NOTHING – nic nie boli tak jak życie

Nic nas tak nie cieszy, jak cudze nieszczęście. To nasz narodowy sport. Dlatego uważam, że Nothing ma duże szanse stać się ulubionym zespołem każdego prawdziwego Polaka. Kwartet z Filadelfii to żadne tam objawienie, ale prawdziwy, bo bólu szczery i smutny jak herbata bez cytryny shoegaze. Z wszystkimi tego konsekwencjami. Grają rozjechanego, mrocznego rocka z psychodelicznym posmakiem, chodzą w koszulkach Slowdive, balansują na granicy alkoholizmu i mają w życiu przekopane. Nawet jeśli to tylko dorabianie filozofii do własnej muzyki, brzmi interesująco i tworzy dobry kontekst do promowanej właśnie debiutanckiej płyty Guilty of Everything. Jeśli „czujecie bluesa” a na waszych półkach tkwią nieco zakurzone krążki The Jesus And Mary Chain czy My Bloody Valentine – bierzcie w ciemno. Na moje pytania odpowiadali kolektywnie Nicky, Brandon i Kyle.

Czy jesteście, jako Nothing, jednym z tych zespołów, które są beznadziejnie zakochane w latach 80 – tych?

Nicky: Nie jestem w niczym beznadziejnie zakochany. To nie ma sensu. Miłość nie ma sensu…

Ok, nie jesteście specjalnie znani w moim kraju, trzeba zatem przybliżyć historię „niczego”. Zastanawia mnie wasza, dość dziwna, nie ukrywam, nazwa…

Brandon: Kiedy Nicky kilka lat temu wyszedł z więzienia po odsiadce, spotkałem go w gejowskim klubie, gdzie został DJ. Na początku były rozmowy o stworzeniu wspólnego zespołu, potem zaczęliśmy robić razem muzykę. Na przestrzeni lat wyrzuciliśmy ze składu ponad dziesięć osób, w końcu perkusistą został Kyle, to gość który gra lepiej niż ktokolwiek inny w Filadelfii. Nicky miał w międzyczasie wynieść się do Kalifornii, ale w końcu został, więc skład stał się faktem.

Kyle:  To prawda. Dołączyłem do zespołu trochę ponad rok temu. Nagrałem z chłopakami album i potem nie pozwolili mi już odejść. Co do nazwy, nie sądzę, żeby była dziwna. Dlaczego nazwa ma oznaczać „coś” a nie może oznaczać „niczego”?Shoegaze

Dość symboliczne są trzy sprawy związane z Waszym debiutem – biała flaga na okładce, tytuł płyty (winny wszystkiego) i termin shoegaze. Zaliczacie się do tzw. „smutnych chłopców”?

Nicky: Nienawidzę być leszczem, który trzyma się bez sensu jednego określenia i jakiegoś konkretnego gatunku. Muzyka żyje tylko wtedy, kiedy się rozwija; kiedy stoi w miejscu, przestaje być atrakcyjna, dlatego nie interesuje nas reanimacja trupa. Ta płyta opowiada o byciu kolejnym, winnym człowiekiem. Każdy, kto godzi się na narzucone warunki, żyje według nich i w końcu świadomość tej sytuacji powoduje, że staje się wewnętrznie zgorzkniały i ponury…

Kyle: Dla mnie tytuł płyty jest komentarzem do nieustającego wyścigu, w jaki wplątana jest ludzkość, mówię to przez własne doświadczenie. Wszyscy – oprócz Nicka – jesteśmy zdołowani rzeczywistością. Kiedy skończę odpisywać na twoje pytania, korzystając zresztą z komputera Nicky’ego, wracam do mojego domu a w zasadzie namiotu, żeby spać samotnie…

Kiedy puszczam sobie „Guilty of Everything”, słyszę przede wszystkim dwie płyty – „Psychocandy” The Jesus And Mary Chain i „Loveless” My Bloody Valentine. Co myślicie o takim zestawieniu? Jesteście wściekli, kiedy ludzie tak postrzegają Nothing?

Brandon: Zawsze byliśmy i pewnie będziemy porównywani do tych zespołów. Zresztą, do innych grup nurtu shoegaze tak samo. Myślę jednak, że przeszliśmy już ten etap i ruszyliśmy dalej. Przede wszystkim gramy głośniej. Staramy się w każdym razie. Wydaje mi się, że np. podczas koncertu we Florydzie osiągnęliśmy ze 130 db.

Kyle: Nie jestem zły, bo wiem, że ludzie zawsze muszą sobie wszystko uporządkować. Poza tym, to są przyzwoite porównania. Zresztą, napisano już, że gramy podobnie do Fields of the Nephilim, który uwielbiam, jednak głupszego porównania chyba nie było. Byłbyś zaskoczony, jakie gówniane zestawienia nam się trafiły, nie jesteś najgorszy (śmiech).

Jeśli mielibyście wymienić zatem inspiracje, które szczególnie was w minionych miesiącach dotknęły, to…

Nicky: Nasza największa, ubiegłoroczna inspiracja to recepty na leki przeciwbólowe…

nic nie boli tak jak życie

nic nie boli tak jak życie

Żyjemy w czasach, kiedy powszechne jest poszukiwanie natchnienia w minionych dziesięcioleciach, latach 80 – tych czy 90 – tych. Myślicie, że wynika to z faktu, iż w muzyce nie można już stworzyć niczego nowego?

Brandon: Moim zdaniem, zawsze w muzyce będzie zachodzić zjawisko progresji, ciągle będą pojawiać się nowe rzeczy, to jest nieuniknione i raczej nie zakładam, że wszystko się zatrzymało. Chociaż faktycznie zgodzę się, że dużo zespołów raczej nie przeskakuje oryginalnych wykonawców, na których się wzoruje.

