MUCHY – mitologia dni naszych

Te Muchy mogą sobie bzykać w moim domu do woli. Kiedy wszyscy szczekają coś o blamażu indie rocka, ekipa Michała Wiraszko nagrywa płytę, która tkwiąc po uszy w takiej stylistyce, staje się jej klapą bezpieczeństwa. Głównie za sprawą nieszablonowego podejścia do kompozycji i bałaganiarstwa stylistycznego, które po kilku przesłuchaniach okazuje się być największym autem Karma Market. Muchy wymyśliły się na nowo po raz czwarty i tym razem dotarły do sedna sprawy. Najlepszy, alternatywny album roku? Wyjaśni to rozmowa z liderem zespołu…

W historię Much wpisana jest nieustająca zmiana. Zastanawiam się – z czego ten pęd do poszukiwań i ciągłego „odkrywania siebie na nowo” wynika? Niespokojny duch?

Gdyby ktoś pokazał mi ten zespół z dnia dzisiejszego dziesięć lat temu, trudno byłoby mi w to uwierzyć. Nigdy nie myślałem, że czeka mnie tyle przeobrażeń. Może to właśnie trwanie wymusza te ruchy? Może brak rozwoju i transgresji, o której wspominasz, równa się stagnacji i powolnej śmierci? Nie wiem. Tą drogą poszły nasze „rówieśnicze” zespoły, czyli CKOD i TCIOF. Z drugiej strony wszystkie te zmiany przychodziły w sposób naturalny, niewymuszony. Coś się kończyło, brakowało twórczego fermentu i stawało się jasne, że w takim stanie nic10864254_10152616716122991_919990033_o ciekawego z siebie nie wykrzeszemy. Może to rzeczywiście ten niespokojny duch, o którym mówisz jest prowodyrem.

Jak podchodzisz zatem z dzisiejszej perspektywy do trzech poprzednich płyt? Masz jakichś faworytów?

Każdy z tych albumów uważam za niekompletny i to chyba powoduje, że chcę nagrywać kolejne. Każdy też traktuję jako dziennik wydarzeń z okresu, w którym powstawał. I tak są tam zapiski, które prowadzą mnie przez życie i takie, których nie znoszę. „Terroromans” to osobna kategoria, płyta kierowana intuicją i spełnienie młodzieńczych marzeń. Każda następna nosi już znamiona przemyśleń i jest w jakiś sposób świadoma. Faworytów znajduję raczej wśród pojedynczych piosenek niż całych płyt. Z „Terroromansu” uwielbiam „Wyścigi”, z „Notorycznych” tytułowy i „Przyzwolitość”. Dalej „Kurarę”, „A Place”, „Nic się nie stało”.

Ciekawe, bo swego czasu uważało się, że „Chcecicospowiedziec” był tym „ostatecznym rozwiązaniem”. Można przyjąć, że ta płyta wprowadziła Muchy do pierwszej ligi? Była przełomem?

Niekoniecznie. Na pewno otworzyła nowy rozdział i przysporzyła nowych słuchaczy zespołowi, ale mam wrażenie, że postawiła im też wysokie wymagania, a to czasem daje odwrotny rezultat od zamierzonego. W sensie, że im bardziej nagrywasz płytę dla muzyków czy też ludzi kultury ogółem, tym mniej odbiorców ją przyswoi. Jest jakaś taka głupawa zależność i mam wrażenie, że „CCCP” padło trochę ofiarą tej zależności.

Ale ta płyta przyniosła też pierwszy prawdziwy przebój Much – czy to z dzisiejszej perspektywy był plus czy raczej kula u nogi?

Na pewno plus. Trudno obrażać się na popularność własnej muzyki. Może gdy chodzi o poziom popularności Justina Biebera jest to zrozumiałe. Nam raczej nie grozi.

Przechodzimy dolej – kolejny etap zmian, to skład zespołu. Przyznam, że przyjęcie w szeregi Much K. Zalewskiego, zapaliło mi małą lampkę z tyłu głowy. Czy to przypadek, jakiś sprytny plan? Wiesz, dwóch liderów w jednym zespole? Jaka historia czai się za tym mariażem?

