NIGHTCLUB FIRE – Niebezpieczeństwem pierwotnym jest zwykły człowiek

O debiutanckiej płycie Nightclub FireJunkyard Planet – pisaliśmy już na naszych łamach, czas zatem dowiedzieć się co tak bardzo swędzi muzykantów znanych z The Dog czy Torn Shore, że nie potrafią wytrzymać bez założenia kolejnej kapeli. Co ważne – kapeli dobrej, zwinnie wymykającej się klasyfikacjom i nawet jeśli gdzieś w wywiadzie pojawiają się hasła typu noise rock czy The Birthday Party, są to raczej gry skojarzeniowe a nie dosłowne odnośniki. Zresztą, rozmowa nie dotyczyła tylko i wyłącznie debiutanckiej płyty, bo z wokalistą Igorem Grudzińskim poruszyliśmy w sumie bardzo różnorodną tematykę. Szczegóły znajdziecie poniżej…

Jest rok 2016. Wszystko szybko płynie. Jaki sens ma zatem zakładanie kolejnego zespołu?

Sam zapewne dobrze wiesz, że granie jest uzależniające. Ja niejednokrotnie zastanawiałem się nad tym, czy nie szkoda mi czasu na próby, koncerty, wymyślanie kawałków, bo przecież mógłbym go przeznaczyć na bardziej przyjemne rzeczy, ale gdy tylko Dawid i Łukasz napisali do mnie, czy nie chciałbym pograć z nimi w nowej kapeli, to podjęcie decyzji zajęło mi minutę. To jakoś tam samo wychodzi. Swoją drogą, mam wrażenie, że obecne realia sprzyjają graniu impulsywnemu. Stosunkowo łatwo jest nagrać płytę, więc jeśli komuś przychodzi do głowy jakiś konkretny pomysł, to dosyć szybko można go przełożyć na realia. Zespół zakładaNF3_fot_Pawel_Frenczak się chyba po to, żeby spełnić jakieś tam swoje aktualne zachcianki, a później już się wszystko z automatu kręci.

Nighclub Fire to kolejny zespół, który gra fajną muzykę, która pozostaje jednak w podziemiu, czyli raczej jest to hobby, pasja i „zajawka” – na jakim poziomie określacie szanse zespołu do zaistnienia w szerszym kontekście? Czyli – czy wystarczy parę koncertów i płyta, czy zamierzacie osiągnąć coś więcej, przynajmniej teoretycznie…

W momencie, kiedy zakładaliśmy ten zespół, to mieliśmy założenie, że nagramy jeden materiał, najlepiej surowo, brzydko i do dupy, zagramy parę koncertów, zgasimy światło i rozejdziemy się do domów. Po kilku próbach okazało się jednak, że idzie nam tak gładko, że grzechem byłoby nie pociągnięcie tego dalej. Szanse na zaistnienie w szerszym kontekście oceniamy jednak na bardzo niewielkie. Dla statystycznego zjadacza chleba nasza muzyka, pomimo tego, że jest przynajmniej trochę rockowa, brzmi pewnie mniej więcej tak jak dla mnie Merzbow. Nie będziemy się wzbraniać przed graniem w różnych miejscach i dla różnych ludzi, ale czy ktoś nas zechce, tego już nie wiem. Jesteśmy wciąż zespołem hardcore’owym, choć przyznam, że gdy ostatnio puściłem mamie jeden z naszych kawałków, to stwierdziła, że tego nawet da się słuchać. Robimy już nowy materiał, który będzie taki trochę bardziej odjechany – w kierunku Sonic Youth i błądzenia na gryfie – i zobaczymy, co się będzie działo.

Właśnie – donośnie wpływów, płyta tu i ówdzie ustawiana jest w szufladce noise rock, wy przyznajecie się do korzeni hardcore’owych, ale w przyszłości zamierzacie czerpać z Sonic Youth. Czyli furtek naotwieraliście caaaałe mnóstwo… A to dla kogoś kochającego szufladki straszna zmora, bo nie może określić dokładnie co gra NF. Czyli… co gra, na dzień dzisiejszy?

Sam nie wiem… Jestem strasznym fanem post-hc według jego wyobrażenia z lat 90. i chyba przez to w naszym graniu słyszę głównie echa rzeczy typu Jawbox, Quicksand, Lungfish a może nawet Handsome. Nie chodzi o same patenty, harmonie, ale o jakieś takie specyficzne podejście do łapania pełnych dźwięków. Dawid – gitarzysta – nienawidzi z kolei łatki 90. i twierdzi, że wszystkie jego riffy to turbodoładowany blues. Powiedzmy zatem, że Nightclub Fire gra hałaśliwy rock na hardcore’owym warsztacie.

