OBSCURE SPHINX – porozrzucane puzzle

To nieprawda, że ponurą muzykę mogą grać tylko smutni i wycofani muzykanci, co patrzą jedynie na swoje buty. Potwierdzeniem i to żywym tych słów jest warszawski zespół Obscure Sphinx. Muzyków, promujących drugą płytę „Void Mother” złapałem między koncertami u boku Behemoth i zostałem zagadany niemal na śmierć. Zamiast mozolnego wyciągania zwierzeń, musiałem powstrzymywać słowotok, czego skutki możecie sprawdzić poniżej. W imieniu zespołu rozprawiali szamanka Zofia „Wielebna” Fraś oraz gitarzyści Tomasz „Yony” Jońca i Aleksander „Olo” Łukomski. Było wesoło i energetycznie, bo też i zespół ma powód do dumy. Nowa płyta to kawał niezłego grzańska, rozciągającego się między post metalowym mrokiem a niemal gotyckimi klimatami, do czego zresztą zespół się nie przyznaje. Było zatem o inspiracjach, życiu w trasie, behemothowej publiczności i bandażach. Do których to wokalistka ma nieograniczony dostęp.  Co z tego wynika? Nie taki diabeł straszny, jak pokazuje okładka. Bierzmy się zatem za układanie puzzli, a co będzie dalej, zobaczycie sami…

„Void Mother” to stosik puzzli porozrzucanych po pustym pokoju – trzeba poszukać, część pogubisz po drodze, ale jak ułożysz będziesz troszkę szczęśliwy a jak zrozumiesz, szczęście szybko przejdzie.   

                                                                                                                                                                                                                                                                                                    (Zosia „Wielebna” Fraś)

Na początek pytanie wkurwiające, co by pobudzić krążenie: Nie irytuje Was to ciągłe porównywanie do Blindead? Że niby jesteście o krok za nimi itp?

Olo: Mnie teraz bardziej wkurwia katar…

Yony: Szczerze? Nie czuję, żebyśmy byli krok za nimi. Raczej krok obok…

Wielebna: Hmm, nie, bo takich porównań jest już coraz mniej. Szczególnie teraz, po drugiej płycie Daliśmy chyba znać, że „AIR” to nie był przypadkowy wybryk. A tak poza konkursem toOS1 (fot Artur Illach) ja bardzo się cieszę, że takie porównania i sztucznie stworzona rywalizacja nie rzutuje na naszą sympatię do siebie, bo ja Blindead uwielbiam całym sercem!

No tak. Pewność to podstawa. Tym bardziej, że po wysłuchaniu płyty uważam, iż takie porównania nie mają sensu. Dlaczego? Bo nie gracie już post metalu a… post gotyk. To moja definicja. Zabijecie mnie?

Wielebna: Ha, ha a gdzie tam masz gotyk ? Pijesz do moich wokali w „Presence”?

Yony: Moja żona by się ucieszyła… Pewnie teraz będziemy musieli pójść w black metal i blasty, żeby się odżegnać…

Wielebna: To jest do zrobienia – ja z wielką chęcią, tylko potem będzie, że przekrzyczane. Nikomu nie dogodzisz (śmiech…).

Olo: No to wyjdzie, że gramy gotycki black metal… Pozamiatane…

Wielebna: Gotycki sludge black experimental grindcore (śmiech…).

Olo: Z elementami vegan progressive grindcore (śmiech…).

Chodzi o KLIMAT. O wokale i smutek. Grindu tu nie słyszę. I nie oszaleję.

Wielebna: Czy smutek jest tylko gotycki ?

Yony: No dobra, ja mam Nightwish jako dzwonek w komórce ustawiony… Ale gotyku nie czuję w tym co robimy/zrobiliśmy. Choć każdy ma prawo do swojego odczuwania. Adaś TFN stwierdził, że gramy doom/djent.

Ok, teraz na poważnie. Pierwszą płytę wydaliście sami. Zdziwiłem się jednak, że drugą też. O co chodzi? Nie było zainteresowanych wytwórni czy macie jakąś patologiczną potrzebę niezależności?

Olo: Na tym poziomie popularności wydawanie się własnym sumptem jest dla nas najbardziej sprawnym i opłacalnym modelem.