Od nienawiści do miłości. Poznaliśmy się z Krzyśkiem w 2007 i mało nie skoczyliśmy sobie do oczu. Potem w trakcie nagrywania u Marcina Borsa spotykaliśmy się mimochodem coraz częściej. To docieranie trwało dobre dwa lata, aż nagle wybuchło męską i twórczą przyjaźnią i tak trwa do dziś. Krzysiu jest dla mnie naturalną przeciwwagą i dopełnieniem w tym zespole. Nie wspominając o jego oczywistym talencie, mam wrażenie, że całkiem udanie wzajemnie się cyzelujemy. Może nawet czasem to cyzelowanie należałoby nazwać cenzorowaniem.

Dobra – jakie realne zmiany w brzmieniu/stylistyce „Karma Market” są wynikiem obecności Zalewskiego? Zastanawiam się po prostu, jaka jest polaryzacja między marketingiem a rzeczywistością?

„Karma Market” wyobrażam sobie jako kalejdoskop. Ma w sobie niezależne elementy składowe, lustra, w których się przeglądają a gdy nimi potrząsnąć dają nowe efekty. Tak ta płyta trochę wygląda. Jest tam 9 piosenek i po trzy z nich w dużej mierze napisaliśmy osobno – Krzysiek, Michał Puchała i ja. To znaczy, napisaliśmy je osobno w formie szkieletowej i potem zespołowo „obrabialiśmy”.

Dotknąłeś rzeczy chyba dla „karma Market” najistotniejszej – zróżnicowania. Przyznam, że w pierwszym momencie właśnie ów rozrzut budził lekki opór – tu synth pop, tam hałaśliwe indie, jeszcze w innym miejscu akustyka… Mieliście od początku pomysł, jak to wszystko zebrać do kupy, czy po prostu zrobiliście 9 piosenek, bez odgórnych założeń?

Zazwyczaj nasze płyty były w jakimś stopniu konceptualne. Zawsze jednak ten koncept zakładał spójność. Tu tej spójności nie ma. Napisaliśmy i nagraliśmy 9 piosenek bez ogólnych założeń, a potem, kiedy ich posłuchaliśmy i myśleliśmy nad tytułem „Karma Market” idealnie oddało charakter całości. To takie targowisko. Możesz spróbować wszystkiego i ostatecznie nic nie kupić. Trochę jak w dzisiejszym świecie.

mitologia dni naszych

mitologia dni naszych

Czyli mamy paradoks – pozornie bałaganiarska płyta pokazała najbardziej dojrzałe oblicze Much. Może przypadek jest lepszy od premedytacji?

To chyba pokazał „Terroromans”. W tej płycie nie ma nic oprócz emocji i przypadku a właśnie trafiła do podsumowania 25 albumów na 25 lecie wolności. Trudno uciec od przemyśleń i premedytacji, ale pójście za głosem serca zawsze daje dobre rezultaty. Zresztą, to tylko cząstkowa prawda. Te emocje, nieokrzesanie i ten przypadek są potrzebne na etapie tworzenia, ale sama aranżacja i produkcja wymaga już porządku i twardej wiedzy.

Karma Market – nawet jeśli się nie zgodzisz – wpisuje się złotymi zgłoskami w tradycję indie rocka nad Wisłą, gdzie taka muzyka nadal jest postrzegana jako coś nieodpowiedniego. Jak oceniasz scenę alternatywnego i melodyjnego rocka w Polsce: jest dla niego miejsce?

Nie patrzę na polską scenę przez pryzmat mód. Owszem, kiedy zespół zaczynał fala Indie przechodziła przez Polskę spotęgowana przez raczkujące portale społecznościowe i szał na Myspace. Środowisko skupione wokół klubu Jadłodajnia Filozoficzna okazało się bardzo twórcze i wyraziste. Wydało na świat parę zjawisk, w tym po trosze zespół Muchy, ale jak każde młodociane środowisko rozpierzchło się wraz z dorosłością i przy okazji z symbolicznym spłonięciem Jadłodajni. Pod tym kątem postrzegamy się trochę jako praprahipsterzy i pewnie ten zespół nigdy nie ucieknie od tych skojarzeń, ale wracając do tematu – jak wspomniałem, nie patrzę na polską scenę przez pryzmat mód. Miejsce jest na każdą muzykę, o ile ta jest dobra. Wiem, że to zdawkowo brzmi, ale tak jest. Dobra nie równa się świetnie zagrana czy wyprodukowana, tylko skutecznie oddziaływająca na emocje i wyobraźnię.