„Junkyard Planet” powstaje gdzieś w połowie drogi między The Dog i Torn Shore – tak można to podsumować. Gdzie się zatem udajecie na koncerty – lepiej z The Dog czy bardziej z TS?

Ja mam za słabe gardło, żeby zagrać dwa koncerty jednego wieczoru. Raz mi się zdarzyło i czułem się potem tak, jakby przejechał po mnie walec z kolcami. Z tego powodu combo The Dog i Nigthclub Fire raczej odpada. Jeśli chodzi o powiązania stylistyczne, to nasze obydwa projekty są zresztą tak różne od NCF, że w zasadzie nie ma różnicy. Swoją drogą, lubię, kiedy na jednym gigu spotykają się kapele z zupełnie innych światów i teoretycznie wszystkie trzy mogłyby pocisnąć razem. Totalne swingers party.

Zagraliście już taki koncert? Jakie najciekawsze połączenie Wam się zdarzyło?

Zagramy, jeśli dostanę deklarację na piśmie, że pomiędzy The Dog i NCF będą przynajmniej 2 godziny przerwy, żebym mógł sobie rurę ostudzić. Na koncie mamy zaledwie kilka koncertów, więc nie ma za bardzo gdzie szukać tych ciekawych połączeń, ale całkiem fajnie grało nam się w Gdyni na Music Is The Weapon. Totalnie różne kapele – Heads. i Vordemfall + Torn Shore i my – a mimo wszystko wieczór całkiem spójny. Dzień wcześniej na tej samej imprezie pojawili się m.in. The Kurws i Ukryte Zalety Systemu, więc z całego serca mogę zaświadczyć, że zaskakujące kompilacje zazwyczaj się sprawdzają na żywo!

NF6_fot_Pawel_FrenczakZwiązaliście się z Anteną Krzyku. Sama kolaboracja pewnie bezproblemowa, bo Antena to sprawdzony i solidny gracz, ale zapytam raczej o sam fakt szukania wytwórni: ma to sens w dzisiejszych czasach?

Myślę, że w dzisiejszych czasach znalezienie wytwórni jest przede wszystkim bardzo trudne. Nawet jeśli materiał urywa dupę, to bez żadnej nici kontaktów pomiędzy zespołem a wydawcą, ciężko jest zainteresować swoją muzyką kogoś zupełnie obcego. Nie twierdzę, że nasza jest taka strasznie wyjątkowa i rewelacyjna, ale gdyby nie Arek i Atena Krzyku, to wątpię, czy ktoś by to w ogóle wydał. Dla wytwórni z zagranicy zespoły z Polski wyskakują zapewne z tego samego worka co zespoły z Mongolii albo z Kazachstanu. Jest to na pewno przykre i bardzo niesprawiedliwe – zarówno dla zespołów z Polski jak i tych z Mongolii albo z Kazachstanu – ale niestety tak to funkcjonuje. Sam się łapię na takim, anglosasko – centrycznym obejmowaniu całokształtu muzyki i zespołów szukam zazwyczaj według mapy. Wytwórnie w Polsce są z kolei zawsze ograniczone czasowo albo finansowo, i jeśli nie trafi się w dobry moment, to po zawodach.

Dotknąłeś tym samym tematu w kraju drażliwego – zarówno od strony biznesowej, jak i scenowej. Kasa. Kiedy jej nie ma, jest źle, kiedy jest, też nie zawsze robi dobrą robotę. Zatem – czy jest coś takiego jak sytuacja idealna? Zespół dostaje kasę za nagranie, potem tantiemy i w dodatku nikt nie oskarża muzyków o to że są komercyjnymi świniami. Ideał? Czy może lepiej nie dostawać nic, dokładać do interesu i jednocześnie głosić wszem i wobec swoją niezależność, pod nosem klnąc za chujowe warunki?