Kyle: Jestem pewien, że to samo ludzie mówili w latach 80 – tych i 90 – tych, ale kto wie, może masz rację…

Opowiedzcie o tym, jak powstawał wasz debiutancki album – wydarzyło się podczas tego czas coś o czym warto wspomnieć, obojętnie co by to nie było?

Brandon: Jedyne problemy, o których trzeba wspomnieć, to nasze nadużywanie alkoholu i historie z tym związane, co niestety, nie sprzyjało kreatywności. Napisaliśmy tę płytę w połowie ostatniej zimy i o dziwo, wszyscy byliśmy nieznośnie wręcz nieszczęśliwi, z różnych zresztą powodów. Reszta poszła w zasadzie całkiem gładko. Tak myślę. Zresztą, może nie? Byłem przez ten cały czas non stop pijany, więc mogło mi coś umknąć…

Powoli zaczynam rozumieć tytuł płyty… Czy teksty też traktują o takim stanie w jakim się znajdowaliście?

Brandon: Piosenki Nicky’ego w większości dotyczą jego pobytu w więzieniu, jego rodziny i ogólnej walki z samym sobą, sporo tu bardzo pesymistycznych, typowych dla niego przemyśleń na temat życia. Wszystko z perspektywy człowieka, który nie rozumie do końca, jak być prawdziwym i nie potrafi sobie tego wyobrazić. Ten dysonans powoduje, że zaczyna funkcjonować obok, w innej czasoprzestrzeni. No i nie może tego połączyć, co prowadzi do wyobcowania i samotności. Wokół ciebie są ludzi, z którymi nie możesz się porozumieć…

Słuchając tego wszystkiego myślę sobie, że sesja nagraniowa takiej płyty jak „Guilty of Everything” nie mogła być normalna bo przelewanie tak beznadziejnych przemyśleń wymaga pewnie niezłego wysiłku emocjonalnego…

Brandon: I tak i nie… Codziennie przez kilka tygodni chodziliśmy do studia. Wcześnie rano. Kac. Ból głowy. Środki przeciwbólowe… Jedliśmy podłe żarcie, piliśmy wino. Przy tym wszystkim, przy frustracji, byliśmy w dziwny sposób zdeterminowani, żeby ten album był wyjątkowy, włożyliśmy w niego wszystkie nasze złe i dobre emocje, złość i żal. W pewnym sensie wszystko inne się nie liczyło. Nasze zdrowie mieliśmy gdzieś, nasze rodziny też, cierpiały relacje z innymi ludźmi. Byliśmy wtedy raczej niezbyt dobrze nastawieni do otoczenia. Do tego dochodziły kwestie techniczne, np. Jeff ma kupę dziwacznego sprzętu, wzmacniacze, efekty. Czasami nie wiedzieliśmy już, czy to wszystko brzmi dobrze, czy raczej gównianie. Zresztą, to nie ma znaczenia, bo chyba nabawimy się raka płuc razem z Jeffem, zważywszy na ilość fajek, jakie wypaliliśmy podczas sesji.

Kyle: Ja pamiętam tylko, że Nicky stał nade mną, kiedy nagrywałem bębny. Nawet podczas nagrań wprowadzał do piosenek zmiany w aranżacjach. A to prawdopodobnie najgorsze, co może spotkać perkusistę, kiedy na bieżąco musi zapamiętywać nowe elementy. Okazało się jednak, że wszystko wyszło świetnie.Nothing

Zaskoczył mnie wasz kontrakt z Relapse, bądź co bądź stajnią wydającą głównie ekstremalne rzeczy. Co musieliście zrobić, żeby podpisać te papiery?

Brandon: Jeff Ziegler, który nagrywał płytę i poprzednią ep-kę, jest przyjacielem Rennie, która pracuje w Relapse. Dlatego już w momencie, kiedy nagrywaliśmy płytę, wiedzieliśmy, że goście z Relapse chcą posłuchać tego materiału. Wspólne picie się opłaciło (śmiech…). A to już było bardzo dużo dla debiutującego zespołu. Ale najważniejsze było, że kiedy posłuchali tej muzyki, pokochali ją. Pomijając znajomości, to super goście, którzy uwielbiają muzykę i robią dla zespołów naprawdę dużo. Nie wiem, czy jest jeszcze jakaś wytwórnia, która tak angażuje się w muzykę swoich podopiecznych. Razem zrobiliśmy doskonałą płytę…

Jaki byłby waszym zdaniem dream – team na długą trasę koncertową? The Jesus and Mary Chain, Slowdive i True Widow? Macie jeszcze jakieś propozycje?

Brandon: Każdy z nas chyba stworzyłby własny dream – team…

Kyle:  The Sisters of Mercy z 87 roku… Poza tym nie ma ideału przecież. Z  każdym zespołem pewnie coś ciekawego by się stało. Zawsze są jakieś syfy, bójki, imprezy, ale wszystko kończy się przecież śmiechem. Do każdego zespołu i koncertu podchodzimy tak samo.

Na koniec zdradźcie co planujecie na najbliższą przyszłość?

Nicky: Zapewne, jak zwykle, wydarzą się jakieś tragedie, które pociągną za sobą inne tragedie.

Brandon: Dużo koncertów, trasy, miejmy nadzieję, że jak najszybciej w Europie. Split z Whirr dla Run For Cover Records, pisanie nowej muzyki. I cała masa wódy!!

Kyle: Przede wszystkim nadzieja, że nie stracimy rozumu…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Shawn Brackbil/Relapse