To oddziaływanie ma jednak w waszym przypadku trochę przewrotny charakter – bo ta rozrywka ma pod powierzchnią sporo goryczy – tak przynajmniej odbieram część tekstów, dotykających naszego życia, jako takiego zlewającego się ciągu zdarzeń i dni…

Można by pewnie ułożyć z tych piosenek ciąg opowiadający „mitologię dni naszych”. Pisanie o codzienności to duże wyzwanie i jednocześnie jakaś wewnętrzna konieczność. Wyzwanie, bo o rzeczach przyziemnych i codziennych trzeba napomknąć w sposób uniwersalny, albo co najmniej jakkolwiek uderzający. Konieczność, bo to co widzę i przyswajam, samo się później pcha na zewnątrz. Przetworzone i ubrane w słowa. Chciałbym kiedyś uciec tej konwencji, stworzyć wyrazistą fabułę, oderwaną nieco od rzeczywistości. Może wtedy będzie w tym mniej 10846760_10152616715267991_489213025_ngoryczy…

Zastanawiam się, co jest ważniejsze – komentowanie, napominanie, czy uświadamianie? Jaką rolę powinny/pełnią Twoje liryki? Czy to tylko spust emocji, indywidualna klapa bezpieczeństwa, czy może mównica?

Na pewno w momencie upublicznienia staje się to trochę mównicą, bo gdyby były tylko klapą bezpieczeństwa, pisałbym do szuflady. Jednak słowo „mównica” niesie ze sobą jakiś nieznośny ciężar, z automatu źle się kojarzy. Wolałbym nazywać je publicznym zwierciadłem. Komentowanie i napominanie w sztuce nie ma sensu. Od tego są traktaty i paragrafy. Tylko przy pomocy indywidualnego wglądu i interpretacji możemy odczytać i przełożyć prawdy z piosenek na codzienność. I tak właśnie, chcąc nie chcąc, wpadłem w mentorski ton (śmiech).

Myślisz, że Twoje teksty – sugestywne w swojej formie – mogą mieć siłę oddziaływania, tak jak muzyka? Gdzie przebiega w/g Ciebie granica, gdzie tekst przestaje być tylko dodatkiem do muzyki?

Myślę, że tekst oddziałuje nawet bardziej niż muzyka. Jest wartością dodaną, nośnikiem treści. Oczywiście, muzyka instrumentalna, taka jak choćby minimal techno czy – powiedzmy – deep house jest dziełem kompletnym bez tekstu. Nie chcę przez to powiedzieć, że muzyka ze słowami jest lepsza niż instrumentalna, ale jeśli już śpiewać to z sensem i po to, żeby było lepiej niż bez śpiewania.

Czy w tych słowach są jakieś odniesienia do rzeczywistych sytuacji, czy raczej tylko kreacja literacka? Jeśli tak – są jakieś sytuacje, o których można tu wspomnieć?

Nie ma chyba takiej piosenki, książki czy filmu, w których nie ma wątków bio albo autobiograficznych Procent prawdy jest słodką tajemnicą autora.

Trochę o współpracy z Marcinem Borsem – postać to zacna, choć dla niektórych dość kontrowersyjna. Jaki wpływ miał Marcin na brzmienie „Karma Market”? Są jakieś elementy, które brzmią tak a nie inaczej po jego ingerencji?