Gdyby ktoś mi dzisiaj powiedział, że będę mógł się utrzymywać z robienia kawałków i grania koncertów, to prawdopodobnie ze swojego obecnego miejsca pracy wyszedłbym razem z drzwiami. Dodam, że od chwili, kiedy zacząłem grać, czyli od ok. 10. lat, nie wpłynęła do mojego prywatnego portfela ani jedna złotówka, a kilkaset albo nawet kilka tysięcy złotówek z niego wypłynęło, pomimo tego, że jako wokalista nie muszę ciągle inwestować w sprzęt, więc ciężko jest mi wyobrazić sobie, czy duże pieniądze psują kapele. W polskich realiach, jeśli przykładowo zwraca się hajs za studio, to już jest naprawdę bardzo dobrze. Możliwe, że gdy z muzykowania zaczyna się robić poważny biznes, gdy pojawiają się terminy, umowy i presja zewnętrzna, to klimat gdzieś ucieka. Wierzę jednak, że w sytuacji idealnej da się jedno z drugim pogodzić. Mam wrażenie, że to co się mówi o niezależności, oczywiście zawsze bardzo niezdefiniowanej i nieokreślonej, to mówi się tylko dlatego, że dawno temu przyjęło się, żeby o niej mówić. Co to znaczy niezależność w kontekście zespołu? Z różnych historii, które słyszałem, to życie większości kapel na świecie uzależnione jest raczej brakiem pieniędzy, a nie ich nadmiarem. Skoro ktoś nie może robić muzyki, bo nie ma czasu albo ciapy, to chyba też jest w jakimś sensie zależny, czy nie?

Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że nie ma czegoś takiego jak niezależność, bo każdy zespół jest od czegoś uzależniony, np. od prądu. Zatem niezależność to raczej stan umysłu. Błyskotliwość w omijaniu meandrów rzeczywistości. Was rzeczywistość już dopadła? Tak z ciekawości – ile razy musiałeś tłumaczyć szefowi, że „muszę na koncert jechać”?

Każdy z nas pracuje i każdy ma swoje problemy, więc jesteśmy totalnie zatopieni w codzienności. Ja akurat mam o tyle dobrą sytuację , jeśli chodzi o zatrudnienie, że z krótkimi urlopami nie mam raczej problemu. Nie wyobrażam sobie z kolei jechania na trasę chociażby miesięczną, bo prawdopodobnie rozsypałoby mi się wtedy całe życie. A fajnie by było. Problem dotyczy także czasu na próby. W naszej obecnej sytuacji doprowadzenie do tego, żeby ćwiczyć raz tygodniu stanowi niesamowity wysiłek logistyczny, który wymaga kłótni, niekończących się dyskusji i szantażu. Czasem sobie myślę, że gdyby zespoły w Polsce spotykały się częściej, kilka razy w tygodniu, to scena wyglądałby zupełnie inaczej. Nie ma czasu. Nie ma hajsu. Przynajmniej mamy siebie.

Niebezpieczeństwem pierwotnym jest zwykły człowiek

Niebezpieczeństwem pierwotnym jest zwykły człowiek

Fakt, logistyka nas rozpieprza. A jest to szczególnie deprymujące, kiedy czyta się, że np. muzycy Fugazi potrafili spotykać się na próbach CODZIENNIE. Nie łapie cię w takich momentach westchnienie pt. „ech, gdybyśmy żyli w Ameryce to…„?

No, totalnie. Dlatego, kiedy przyjeżdża kapela z USA i wchodzi na scenę, to zazwyczaj sieje spustoszenie a publiczność zachodzi w głowę zastanawiając się, o co właściwie chodzi. Goście są zgrani, rozgrzani, dobrze brzmią, bo mają dużo czasu i trenują nieustannie. Ja z kolei kiedyś przeczytałem, że w początkowym okresie istnienia Black Flag, Greg Ginn ustanowił taki rygor, że kolesie grali codziennie… przez kilka godzin. To jest oczywiste, że pierdolnięcie następuje wtedy, kiedy wszyscy uderzają w tym samym punkcie, a to wymaga wspólnego ćwiczenia w mozole. Wrodzony talent ma drugorzędne znaczenie. Dla mnie jako dla wokalisty np. istotne jest to, żeby ciągle mieć rozgrzane gardło. Jeśli pomiędzy próbą a koncertem następuje kilka dni przerwy, to czuję, że wydzieram się w połowie mocy i w żaden sposób nie mogę tego przeskoczyć. Logistyka jest zatem wszystkim.

