MURDER CONSTRUCT ‒ Żyć i umrzeć w LA

Nie jest przypadkiem, że epka oraz album tego zespołu ukazały się nakładem amerykańskiego Relapse. Przecież to pod ich szyldem wydane zostały najlepsze płyty takich pierwszoligowych grindcore’owych niszczycieli jak Nasum, Brutal Truth czy Pig Destroyer. Działający w Los Angeles Murder Construct doskonale wpasowuje się w towarzystwo. Ich najnowszy album „Results” jest przykładem, że za pomocą death metalowej brutalności i grindowej ściany blastów, wciąż można pisać klasowe płyty. Nie tylko czerpiąc z najlepszych wzorców, ale przede wszystkim wychodząc z nowymi patentami, wzbogacającymi gatunek. Murder Construct to nie żółtodzioby, doświadczenie zbierali w Exhumed, Cattle Decapitation, Impaled, Intronaut czy Phobia. O tym jak doszło do powstania tej kapeli opowiedział gitarzysta i wokalista Leon del Müerte.

 

Czy dla takich doświadczonych gości jak Wy, napisanie płyty to bułka z masłem czy jednak ciężka robota?

Leon del Müerte: Materiał, który znalazł się na „Results” pisaliśmy mniej więcej dwa lata. Ep-ka wyszła w listopadzie 2010 i właściwie jak tylko skończyliśmy pracę nad nią, zabraliśmy się ponownie do pisania. Tworzenie tego materiału nie było szczególnie trudne, ale w studio było dość ciężko. Prawdę mówiąc, w momencie, kiedy wchodziliśmy do studia, materiał nie był jeszcze zupełnie gotowy i nie czuliśmy się zbyt pewnie. Zabukowaliśmy miesięczną sesję nagraniową z myślą, że pod presją czasu damy radę zebrać się w sobie i sprostać wyzwaniu. Wchodząc do studia byliśmy gotowi na jakieś 80 procent. Solówki były nieprzygotowane, część numerów była jeszcze mocno rozgrzebana. Pracowaliśmy w najszybszym możliwym tempie. Pierwsza wersja materiału, niestety, nie spodobała się Relapse, więc trzeba było zrobić ponowny miks. Nie obyło się bez sporego stresu i napięcia, ale mam poczucie, że ostatecznie wyszło zajebiście.

Czy sprawne granie tak szybkich i połamanych numerów to kwestia umiejętności technicznych czy raczej niekończących się prób?

L: Ha, ha, ha! Naprawdę chciałbym móc powiedzieć, że nasze kawałki są tak trudne, że przeciętny muzyk nie jest w stanie ich zagrać, ale to byłoby kłamstwo. Nie gramy regularnych prób, więc to też nie kwestia czasu, który spędzamy ćwicząc. Mógłbym zagrać ten materiał w czasie snu i myślę, że poradziłby sobie z nimi każdy, kto spędza połowę każdego swojego dnia grając na gitarze.

Danny i Ty graliście już wcześniej ze sobą. Zakładam, że jesteście w związku z tym fundamentem Murder Construct…

L: Zgadza się. Zespół przestał być tylko małym projektem w momencie kiedy zdecydowałem się na przeprowadzkę do Los Angeles. Wyjechałem z okolic San Francisco, bo nie było tam w tym momencie wielu ciekawych dla mnie kapel, w których ewentualnie mógłbym się zaczepić. Szukałem dobrego perkusisty, z którym chciałbym grać. Kilka lat temu, jak byliśmy z Dannym na trasie z Exhumed to zdecydowaliśmy się na zrobienie czegoś pod szyldem Murder Construct. Po trasie podjąłem decyzję o przeniesieniu się do LA. Zaczęliśmy powoli pracować nad materiałem, ale w międzyczasie graliśmy także razem w Intronaut i Phobia. Z obiema kapelami nagraliśmy albumy i sporo koncertowaliśmy, więc czasu na Murder Construct było niewiele. Dopiero kiedy opuściłem te zespoły, gdzieś w 2007-2008 roku, skoncentrowałem się na poprzednim projekcie. Danny cały czas był zaangażowany, więc pozostało jeszcze znaleźć resztę składu.

żyć i umrzeć w LA

żyć i umrzeć w LA

Jak wyglądały początki, jak skompletowaliście skład?