Wpływ Marcina na „Karmie” jest stosunkowo niewielki. Zdążyliśmy u niego nagrać „Bliżej” i zarysy dwóch kolejnych piosenek, kiedy w jego studiu zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a w zasadzie plagi. Najpierw Odra i deszcz zalały studio a potem burza zniszczyła prądem kilka urządzeń. Gdybyśmy chcieli dokończyć płytę z Marcinem wydalibyśmy ją na wiosnę przyszłego roku. Zapadła decyzja, że nagrywamy w Poznaniu. Pracowaliśmy z Łukaszem Migdalskim, z którym nagraliśmy dziewięć lat temu „Galanterię”. To też bardzo piękna pętla czasowa na dziesięciolecie wrócić do korzeni. Z dnia na dzień wcieliliśmy się więc w rolę producentów, ludzi odpowiedzialnych nie tylko za piosenki, ale także decydujących o brzmieniu i całej wizji albumu. O tej płycie na pewno można powiedzieć dwie rzeczy – to najbardziej „nasza” płyta, najbardziej słychać tam nas tak, jak gramy. Możemy się pod nią w pełni podpisać, nawet jeśli nie jest perfekcyjna, to jest naszym dzieckiem. Na tyle nas obecnie stać i troszkę rozpiera nas duma. Zresztą, produkcja jest tu naprawdę szczątkowa. To też nasz najbardziej przezroczysty, naturalny album. Marcina słychać oprócz „Bliżej” w „A Place” i „Between The Lines”.muchy karma market foto 2014 monikamotor_male

Na „Karma Market” można wydestylować elementy, kojarzące się z nowojorskimi klimatami, jest Brytania i Joy Division, Editors, ale także sporo muzyki tanecznej – co a raczej kto i jacy wykonawcy mieli niebagatelny wpływ na to, co słyszymy na czwartej płycie Much?

Na co dzień słucham bardzo niewiele muzyki gitarowej. W tym roku z sercem wsłuchałem się chyba tylko w Spoon i Thurstone’a Moore’a. Myślę, że to co grają Muchy wynika raczej z instrumentarium, którego używamy niż artystów, których słuchamy. W trakcie nagrań natomiast pamiętam, że słuchaliśmy dużo Nicka Drake’a, Tame Impala i The Stranglers. Muzyki tanecznej, elektronicznej słucham za to w zasadzie codziennie. W tym roku ujęły mnie przede wszystkim nowe albumy Caribou i Gus Gus.

Weszliście do plebiscytu „25 płyt na 25 lat wolności„. Pomijając nobilitację, zdradź jak oceniasz minione 25 lat w muzyce rockowej naszego kraju? Co Ci się podoba a co uważasz za ewidentnie złe, nietrafione? Myślisz, że udało się nam wreszcie przekroczyć magiczną, czerwoną kreskę dzielącą nas od mitycznego „zachodu”?

Myślę, że tak. Dzisiejsi debiutanci mają dokładnie taką świadomość jak ich rówieśnicy z Londynu czy Chicago. Ze świadomości bierze się jakość. Na naszych oczach umiera tradycja polskiej siermięgi, mamy sporo fajnych festiwali, tworzą się ciekawe nisze. Ludzie zaczynają żyć z uprawiania muzyki. Nie mówię tu o telewizyjnych gwiazdach, bo to oczywiste, ale o wielu, wielu zespołach mających swoją publiczność i grających regularnie te kilkadziesiąt koncertów rocznie.

KarmaJak będzie wyglądać/wygląda kampania promocyjna płyty? Koncerty, teledyski, skandale itp? Myślisz, że przydałby się jakiś porządny zmiękczacz, typu Twój związek np. z Edytą Górniak albo jakiś spalony hotel? Skandal czy tylko muzyka?

„Karmą” jakoś tak ucelowaliśmy w dziesięciolecie i to jest ważny wątek, trochę też klucz do zrozumienia tej płyty. Myślę, że przydałoby mi się dużo samodyscypliny, żeby zrealizować założenia na nowy rok. Chcemy wydać ep-kę niespodziankę i chcę wreszcie dokończyć solową płytę, z którą bujam się już prawie trzy lata. W końcu czuję, że mogę to zrobić.

Na koniec jeszcze jedna kwestia – obrażacie się, jak ktoś was nazywa zespołem indie rockowym?

Nie obrażamy się, ale nie czujemy się zespołem indie rockowym. Ostatnio na targach CJG w Pałacu Kultury szedłem za jakimiś dziewczynami, podsłuchałem jak rozmawiają o Muchach i jedna z nich mówi: „Muchy? To są ci, co wszędzie grają?„. Bardzo mi się spodobało to określenie (śmiech…).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Monika Motor