Ale jest w tym jednak coś niedokończonego – mianowicie kwestia, czy u nas może być lepiej? Oczywiście, pomijam straceńców, którzy postawili wszystko na jedną kartę, zrobili zajebistą muzykę, zachwycali koncertowo, a potem zdychali z głodu albo żyją i za pośrednictwem fejsbuka informują, że nie mają za co żyć… Że nawiążę do pewnej, znanej persony… Gdzie jest równowaga? Jest? Może być?

W polskich realiach raczej nie ma możliwości na taką równowagę. Tutaj, żeby się utrzymać, tzn. żeby mieć co zjeść i opłacić rachunki, trzeba pracować na pełnymNF5_fot_Pawel_Frenczak etacie. W świetle tego warunku granie kilkudziesięciu koncertów rocznie, prowadzenie kapeli w stylu full-time, czyli skuteczne żenienie swojej muzyki, jest awykonalne. Inną kwestią jest też to, że Polacy są narodem wybitnie antyrockowym i o ile w USA, gdzie muzyka gitarowa z uwagi na swoją istotę leży naprawdę blisko muzyki ludowej, więc jest to zakorzenione kulturowo, łatwiej jest być zespołem rockowym, o tyle u nas ten przywilej spotyka jedynie Budkę Suflera i Perfect. W nadwiślańskiej krainie nie ma masy, która chciałaby oglądać kapele – niech będzie – alternatywne. Idealna sytuacja, o którą pytałeś, w moim wyobrażeniu wyglądałaby następująco: mam jakąś tam niezbyt wymagającą pracę na pół etatu, dzięki której jem i mieszkam, a którą w każdej chwili mogę rzucić i znaleźć sobie następną. Resztę czasu przeznaczam na zespół, który regularnie gra i wydaje płyty, a od czasu do czasu daje diengi na drobne rozrywki i uciechy średniej klasy. Mieszkam w USA…

Ale mieszkam w Polsce, bo tu jest mój dom. Dom, który bardzo się ostatnio zmienia. Jak postrzegasz rzeczywistość, w której żyjemy od paru dobrych miesięcy? Jako cyrk, który oglądamy w tvp, czy raczej jako realne zagrożenie zmian, które od USA jeszcze bardziej nas oddalą?

Bardzo ubolewam nad tym, że społeczeństwo ulega kulturowej pauperyzacji. Od pewnego czasu mam wrażenie, że ludzie robią się coraz bardziej chamscy, głupi i egoistyczni w takim bardzo tanim wydaniu. Polityka jest tylko skutkiem procesów, jakie zachodzą pomiędzy ludźmi z masy tworzącymi między sobą jakieś tam relacje. I to jest realne zagrożenie. Rzeczy, które dzieją się na szczeblu medialnym nie zaskakują mnie specjalnie, bo widzę na nich łapę społeczeństwa, które bardzo dobrze znam.

Mam taką teorię przesilenia. Mianowicie – dopóki nie zabraknie żarcia, igrzysk i w miarę szerokiej wolności czy dostępu do dóbr, ludzie będą akceptować zmieniającą się rzeczywistość polityczną, jako swego rodzaju cyrk, który można oglądać, ale nie trzeba. Nie boisz się jednak, że ten cyrk może stać się realnym zagrożeniem dla tzw. „zwykłego człowieka”?

Oczywiście, że tak, ale uważam, że zmiany polityczne mają bardzo ulotny charakter w porównaniu z olbrzymimi zmianami, które dokonują się w masach. Większe zagrożenie widzę w obcych ludziach, z którymi dzielę terytorium niż wśród ludzi podejmujących decyzje polityczne. Wystarczy spojrzeć na obecne wydarzenia w Turcji. Kraj, który od lat 20. romansował z laickim modelem życia znanym ze społeczeństw zachodnich, robi nagle krok w tył w stronę wartości religijnych i lud staje w ich obronie. To „zwykły człowiek” jest niebezpieczeństwem pierwotnym.

Odbiegliśmy trochę od meritum, czyli zespołu, zatem może powiedzmy trochę o wydźwięku samej płyty – okładka jest raczej mocno rock’n’rollowa, tytuł jakiś taki, hmmm, ekologiczny, a słówko „junkyard” jako żywo kojarzy mi się z płytą o takim tytule, nagraną przez mistrzów The Birthday Party. Gdzie tkwi prawda?  

Ekologiczny? Ała. To zabolało. Już bardziej pasuje mi ten trop z The Birthday Party. Swoją drogą, chyba sobie dzisiaj posłucham. Dzięki za przypomnienie. „Junkyard” odnosi się do zawartości „Planet”, czyli do ludzi. Teksty poruszają się po tematach związanych z tym co w człowieku zepsute, grzeszne i skryte. Stąd tytuł.