L: Na początku było więcej gadania niż grania. Mniej więcej w 2001 roku miałem już powoli dość gry w Impaled. Potrzebowałem prostszej i szybszej muzyki. Jak odszedłem, przy akompaniamencie automatu perkusyjnego nagrałem wszystkie riffy, które chodziły mi po głowie. Było tego strasznie dużo. Ze dwadzieścia numerów. Ostatecznie przerobiliśmy jeden z nich i wrzuciliśmy na ep-kę. To jest numer „I Am That”. Tak naprawdę kapela zaczęła działać dopiero w okolicach 2006 roku, kiedy zaczęliśmy regularnie jammować z Dannym. Caleb dołączył do nas za namową Danny’ego chyba w 2007 roku. Kevin pojawił się chwilę później. Travis był rekrutowany jako ostatni. Przez dłuższy czas nie był pewnym członkiem kapeli, ale jak później przysłał taśmę z nagranymi wokalami, wiedzieliśmy że idealnie pasuje. Czuliśmy podskórnie, że wszystko zaczyna się układać, pomimo faktu, że ciągle brakowało nam czasu, żeby cokolwiek konkretnie popchnąć do przodu.

ekipa kumpli

ekipa kumpli

L: Mam poczucie, że to jest błędne podejście do tego zespołu. Cieszy nas to, że ludzie wiedzą kim jesteśmy i w jakich kapelach graliśmy, ale to prowadzi jedynie do powstania wywindowanych oczekiwań. Właściwie sprostaliśmy im, ponieważ zbieramy prawie wyłącznie pochlebne recenzje, jeśli warto się nimi sugerować. Jak słyszę teksty typu „supergrupa”, to nie potrafię tego odnieść do Murder Construct. Kapelę założyła ekipa kumpli, którzy nie zamierzali robić na kimkolwiek wrażenia, ani nie chciała robić szumu nazwiskami. Jesteśmy najzwyklejszym zespołem, a nie wykreowanym sztucznie tworem.

Graliście już w tylu kapelach, a jednak wciąż się Wam chce robić hałas pod nowym szyldem. Co Was do tego popycha?

L: Kurde, trzeba coś ze sobą robić, aby nie pozabijać ludzi na ulicach. Czemu nie znaleźć ujścia dla tych emocji i napięć grając grindcore?

Czy Murder Construct niesie ze sobą jakieś uniwersalne treści albo przesłanie?

L: Wydaje mi się, że nie. Nie ma jednej kwestii czy przesłania, na które kładziemy szczególny nacisk. Każdy z nas ma inny światopogląd, ale nie robimy z tego jednej, wspólnej ideologii. Myślę, że Travis w Murder Construct wyraża sprawy, które nie mieszczą się w ramach Cattle Decapitation. Dla mnie to po prostu sposób na wyrażenie frustracji i gniewu, który we mnie siedzi.

Czy Los Angeles to dobre miejsce dla początkującej kapeli, czy to miejsce pozwala się wybić z tłumu?

L: Ciężko powiedzieć. Nie udzielamy się na scenie już tak aktywnie jak to było, powiedzmy z dziesięć lat temu. Zapewne jest tu dużo kapel, z czego część jest rzeczywiście świetna. Murder Construct gra najwyżej kilka koncertów wciągu roku i przeważnie wypadają one jak trzeba. Aktualnie jesteśmy tu chyba jedną kapelą, która gra w tym klimacie i może dlatego nie giniemy tak łatwo w tłumie.

Jesteś na scenie już kilka lat. Zaczynałeś w Impaled i Exhumed około 1996-97 roku. Jak zmieniła się amerykańska scena muzyki ekstremalnej w tym czasie?

L: Zmieniła się i to całkiem sporo. To nawet jest dość śmieszne jak teraz o tym pomyślę. Jak zaczynałem to większość kapel chciała grać jak Suffocation. Potem przyszedł moment, że wszyscy dostali fioła na punkcie At The Gates. Minęło następnych parę lat i pojawił się deathcore. Rządziły różne trendy, każdy miał swoje pięć minut. To na pewno przyczyniło się do różnorodności na scenie. Scena stała się globalna. Już nie ma podziału tak sztywnego jak kiedyś, gdzie kapele z poszczególnych rejonów miały bardzo specyficzne, rozpoznawalne brzmienie. Te granice już się zatarły.

Rozmawiał Adam Drzewucki