Wielebna: Nie zabiegaliśmy też specjalnie o wydanie za wszelką cenę przez wytwórnię bo nie o to chodzi, żeby mieć śliczny znaczek na płycie i móc się pochwalić, że jest się w X czy Y.

Olo: Sami zbieramy budżet na nagranie i wydanie płyty, sami czerpiemy potem korzyści ze sprzedaży. Oczywiście, roboty jest sporo, ale działamy bardzo sprawnie, każdy z nas się czymś zajmuje, coś załatwia. Mamy też to szczęście, że media same się nami interesują, dzięki temu jest nam łatwiej pod kątem promocyjnym. Tak na prawdę wytwórnia dałaby nam niewiele więcej niż sami możemy sobie załatwić. Trzeba też zrozumieć w jakich czasach żyjemy; teraz kontrakty z wytwórniami wyglądają zupełnie inaczej niż nawet 10 lat temu. W Polsce radzimy sobie bardzo dobrze, ale „zagranico” oczywiście przydałoby nam się wsparcie, tam też można liczyć na lepsze kontrakty. Wcześniej jednak musimy włożyć dużo pracy w to, żeby udowodnić naszą wartość komercyjną. Wtedy pojawią się propozycje, które będą dla nas wartościowe.

Yony: Ładnie ściemniasz, Olo. Tzn. nie do końca, bo faktycznie, wydawanie się samemu daje dużą dozę niezależności, ale prawda jest też taka, że… w PL nikt nas za bardzo nie chciał. Widocznie nie mają pomysłu, co z takim tworem zrobić. Poza tym jedna, najbardziej wkurzająca mnie rzecz: na tym etapie wytwórnia chce dostać od Ciebie gotowy materiał. Czyli wydajemy naszą kasę, na nasze próby, nasze nagranie i naszą produkcję. A potem jacyś kolesie dają Ci 3 lub 5% ze sprzedaży „bo oni inwestują w promocję”.

Olo: No, to smutna prawda. Ale zastanawiam się jakiego rodzaju byłby to kontrakt, nawet jeśliby się pojawił.

Uważacie się za amatorów czy już zawodowców? Czy Wasza praca ma doprowadzić do tego, że staniecie się zespołem zawodowym? Macie taki swój idealny model zespołu do jakiego dążycie? Gdzie jest granica między amatorem a zawodowcem?

OS2 (fot Artur Illach)Yony: Wiesz co, każde z nas ma w głowie tę uporczywą myśl, że gdyby zacisnąć zęby i wpieprzać żwir przez rok to możemy zostać zawodowcami. A granica między zawodowstwem a amatorstwem jest bardzo jasna wg mnie. Jeżeli stawka za koncerty jest taka, że masz kilka sztuk miesięcznie i grając te kilka sztuk miesięcznie jesteś w stanie zapłacić rachunki to wtedy jesteś zawodowcem. Wcześniej to jesteś wysoko kwalifikowanym hobbystą.

Olo: W sensie jakości tego, co z siebie wypluwamy, chcę myśleć, że jest to profesjonalne. Ale patrząc od strony instytucyjnej, profesjonalistami będziemy, jeśli zespół stanie się naszym jedynym/głównym źródłem dochodu. Tak „pociśniemy” i najwyżej zobaczysz, że zbieramy 1% podatku na biednych, zagłodzonych muzyków z OS…

Wielebna: Ja mam czasem wrażenie, że niektórzy, ogólnie pojęci zawodowcy stają się rzemieślnikami – to jest na pewno to czym nigdy nie chcę się stać…

Yony: Dobra, ja robię podchody do bycia zawodowcem i wpisałem w rider dwa gatunki herbaty, które piję. Jak będzie inna to nie gram!

Olo: Ale co do sfery bardziej płynnej, to ja sobie kiedyś wymyśliłem takie życie i cały czas tej wizji nie odpuszczam. Sky is the limit w sumie, jednak nie chciałbym skończyć jako zespół stadionowy, choć tego nam nie wróżę…

Skoro tak, to jakie wymagania macie jeśli chodzi o współpracowników i organizatora koncertów?