Mi się od razu skojarzyło z zaśmieconą planetą (śmiech). Zepsute/grzeszne /skryte. Ale tajemnica… Co jest skryte? Czego najchętniej byśmy nie ujawniali?

Przede wszystkim konsekwencji myślowych popędu seksualnego. Biorąc pod uwagę to, że stanowi główny motyw prawie każdego ludzkiego działania, a wstrzymywany sprawia, że ludzie stają się zdolni do robienia strasznych rzeczy, jako przewrotny jawi się fakt, że kulturowo popęd został wepchnięty w zamkniętą strefę tabu. Kawałek „People Are No Harmless” opowiada na przykład o małomiasteczkowej społeczności, którą w dzień powszedni targają mroczne moce, a która co niedzielę spotyka się w kościele.

NF4_fot_Pawel_FrenczakNooo, bardzo kejwowsko to brzmi. Zatem jakie jeszcze tematy poruszasz na płycie, okazuje się nie tylko hałaśliwej, ale i inteligentnej…

Bardzo lubię Cave’a. Tekst do „The Mercy Seat” to jeden z moich ulubionych ever. Jak słyszę fragment o twarzy Jezusa w zupie, to mam ciarki na plerach. A tematy to różne takie poruszam… W „God” śpiewam o obecności boga w rzeczywistości ziemskiej, który we współczesnym świecie jest tak zbędny, że dywagacja na temat, czy jest, czy go nie ma, nie wnosi żadnych konsekwencji do życia powszedniego. Do „3rd floor” jest taki śmieszny tekst… Nie wiem, czy też tak masz, ale mi się czasami zdarza, że gdy patrzę w przepaść albo na chodnik z wysokiego piętra, to nachodzi mnie takie dziwne uczucie, jakaś pierwotna podświadoma chęć, żeby jebnąć wszystko, zupełnie bezsensownie skoczyć i się zabić. To jest dziwne, ale zgadałem się kiedyś z jakimś kumplem, który potwierdził, że też mu się to zdarza, a niedawno zupełnie przypadkiem trafiłem na opowiadanie Pereca, w którym ten pisał o rabinie, którego nicość „syrenim śpiewem” wzywała do skoku z okna i nie mógł się jej oprzeć. Nie mam w sumie żadnej metody przy wymyślaniu tekstów. Z każdej mańki uderzam.

Płytę nagrywaliście w Satanic Audio?

Płytę nagrywaliśmy na setkę u Szymona w jego Vintage Records – polecam to studio swoją drogą (WSPANIAŁE!) – ale mixem faktycznie zajął się Haldor z Satanic Audio.

Dwa dobre studia. Co w nich jest takiego fajnego, że powoli stają się – użyję słabego słowa – kultowe?

Przede wszystkim, prowadzą je fajni goście. Z jednym i drugim można na luzaczku pociskać różne głupoty, bez spiny ponagrywać, i to jest chyba najważniejsze. Vintage Records – tak na marginesie – znajduje się w zajebiście położonym miejscu. Żeby do niego dotrzeć, wjeżdżasz w sam środek lasu, gdzie stoi jakiś stary hotel, a obok niego niepozorna szopka ze studiem nagrań w środku. Wystarczy wejść na stronę i rzucić okiem na zdjęcia z wnętrza, żeby dojść do wniosku, że właśnie tam się chce pojechać i robić muzykę. Na pełnym Twin Peaksie. Z Satanic Audio jesteśmy związani towarzyszko, bo zarówno Torn Shore jak i The Dog, nagrywały tam swoje płyty, a pojęcie Haldora o tym, jak powinno brzmieć nowoczesne mocne granie, naprawdę jest godne pozazdroszczenia.

Zatem wszystko jest super, cacy, nic, tylko…. I tu wstaw co uznasz za stosowne. I zupełnie na koniec bardzo drażliwe pytanie – jeśli miałbyś wybór – na którego konia stawiasz – The Dog, czy Nightclub Fire?

„Zatem wszystko jest super, cacy, nic, tylko….” zapierdalać do pracy na pełny etat, żeby raz w tygodniu spotkać się na próbie i zagrać siedem koncertów w roku. Na końcowe pytanie nie odpowiem, he, he. Bardzo lubię swoich kolegów. Uczucia rozdzielam po równo.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Frenczak