym pozytywny aspekt, bo słuchacze nie władający naszym językiem mogą samodzielnie budować własne interpretacje naszej twórczości, co moim zdaniem może dodać pewnej psychodelii, jeśli podchodzi się do muzyki z otwartym umysłem.

Oranssi Pazuzu nie wpisuje się w szablon typowej fińskiej kapeli blackmetalowej w rodzaju Beherit, Impaled Nazarene, Barathrum czy Clandestine Blaze. Czy twoim zdaniem jesteście częścią „sceny”?

Nie. Nie uważam też, żebyśmy byli zespołem blackmetalowym, jesteśmy raczej fuzją różnych elementów. Jasne, że black metal jest dla nas ważną inspiracją i szanuję fińskich pionierów tego gatunku, ale wrzucanie nas do tej samej szufladki byłoby błędem. Jesteśmy częścią innego pokolenia.

Jak to się stało, że zainteresowałeś się black metalem? Jakie były pierwsze płyty z tego gatunku, które poznałeś?

 Oranssi w studiu

Oranssi w studiu

To była druga fala norweska. Pierwszym blackmetalowym albumem, który naprawdę mnie zachwycił, był „Anthems To The Welkin At Dusk” Emperor. To było niesamowite przeżycie i nigdy wcześniej nie słyszałem niczego, co brzmiałoby podobnie. Jednak płytą, która kompletnie zmieniła moje pojęcie o tym, co jest esencją ciemności w black metalu, była „A Blaze In The Northern Sky” Darkthrone. Wciąż pamiętam kiedy pierwszy raz jej słuchałem, na słuchawkach w pociągu. Surowość i niemal katartyczny feeling na tym materiale jest niesamowity. W późniejszych latach słuchałem też nowszych kapel, ale to norweskie klasyki wciąż są dla mnie najważniesze.

Czy kiedykolwiek odczuwałeś jakiś rodzaj dyskomfortu z powodu „obowiązkowej: ideologicznej otoczki black metalu, radykalnego Satanizmu, palenia kościołów itd.?

Jak już wspomniałem, nie uważamy siebie za „prawdziwą” kapelę blackmetalową, więc nie musimy sobie zaprzątać głów niczym „obowiązkowym”. Robimy wszystko tak, jak chcemy i nie zastanawiamy się, czy to jest satanistyczne czy nie. Nie sądzę, żeby radykalne ideologie były w stanie odpowiedzieć na pytanie o rzeczywistość. Świat jest o wiele bardziej skomplikowany.

Kiedy mówimy o „kosmicznym black metalu”, pierwszymi kapelami, które przychodzą na myśl, są Darkspace, Leviathan z płytą „Massive Conspiracy Against All Life” czy niemiecki Trist. Znasz ich muzykę?

Słyszałem Leviathan I Darkspace. Tak, to świetne kapele, ale wydaje mi się, że ich stosunek do „kosmicznego” brzmienia jest nieco inny od naszego. My siedzimy chyba bardziej w spacerockowych klimatach z lat 70., podczas gdy zespoły, które wymieniłeś są bardziej zorientowane na metal, tak mi się przynajmniej wydaje.

Wiem, że jesteś fanem King Crimson, co więc sądzisz o ich niedawnej reaktywacji? Spodziewasz się, że nagrają album, który wytrzyma porównanie z „The Power To Believe?

Tak, to całkiem interesująca wiadomość. Oni od zawsze rozchodzili się i wracali, ale ostatnio Fripp opowiadał dużo o swoim rozczarowaniu przemysłem muzycznym, więc ta reaktywacja była dla mnie zaskoczeniem. Naprawdę nie wiem, czego się spodziewać. Jeśli nagrają kolejny album, mam nadzieję, że pójdą na całość w radykalne i progresywne klimaty!

Dziękuję za wywiad, wszystkiego dobrego! Ostatnie słowo należy do ciebie.

Dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie. Think cosmic!

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcia: archiwum zespołu