Wielebna: Aktualnie jestem w niebie na trasie z Behemotem i w sumie zawsze bym chciała z takimi ludźmi pracować. Jak ma być profesjonalnie to jest, a jak jest już luz, to na całego…

Yony: W zasadzie to podstawowe. Nocleg, obiad, porządny klub (taki, żebyśmy się zmieścili na luzie na scenie i był porządny sprzęt) plus rzetelne rozliczenie finansowe, bez ściemy.

Wielebna: Był też taki moment na festiwalu Summer Breeze. Wchodzisz na dużą scenę a tam wszyscy uśmiechnięci, mówisz, że chcesz tak i tak i rzeczywiście jest tak jak się powiedziało – wszystko pod niemiecką linijkę I jeszcze tak od siebie – fajnie jest mieć się gdzie przygotować do koncertu, bo niekiedy mimo szczerych chęci się nie da…

Wspomnieliście o trasie. Jak przyjmuje gotycki (he, he…) zespół metalowa publika? Jakieś ciekawe obserwacje?

Wielebna: Wyobraź sobie, że – o dziwo – black metalowa brać obleczona mchem i porostem toleruje obecność gotyckiej dziewczynki (śmiech).

Yony: Na razie był tylko jeden hejter. Jak na tak konkretną publikę, jak behemothowa, uważam, że się sprawdziliśmy. Poza tym przychodzi kupa też naszych własnych fanów. W Katowicach to była np bardzo konkretna grupa Słowaków, którzy widzieli nas na Gothoom.

Wielebna: Nadmieńmy, że ten hejter nienawidził wszystkich.

Olo: Spodziewaliśmy się więcej gromów, ale szczerze to odbiór jest mega – zajebisty. Fani Behemoth na pewno mają otwarte głowy, nie przychodzą na nich tylko dla blastów i mosh pitów. Cieszyłem jak mnie Orion opluł sztuczną krwią. W Katowicach obserwowałem koncert Behemoth z tylu sceny. Miałem wielką chęć przebiegnięcia przez środek sceny i rzucenia się na ludzi. Pomyślałem jednak, że to byłby nasz ostatni, wspólny koncert.

Wielebna: I nie było jeszcze ani jednego „wypierdalać”…  Jak tylko się obmyję z farbek, lecę oglądać, co się dzieje i ciągle mi się nie nudzi… Strasznie fajna ta traska.

porozrzucane puzzle

porozrzucane puzzle

Jeszcze jedno pytanie odnośnie sceny – tym razem do Zosi. Skąd u Ciebie uwielbienie do bandaży?? Jaka jest tego stanu rzeczy geneza?

Wielebna: One w pewnym sensie ewoluowały… Zaczęło się od małego przewiązania podartego prześcieradła na przedramionach, które potem wykonały ekspansję na całe ręce. Aktualnie są to rzeczywiście najprawdziwsze bandaże i nie jest to na pewno koniec. Szczerze – to wiązanie ich przed koncertem bardzo mnie wycisza, bo przed wyjściem mam absolutną eksplozję myśli w głowie i jakoś zbieram je do kupy, plącząc to na rękach. Poza tym, podjęłam próbę zminimalizowania bandaży w Szczecinie i czułam się bez nich nieswojo, coś nimi łatam przed koncertem, ale nie wiem co. Mam też to szczęście, że mam do bandaży nieograniczony dostęp (śmiech…).

To teraz poważnie o płycie: Jak wyglądało „projektowanie” muzyki? Jakie były założenia i plan „Void Mother”?

Yony: Nie było chyba planu. Jak zwykle oparliśmy się na własnej intuicji i improwizacji. Tak pracujemy. Gramy, co nam ślina na język przyniesie, nagrywamy, odsłuchujemy, znów gramy itd. I wybieramy z tego nagranego materiału perełki.

Nie, nie wierzę, że to, co słyszę to „przypadek”. Musieliście mieć jakiś cel. Np. w kontekście „jedynki”??

Yony: Chyba jedyną, „zaprojektowaną” rzeczą była okładka, która powstała w zasadzie na nasze zamówienie, choć też nie do końca, bo Klaudia miała absolutnie wolną rękę w tej kwestii. Najwyżej byśmy nie wykorzystali jej pracy… Chcieliśmy nagrać takie numery, które nas samych chwycą za serce i gardło i to było jedyne „założenie”.

