NEW ROME – Muzyka środka

New Rome to projekt Tomasza Bednarczyka, w którym artysta zabiera nas na wędrówkę po nie-miejscach. Rozmawiam z nim o tym jak powstała płyta, w jaki sposób kształtował ją Wrocław i dlaczego lepiej je słuchać w domu.

Ambient, post-rock, elektronika…  jest dziś bardzo dużo muzyki „przestrzennej”. Przy okazji szukania nowych muzycznych inspiracji natrafiłem na twój projekt.

Sam byłem ciekaw jak mnie odkryłeś. Przez wytwórnię Instant Classic czy w jakiś inny sposób?

Właśnie w ten sposób. Wytwórnię znam od dawna, ale nie spodziewałem się, że wyda płytę, która jest tak odmienna od reszty wykonawców.

Taki był też zamysł, że można wydać coś innego. Stała też za tym chęć trafienia do innej grupy ludzi. Było to dla mnie istotne.

Czy podczas nagrywania płyty myślałeś o konkretnych odbiorcach?

Nie. Od początku celowałem w Instant Classic i nie zastanawiałem się nad innym miejscem. Zależało mi, żeby pokazać inną muzykę w wytwórni, która zaczęła od naprawdę mocnych rzeczy. Od zeszłego roku to się zmienia. Jest Wacław Zimpel, Kristen… Wydają projekty, które pokazują wytwórnię z innego punktu widzenia. Bardzo fajnie, że mój album się u nich ukazał i dotarł do różnych osób. Tak, jak do ciebie. Nie spodziewałeś się w Instant Classic tego rodzaju muzyki.

Muzyka środka

Muzyka środka

W katalogu Instant Classic zupełnie nie. Pierwsze skojarzenie po obejrzeniu okładki i przeczytaniu tytułów utworów to odległe czasy, dzieciństwo, różne miejsca, które przemijają. Druga sprawa to uniwersalna przestrzeń, którą odnajduje indywidualnie każdy słuchacz podczas słuchania albumu.

W środku wydanej płyty jest dużo zdjęć, które nie mówią zupełnie nic. Tak samo okładka. To świadome nawiązanie do poprzedniej płyty. Traktuję to jako trylogię: było „Nowhere”, teraz jest „Somewhere”, a będzie jeszcze „Elsewhere”. Prawie już ją skończyłem. Zamknie ona ten tryptyk.  Okładka „Somewhere” nic nie mówi. Starałem się nic nikomu nie narzucać, nie dawać gotowej interpretacji. Na okładce poprzedniej płyty jest dym. Ciężko powiedzieć, co się znajduje w środku. Zdjęcie na okładce „Somewhere” przedstawia przypadkową sytuację. Spędziłem rok temu bardzo fajne wakacje w Chorwacji. Wszystkie fotografie pochodzą z tego czasu. Zdjęcie jest przypadkowe. Ktoś biegnie, widać też prędkościomierz. Była to losowa sytuacja. Moja dziewczyna zrobiła to zdjęcie, a ja nie miałem koncepcji na okładkę. Okazało się, że pasuje.

Mówisz, że oprawa graficzna powstała spontanicznie. A co z muzyką? Czy też dzieje się nigdzie?

To bardziej zbiór osobistych przeżyć. Przyszło mi to naturalnie. Mocno podkreślam naturalność, bo zależy mi na tym, by być naturalnym w środowisku, w którym żyję i wśród ludzi, którzy mnie otaczają. To najważniejszy element. Jeżeli sam ze sobą czujesz się dobrze to możesz robić rzeczy, które sprawiają ci wiele radości i satysfakcji.

Mieszkasz we Wrocławiu. Czy jakieś konkretne miejsca i przestrzenie w twoim mieście zainspirowały cię do napisania tych utworów?

Jeżeli chodzi o przestrzeń we Wrocławiu to jest to dla mnie idealne miejsce. Żyję tam od urodzenia. Nie wiem co się wydarzy w przyszłości, ale tutaj się czuję najlepiej. Jestem typem domatora. Nie wychodzę zbyt dużo na miasto. Kreuję mój świat w muzyce, który potem mogę pokazać innym. Wrocław to bardzo spokojne miasto. Rozwinęło się w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Napłynęło tu dużo firm, ale pomimo tego, że jest wiele korporacji i wiele miejsc, które przypominają Warszawę to żyje się tu spokojniej, wolniej. Można to zauważyć w centrum, gdzie nikt się raczej nie spieszy. Ludzie sobie spokojnie spacerują i obserwują. Z moich obserwacji wynika, że nie czuć tu napięcia społecznego. Może ludzie za mało się uśmiechają, ale to domena naszego narodu. Czy byłeś kiedyś we Wrocławiu?

Wielokrotnie.

Nie wiem czy masz podobne odczucia.

Wrocław to miasto, które jest bardzo miejskie. Ma piękne szerokie ulice. Można przez Wrocław jechać, a on się nagle nie urywa. Ma bardzo wiele dzielnic pełnych zakamarków i specyficznego ducha…

Widać to zwłaszcza w wakacje, kiedy miasto się zupełnie zmienia i otwiera.

Odwiedzałem Wrocław o różnych porach roku. Faktycznie jest miastem spokojniejszym niż Warszawa. Byłem jednak też pod ogromnym wrażeniem ilości zdarzeń kulturalnych i lokali.

To ciekawe, co mówisz, bo wrocławianie z reguły narzekają na to, że nie jest łatwo i, że pojawia się wiele miejsc, które szybko znikają. To chyba ogólna cecha kultury. W Warszawie też pojawia się wiele ciekawych inicjatyw, które szybko padają. Wszystkie wielkie rzeczy biorą się z zajawki, a nie z chęci zarabiania.