Z czym mieliście największy problem jeśli takowe były? Dużo jest w tych utworach improwizacji czy raczej sztywne aranże?

Olo: Trochę tak, trochę tak – np. „Presence” jest właściwie prawie 1:1 z improwizacji, tzw. kawałki ambientowe też w dużej mierze. Ale oczywiście jest też trochę pisania w tzw. domu czyOSgig2 (fot Wojciech Miklaszewski) konstruowania utworów na próbach. To długie i skomplikowane kompozycje, wiadomo, muszą być aranżowane. Niemniej jednak bardzo duża część z tego to po prostu fragment jamu na dany temat. Często robimy tak, że mając jakieś konkretne fragmenty, mówimy sobie – „ok., zagrajmy to i jedzmy dalej, zobaczymy, co się wydarzy”.

Wielebna: A wokale powstają na próbach. Najlepiej śpiewa mi się na próbie i to najczęściej do improwizacji.

Olo: Tak jest najbardziej naturalnie i szczerze. Wtedy muzyka zaskakuje też i nas, nie jest zbyt przemyślana. Dzięki temu dobrze się nam tego słucha nawet po dłuższym czasie. Ja o naszej muzyce myślę jak o jakichś utrwalonych momentach, a nie jak o układzie nut.

Wielebna: Fakt, wtedy wychodzą najbardziej chore rzeczy…

Yony: “Waiting for the Bodies Down the River Floating” też powstawało w taki sposób. Z grubsza miałem ułożone dwie partie gitary, spokojną i przesterowaną. Całe „rozpędzanie” się tego kawałka to właśnie taki nasz „próbowy”, firmowy flow. Jest podstawowy schemat a potem płyniemy z prądem.

Czy na muzykę maję wpływ przemyślenia Zofii, teksty czy to raczej dwie niezależne strefy. Jaka jest zależność przekazu i muzyki w waszym zespole?

Wielebna: U nas najpierw jest dźwięk, emocja a potem dopiero wchodzi tekst, który jest odpowiedzią do muzyki.

Yony: No, to już wiadomo. Zależność jest taka – muzyka generuje skojarzenia i na tej bazie dopiero powstaje tekst. Wtedy czasem linia melodyczna ewoluuje, bo nie wszystko da się zaśpiewać zgodnie z sylabotoniką ułożoną wcześniej.

Czy były momenty kiedy mówiliście sobie – stop, kawałek jest już za długi, trzeba przyhamować i ogarnąć aranż?

Wielebna: Tak było przy „Presence”…

Yony: Poniekąd tak. „Presence Of Goddess” w pierwszej wersji miało 40 minut…

Olo: Niekoniecznie jeśli chodzi o długość, ale mieliśmy niektóre rzeczy do których musieliśmy wracać i próbować rożnych opcji, bo coś nie grało. Ale w dużej mierze klocki zazwyczaj pasowały.

Wielebna: Ogólnie raczej musimy skracać i zagęszczać jeśli już… Chyba nigdy nie trzeba było walczyć o wydłużenie.

OSgig1 (fot Aga Krysiuk)

Te przestrzenne, nawiedzone partie kojarzą mi się z jednej strony ze SWANS a z drugiej z… The Gathering. To moje, schizofreniczne porównanie. Spotkaliście się z innymi, waszym zdaniem zaskakującymi, konkluzjami?

Yony: Katatonia i My Dying Bride. Kompletnie tego nie kumam. Już raczej post-meshuggah, które na Metal Storm ktoś opublikował…

Pytanie może i banalne, ale i potrzebne – jaka jest tematyka tej płyty, idea, która spaja materiał?

Wielebna: Tematyka jest dość ciężkiego kalibru… Nie lubię opowiadać o tym co miałam na myśli i o czym konkretnie jest każdy kawałek z osobna… Biorąc ogół, „Void Mother” jest zbiorem opowieści, sytuacji które tworzą właśnie matkę pustki. Jedynie ostatni kawałek „Presence” różni się znaczeniem od pozostałych utworów. Poza tym min. w „Nasciturus” pojawia się trzecia osoba. W sumie każdy kawałek opowiada o innej sytuacji ale chronologicznie układają się one w całość. „Void Mother” to stosik puzzli porozrzucanych po pustym pokoju – trzeba poszukać, część pogubisz po drodze, ale jak ułożysz, będziesz troszkę szczęśliwy a jak zrozumiesz, to ci to szczęście szybko przejdzie…

Ok., ale nie mów przypadkiem, że każdy musi sam interpretować bo mam na to alergię (śmiech…).

Wielebna: Nie musi, ale dobrze jest posłuchać i spróbować na swój sposób zrozumieć.

Olo: Myśleć, czytać… To spora zabawa, kiedy odkrywasz znaczenie tekstów. Większość ludzi najpierw skupia się na muzyce, słowa to ten drugi kopniak. Bez sensu jest mówić, o czym dokładnie jest dana piosenka. Poza tym teksty nie są proste, mówią o problemach z własnymi emocjami a to czasami trudno opisać w prosty sposób.

Yony: Min. dlatego nie chcę wizuali na koncercie. Niech każdy kręci sobie własny film.

Czyli znowu wracamy do idei pewnego konceptu, całości. Zastanawiam się zatem jak wykroicie z tej całości kawałki do prezentacji na żywo. Boli?

Olo: Wiesz, teraz z Behemoth jest o tyle trudniej, że mamy określony czas i określoną publikę. Chcemy muzycznie jak najlepiej zmieścić się w tym formacie.

Wielebna: Ale też stworzyliśmy dość agresywny set.

Olo: Podobnie jest z festiwalami. Dlatego bardzo chcemy zacząć grać koncerty klubowe gdzie będzie można pozwolić sobie na więcej, zagrać np. całe „The Fine Art Of Self Destruction” albo dużą część nowej płyty Będzie można pozwolić sobie na delektowanie się ciszą, spokojnymi fragmentami, ale i tymi mocnymi.

No tak, Blindead też gra całą, nową płytę (śmiech…).

Olo: I to jest ok. Choć nie twierdzę, że my będziemy tak robić. Choć na pewno chciałbym zagrać kiedyś tę płytę od deski o deski.

Yony: Ja bym jednak wolał wymieszać takiego swojego, pełno-wymiarowego seta. Np. wywaliłbym wreszcie „Nastiez”, ale pograł „Bleed In Me”. Całe…

ObscureMoże jednak nie jesteście jak Blindead. Jesteście od nich sto razy bardziej gadatliwi! Coś o okładce. Przyznam się, że jest nieco przerażająca. Zadowoleni z efektu?

Yony: Jesteśmy trochę control-freakami, przynajmniej ja, ale daliśmy Klaudii Gaugier wolną rękę. Oczywiście, na zadany temat. I opłaciło się. Z drugiej strony, nie będziemy przecież tej rangi artystce mówić co i jak ma robić.

Olo: Wyszło lepiej niż zakładaliśmy, wystarczy porównać pierwotną inspirację, lalkę Acherontia i naszą lalkę „Acherontia Void Mother”. Teraz rozumiem, co Klaudia ma na myśli, mówiąc, że zaklina w nich pewien zestaw emocji. Ta lalka mówi więcej niż tysiąc słów, stad też min. niewielka ilość tekstu na całej okładce.

Na koniec tej miłej konwersacji – zdradźcie jakie macie plany na przyszłość, co nas spotka z Waszej strony w 2014 roku??

Yony: Latem kilka festiwali już potwierdzonych, rozmawiamy o kilku trasach po Europie i nie tylko, ale co z tego wyjdzie – nie wiadomo. Może nic, bo taka trasa to koszty, które, mimo pewnych zasobów, mogą się okazać zbyt wysokie. Mamy w każdym razie propozycje. Niestety, oprócz kasy trzeba to dopasować do urlopów, więc póki co, nie mogę żadnego konkretu zdradzić. No, może poza wiosennym planem po Polsce na 8 czy 10 koncertów. Ale też na razie bez dat, bo krajowe występy chcemy zgrać z europejskimi, a to wszystko jest jeszcze w fazie bookingu.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Artur Ilach/Oskar Szramka/Wojciech Miklaszewski/Aga Krysiuk