Somewhere

NEW ROME Somewhere (Instant Classic)  Jak to jest z tym ambientem, że niby ma go nie być, a jednak jest? Na to pytanie znakomicie odpowiada płyta „Somewhere”. Album ukazał się nakładem wytwórni Instant Classic, dotychczas raczej mało kojarzonej z muzyką elektroniczną. W jej ofercie można znaleźć wielu artystów w swoisty sposób „transowych”. Na ich tle New Rome zdecydowanie się wybija, bo tworzy muzykę elektroniczną. Inni, jak np. Lotto, dalej grają organicznie.  Ambientowe pasaże pełne syntezatorowych melodii mają w sobie coś kojącego. Płyta nie pozwala słuchaczowi jednak bezwiednie odpłynąć. Narrację budują różnorodne utwory, które pełne są narastającego niepokoju. To delikatne dronowe drżenia, które raz brzmią jak spełniająca się nadzieja, a raz jak pełzająca z tyłu głowy groza i otępienie.

Słuchanie „Somewhere” wiąże się także z mentalną podróżą do miejsc albo i nie-miejsc. W płytach takich jak ta uwielbiam to, że od razu przenoszą mnie do niesamowitych przestrzeni. Ciężko je nazwać, bo raz są to miejsca wyobrażone, czasem zaś fragmenty dawnych wspomnień. Podczas pierwszego odsłuchu przeniosłem się do wielu miejsc z serialu „Stranger Things”. I choć album nie był nim inspirowany to myślę, że jako ścieżka dźwiękowa znakomicie by do niego pasował. Muszę przyznać, że New Rome odkryłem dosyć późno. Od chwili poznania na stałe zagościł w mojej płytowej bibliotece. „Somewhere” to album, do którego się wraca. Decyduje o tym jego uniwersalność. New Rome na swojej stronie pisze, że “dźwięki te są głęboko zakorzenione we wschodnioeuropejskiej tradycji wraz z jej wszystkimi ambicjami”. Być może także tymi niespełnionymi, zgubionymi i głęboko ukrytymi, ale pięknymi. Koniecznie posłuchajcie.

Wrocław to miasto pełne pustostanów. Gdybyś miał wybrać idealne miejsce by zaprezentować płytę to gdzie byś to zrobił? Ambient można potraktować jako muzykę tła…

Zdecydowanie. To muzyka środka –  pomiędzy czymś rzeczywistym, a abstrakcyjnym i nieopisanym. Jak każda muzyka to coś, czego nie możemy dotknąć i oddziałuje na nasze emocje. Nazywam ambient muzyką środka celowo, bo dziś mamy napływ bardzo intensywnej muzyki, która musi mocno na słuchacza działać. Z drugiej strony jednak pojawiają się rzeczy bardziej eksperymentalne i abstrakcyjne. Tego typu muzyka wróciła. Kameralne miejsca sprawdzają się dla mnie lepiej niż ogromne kluby. Miałem okazję zagrać parę koncertów w miejscach, gdzie ludzie mogli usiąść, zamknąć oczy i posłuchać, skupić się na muzyce. Nie jest to rozrywkowa forma odbioru. Istotne jest skupienie. To forma medytacji. Obecnie bardzo zależy mi na spokoju w życiu i komunikuje to przez to, co robię. Kameralne miejsca najlepiej nadają się więc do mojej muzyki. Wcześniej miałem epizod z muzyką bardziej rytmiczną. Wiem, jaka jest energia podczas grania w klubach. To zupełnie coś innego, ale wiąże się z bardzo intensywną formą spędzania czasu. Jest klub, jest głośno, jest dużo ludzi, jest alkohol, są narkotyki. Wszystko to wpływa na nas, a granie koncertów ambientowych może się odbyć o godzinie 20-tej. O 22-giej możesz skończyć i pójść do domu spać.

Znakomita rzecz. Uwielbiam to.

Nie musisz spędzać w klubie całej nocy albo czekać do godziny trzeciej, żeby zagrać. To powrót do tego, co robiłem paręSomewhere lat temu, kiedy nagrywałem pod nazwiskiem. Tworzyłem eksperymentalne rzeczy, ale było to konieczne, bym złapał do wszystkiego dystans i wrócił. Oczywiście w innej formie.

Czy słuchasz dużo spokojnej muzyki? Jakie są twoje muzyczne inspiracje i tropy? Często fascynacja spokojną muzyką z czegoś wyrasta… Nie jest to oczywisty wybór.

Słucham wielu rzeczy. Muzyka jest nieodłącznym elementem mojego życia. Śledzę co dzieje się na polskim rynku i światowym. Mam świadomość, że wpływa to moją twórczość. Każdy znajdzie jakieś odniesienia podobne do własnych doświadczeń, nawiązania do tego, czego słucha. Zawsze jest szansa na podobieństwo. Musiałbym wymienić bardzo długą listę moich ulubionych artystów. Jednym z nich jest Chet Baker. To dla mnie muzyka tła, pomimo, że nie jest to ambient. Może lecieć wszędzie, w każdym momencie w ciągu dnia. Chet jest ze mną od paru lat. Z kolei Instant Classic, żeby przybliżyć słuchaczom moja płytę celowo porównali mnie do Tima Heckera.

Skąd takie porównanie?

Chwilę przed nagraniem mojej płyty słuchałem jego ostatniego albumu, który ukazał się w zeszłym roku. Polecam go. W jego muzyce słychać ciągły rozwój. Nie osiadł na laurach i nie zjada własnego ogona.

Czego i ja życzę. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Kaczyński

Grafiki: archiwum zespołu/Zdjęcie: Krystian Lipiec